Konwersując przy pomocy komórki, ustaliłyśmy z Hiszpankami, że wysiądziemy razem i wyrzucono nas gdzieś w miejscowości Sauraha w pobliżu Parku Narodowego Chitwan o której słyszałam po raz pierwszy. Dokładnie, o czym zorientowaliśmy się po jakichś 30 minutach, był to Sauraha Chowk, a do miasteczka mieliśmy jakieś 6 km. W połowie drogi zabrał nas tuktuk i podrzucił do hotelu, w którym o dziwo już zostaliśmy (250 rupii za dwójkę za noc!). Sauraha jest położona tuż nad rzeką Rapti - po jej drugiej stronie rozciąga się Chitwan i możnaby w zasadzie siedzieć caly dzien w jednej z knajpek nad rzeką w ten sposób oglądając zwierzęta, których w tym miejscu jest najwięcej!
Od razu zorientowaliśmy się że dziewczyny nikomu nie dają się zrobić w butelkę i w targowaniu są absolutnie bezwzględne. Dodając do tego fakt, że większość ludzi im współczuje i próbuje pomóc, dostają ceny o których my nigdy nie śnilismy. Jak na przykład za samodzielne skorzystanie z golarki w zakładzie fryzjerskim (jedna zgoliła część włosów drugiej :o) ku zdumieniu co najmniej 6 par męskich oczu, zeszły (one pisały, ja mówiłam, one robiły mimikę i gesty) ze 100 do 20 rupii. Wcześniej myślałabym, że bycie głuchoniemym jest przeszkodą w podróżowaniu, zwłaszcza backpackingu. Ixone natomiast skończyła w czerwcu bibliotekoznawstwo i teraz podróżuje aż skończą się jej pieniądze, jadąc w Nepalu na 3 miesięczny wolontariat, po którym wybierze sie do Birmy, Tajlandii... i kto wie. Świat nie ma barier.
a tu prawdziwy
i parę innych zwierząt, które można spotkać nad wodą (gawial, zimorodek i krokodyl)
Kolejnego dnia planowaliśmy wielkie spanie, ktore oczywiscie spelzlo na niczym. O 7 obudziło nas wołanie, że w rzece jest nosorożec. Podekscytowani ubraliśmy się w sekundę i pobiegliśmy... po czym czekaliśmy 3 godziny żeby wyszedł z wody, w której był zanurzony do połowy. Bylismy coraz bardziej glodni, ale caly czas jedno z nas musialo stac na czatach, bo a nuz wyjdzie właśnie kiedy odejdziemy. Ostatecznie straciliśmy cierpliwość i tak się stało. Po nosorożcu przyszła kolej na „elephant bath”, czyli 15-20 minut siedzenia na słoniu, który oblewał nas wodą z trąby. Całkiem fajna sprawa, o ile nie jesteście zbyt wrażliwi na złe traktowanie zwierząt - rzeczywiście są niestety bite po głowach, sterowane za ucho czymś w rodzaju harpuna, a w wolnym czasie zakute w łańcuchy pod wiata garażowych rozmiarów... Dopiero na emeryturze mają wolną rękę i taką jedną samotną słonicę widzieliśmy pierwszego dnia hasającą wesoło wśród trawy. W Chitwan niestety nie ma dzikich słoni.
nosorożce też nie są bezpieczne
Wczesnym popołudniem wybraliśmy się we czwórkę na jungle safari – godzinę płynąc dłubanką, której krawędzie były niebezpiecznie blisko wody i trzy godziny maszerując przez dżunglę. Już na etapie rzeki zobaczyliśmy gawiala (których jest na świecie mniej niż 240 sztuk!) i typowego krokodyla :p. Przed wejściem do dżungli dostaliśmy przeszkolenie jak zachować się w obliczu nosorożca (uciekać na drzewo, za drzewo, a jak drzewa nie ma to rzucic pachnacy nami fragment przyodziewku i biec do najblizszego drzewa), tygrysa (utrzymać kontakt wzrokowy, zostać w grupie i zmienić trasę) lub baloo (zostać w grupie, krzyczeć, bić bambusem w ziemię lub celując w nos, bambusy mieli tylko przewodnicy, my mieliśmy krzyczeć), co nie sprawiło że czułam się bezpiecznie
tygrysa nie zobaczyliśmy
wybierając się tam na piechotę. Ostatecznie jednak w całym parku jest może 250 tygrysów i pewnie wszyscy zainteresowani dobrze wiedzą gdzie się podziewają. Mimo tego przewodnik cały czas stymulował nasze wydzielanie adrenaliny pokazując ślady „znaczenia terenu” przez tygrysa – ślady po pazurach na drzewie, odbitą w piasku łapę czy tygrysie odchody. Znów były pijawki i atakujące zarośla, ale tym razem byliśmy dobrze przygotowani – długie spodnie, rękawy, adidasy... i żadna natura nie była nam straszna!
Dłubanki
nasi przewodnicy i tygrysie ślady
jelenie
Ostatniego dnia wybraliśmy się na rowerach do strefy buforowej z 20 000 lakes (Bishazari Tal), nazwanymi tak chwytliwie dlatego, że znajdują się 20 000 stóp od „highway”. Wycieczka była strzałem w 10, jechaliśmy przez wioski, wśród pól ryżowych i przebrnęliśmy przez rzekę, którą na drodze stworzył monsun. Na szczęście i tam towarzyszyły nam przede wszystkim jelenie (chociaż zanurzona po kolana w wodzie zaczęłam myśleć o krokodylach z poprzedniego dnia...).
rowerowo
Dziewczynom udało się wejść za darmo wzruszając staruszka strażnika, który zaczął śpiewać dla nich modlitwę. Udało nam się wrócić tuż przed ulewą, która zatrzymała nas w hotelu na tyle długo, że zdążył zjawić się właściciel który poinformował nas o strajku wszystkich kierowców autobusów w kraju. Ponoc chcieli uwzglednienia czegos w nepalskiej konstytucji, ktora caly czas przechodzi zmiany. Nie chcieliśmy zostawać kolejna noc, podreptaliśmy więc w stronę Sauraha Chowk. Okazało się że wszędzie była policja, a strajk miał się skończyć o 17. Mieliśmy więc przed sobą 3 godziny czekania, po ktorym przyszla pora na busa do Pulchowk/Narangadu/Bhaktapuru (wszystko to praktycznie to samo!) i stamtąd kolejnego do Katmandu. Ostatni bus jeszcze godzinę zbierał ludzi, a droga którą jechaliśmy 3 dni wcześniej okazała się mieć znacznie więcej dziur niż poprzednio, co razem sprawiło, że dojechaliśmy na 00:30 i musieliśmy się mocno gimnastykować żeby obudzić naszą rodzinę.
Czterodniowy
wypad za miasto przyniósł nam sporo przeżyć. Zaczęło się już w Katmandu.
Istnieją dwie drogi żeby dostać się do Pokhary z Katmandu – busem turystycznym
spod ambasady USA przy Thamelu (po prostu wyższy standard, 600 rupii w górę),
wyjeżdżającym o zabójczej 5 i 7 rano lub o dowolnej porze busem lokalnym z
„dworca” w Gongabu o równie dowolnym standardzie (nasz kosztował 400 rupii). Na
odjazd czekaliśmy pół godziny, a i tak było już późno. O 17 ruszyliśmy, ale
tylko po to, żeby pokręcić się po okolicy i ustawić się na kolejnym przystanku.
Ostatecznie wyjechaliśmy po 1,5 godzinie od momentu kiedy podeszliśmy do
autobusu, w momencie kiedy cały autobus był pełny, a nawet jedna osoba siedziała
na kuble, którego przeznaczenia wcześniej nie rozumieliśmy (i który w trakcie
podróży zyskał kolejne przeznaczenie w rękach innego pasażera). W trasie nasz
mikrobus nadrobił wszelkie straty jadąc jak szalony i mimo opowieści o 6-7
godzinach które trzeba przeznaczyć na tą trasę (niezależnie od wszystkiego
przerwa na jedzenie zawsze, ale to zawsze obowiązkowa!) byliśmy na miejscu o
22.
w drodze do Pokhary
Na miejscu według naszych kierowców. W Pokharze mieliśmy spać u Shankara,
koordynatora mojej wymiany, który zapomniał powiedzieć nam że mieszka na wsi 10
kilometrów od Pokhary. Nie wiedząc o tym, beztrosko poprosiliśmy o zostawienie nas w Lekhanath Chowk i
znaleźliśmy się w bardzo, bardzo ciemnej nocy. Nie było ani jednej latarni,
tylko droga, przystanek, parę osób o których nie mielibyśmy pojęcia gdyby nie
latarka (latarka w Nepalu jest rzeczą absolutnie niezbędną :p!) i my. Daliśmy
znak Shankarowi, który miał po nas wyjść. I wyszedł. Tylko nas nie było tam
gdzie powinniśmy być. Lekko zrozpaczeni i absolutnie sami jak palec (wszyscy Ci
ludzie gdzieś poznikali) zatrzymaliśmy jakiegoś motocyklistę żeby zapytać gdzie
też do jasnej cholery jesteśmy. Okazało się że do Shankara mieliśmy 4 km i
jeden punkt kontroli policyjnej. Iść? Czekać na jakiś zabłąkany autobus? Nie
było wyjścia, musieliśmy pojechać taksą, za którą na początku zaproponowano nam
500 rupii (tradycyjnym nepalsko-indyjskim sposobem najpierw wyciągając samochód
– towar – z garażu, przygotowując się do jazdy i na końcu informując o cenie nie wiedząc czy klient jest w ogóle zainteresowany),
ale uratował nas inny taksówkarz który nagle wyłonił się z ciemności i
zaproponował rupii 300.
widok z tarasu Państwa Lamichhane
Spotkaliśmy
Shankara i jego tatę po czym szliśmy 20 minut w ciemnościach... okazało się,
że jego dom rodziny zamiast ogródka ma pole ryżowe! Wyglądało to (rano)
niesamowicie- jak zielone morze z groblą po której szło się do domu. Rodzice
Shankara byli przemili i bardzo gościnni, jego tata nosił tradycyjną nepalską
czapkę, mama sari i... przygotowali dla nas osobne pokoje :). Było więc bardzo
grzecznie (kolejnego dnia mama się jeszcze upewniła że nie jesteśmy
małżeństwem i przez cały czas zwracała się do Esteve „Babu” jak woła się tutaj
małych chłopców, tu mały słowniczek nepalskiego). Dzięki spaniu osobno i braku
internetu poszliśmy spać o 21:30 i wstaliśmy skoro świt.
jezioro Phewa
nasza "Have a nice day" łódeczka
Kolejnego dnia
wybraliśmy się na zwiedzanie Pokhary podzielonej między miasto i przeznaczony
dla turystów rejon Lakeside nad jeziorem Phewa, nieco na uboczu, pełen hoteli... i
tyle. Tam też nas pokierował Shankar. Pokhara jest miejscem startowym dla
wybierających się na trekking w Annapurna Conservation Area, sama w sobie
oferuje tylko parę atrakcji. Jedną z nich jest przejażdżka łódką, na którą się
wybraliśmy samodzielnie wiosłując do wysepki na której znajduje się świątynia i
z powrotem. Próbując znaleźć drogę do World Peace Stupa - w Nepalu jest bardzo,
bardzo dużo obiektów „(world) peace”- odkryliśmy, że istnieje w Nepalu
oficjalna informacja turystyczna, która na dodatek rozdaje darmowe mapy! Było
to bardzo miłe zaskoczenie, tak jak najtańsze chow mein naszego życia kilka
kroków dalej, które zlokalizowane pośród innych, drogich i turystycznych restauracji
kosztowało 30 rupii! Być może powinniśmy nieco bardziej urozmaicić sobie naszą
lunch dietę w Nepalu, zamiast jeść momo i chow mein na zmianę, ale i tak jest
to bardziej pożywne niż ciągłe spożywanie zupek chińskich, które podpatrzyliśmy
u naszych towarzyszek podróży z następnych dni. Ach ten dziading.
Droga do World Peace Pagoda/Stupa
raj - przez śmieci - utracony
Dalsza droga
Teraz już z mapą
dalej szukaliśmy trasy do Stupy, ale na nic prowizoryczna mapa przy maleńkich
uliczkach i lesie. Pytaliśmy więc o drogę mijanych ludzi. Kiedy byliśmy przy
schodach na 99% prowadzących do Stupy właściciel sklepu z przekąskami przy
szlaku powiedział nam że nie tędy droga i pokierował w inną stronę. Ta trasa w zasadzie też była
dobra, tylko znacznie bardziej okrężna i w międzyczasie znalazł się na niej
chłopak który zaczął nam podpowiadać że mamy wejść w las, co też zrobiliśmy.
Chłopak co pewien czas pokazywał się zza krzaków i krzyczał że to nie tu, po
czym ostatecznie obwieścił że jest niebezpiecznie i za pewną sumę pieniędzy
doprowadzi nas do głównego szlaku. Zastanawialiśmy się czy był freelancerem czy
to może praca zespołowa z panem ze sklepiku.
Stupa, piękni chłopcy i widoki
Podziękowaliśmy i hardo szliśmy
dalej chociaż było stromo, straszno (głośno od cykad- po prawej), a w nogi wessały mi się łącznie trzy
pijawki (tutejsze są leśne i malutkie, ale wciąż obrzydliwe). Jednym słowem po
raz kolejny mogliśmy się poczuć jak Indiana Jones (przedzierając się przez las
do miejsca do którego można dostać się - prawie - autobusem). Peace Stupa oferuje
odpoczynek, piękne widoki na jezioro, Pokharę i kto wie, przy dobrej pogodzie
może nawet widać Himalaje. Było już dosyć późno, a obiecaliśmy że będziemy w
domu przed 19, bo po zmierzchu ciężko złapać autobus do Lekhanath Chowk.
Zajrzeliśmy więc szybko do Devi’s falls, wodospadu, który tworzy rzeka tuż
przed zniknięciem na kilka kilometrów pod ziemią. Swoją nazwę zawdzięcza ponoć
pechowemu Szwajcarowi Davidowi, który wpadł do środka ciągnąc za sobą swoją
dziewczynę.
Devi's falls
Kiedy beztrosko
oglądaliśmy wodospad zadzwonił Shankar że na drodze do Lekhanath jest blokada
zaczynająca się 3 km od wioski i zaproponował że może prześpimy się w hotelu w
Lakeside. Woleliśmy przemaszerować 3 kilometry mimo że się ściemniało,
popędziliśmy więc na autobus. Ostatecznie okazało się, że blokada była od 9 do
18:00, więc na szczęście nie musieliśmy więcej tego dnia chodzić . Nie obyło się jednak bez
adrenaliny, bo mniej więcej w połowie drogi w autobusie zaczęło się kotłować,
kobiety zaczęły krzyczeć, a my nie wiedzieliśmy co się dzieje. Myślałam że coś się pali,
poważnie brałam więc pod uwagę wyskakiwanie przez okno koło którego siedziałam
(zwłaszcza że już dwa razy na naszych oczach z hukiem eksplodowały na
tutejszych drogach opony), ale to tylko jakiś facet bił się z kontrolerem.
Facet wyleciał za drzwi, a my spokojnie jechaliśmy dalej.
U rodziców
Shankara zorientowałam się, że w Nepalu chyba zawsze pierwsi jedzą goście – tak
było i u nich i w sumie jest w naszej rodzinie z Katmandu. Tego wieczoru
siedzieliśmy też z rodzicami na balkonie próbując się dogadać, słuchając żab i
cykad i ostatecznie oglądając ludowe występy w telewizji (Shankar musiał
pojechać do prowincjonalnego szpitala do którego został przydzielony na dwa
lata obowiązkowej „służby” w oddalonych regionach kraju).
Procesja buddyjska, już w drodze do Chitwan
Kolejnego dnia
planowaliśmy podziwianie Annapurny i innych szczytów z Sarangkotu, ale
przeszkodził nam monsun. Stwierdziliśmy, że nawet jeśli przestanie padać to i
tak niewiele będzie widać. W związku z tym wsiedliśmy do autobusu jadącego doChitwan, w którym spotkaliśmy dwie Hiszpanki. O tyle nietypowe, że podróżują
tak samo jak my będąc głuchonieme. I co ciekawe, robią wszystko bardziej.