sobota, 2 marca 2013

Gdzie spać w finansowej stolicy świata?


...lub też 24 godziny (niecałe) w Nowym Jorku


W Nowym Jorku mieliśmy spędzić 24 godziny. W zasadzie mniej, bo tyle dokładnie mijało od kołowania samolotu na Newark do przekroczenia przez autobus w stronę Buffalo granic miasta. Przygoda zaczęła się nietypowo. 
Około południa  na Okęciu dowiedziałam się o braku miejsca do spania tej nocy. Ostatecznie odmówił nam noclegu nasz brooklyński host. Mieliśmy wiele opcji spania, które ostatecznie zmniejszyły się do dwóch – jazda taksówką z Newark na Brooklyn, gdzie 11 osób z naszej, szwajcarskiej i hiszpańskiej delegacji miało wynajęte mieszkanie albo... całonocne włóczenie się po mieście, które przecież nigdy nie zasypia. Pożegnaliśmy więc resztę, życząc im miłego pobytu i – być może – spotkania na Time Square jeszcze tego dnia, i wskoczyliśmy do autobusu jadącego do Newark Penn Station. Po niedługim czasie byliśmy na Manhattan Penn Station, korzystając z PATH jak prawdziwi Nowojorczycy. Wróć. Jak prawdziwi commuters z New Jersey.
Lodowisko przed Rockefeller
I co teraz? Plecaki były dość ciężkie, nocne eksploracje miasta z nimi nie przedstawiały się zbyt kusząco. Była 22 kiedy zaczęliśmy szukać przechowalni bagażu. Przychodziły nam do głowy różne rozwiązania. Zaczynając od standardowego już podrzucenia plecaków w jakimś pubie lub sklepie (ta opcja oczywiście okazała się w "cywilizowanym" świecie niemożliwa, bo przecież taka odpowiedzialność... dzięki temu doceniam jeszcze bardziej tych przeuprzejmych, i jakże bezmyślnych kelnerów z Wilna czy ludzi z Droni, którzy zgodzili się nam je przetrzymać przez cały dzień), a kończąc na ukrywaniu ich na klatkach schodowych i w kubłach na śmieci. Nigdzie nie było przechowalni. Stacja kolejowa? „Nie, przykro nam, zapytajcie w hotelu” powiedział bobby. Hotel? „Nie jesteście gośćmi, sorry”. W hotelu mieliśmy jednak odrobinę szczęścia, pan sklepikarz rzucił nam więc odcinkiem 36-tej między 8 a 9 aleją gdzie powinna być przechowalnia. Czyżbyśmy naprawdę znaleźli jedyną przechowalnię w Nowym Jorku? Skierowaliśmy się w jej stronę. Nie doszliśmy tam jednak zbyt szybko, gdyż po drodze, mając majaczący w oddali tysiącami neonów Time Square, już całkiem blisko zamajaczył przed nami pub irlandzki. Obsługa dała nam oczywiście w bardzo uprzejmy sposób kosza w kwestii przechowania bagażu, ale mieliśmy całą noc, więc co nam tam, zostaliśmy na jedno piwo.   
Zaczynaliśmy już wątpić w istnienie przechowalni bagaży, kiedy nagle zobaczyłam napis wyłaniający zza kubła na śmieci. Byliśmy u celu. Przechowalnia to – okazuje się – w Nowym Jorku całkiem niezły biznes. Wystarczy maleńka klita w jakimś obdrapanym budynku, 10 dolarów za noc (a zahaczając o poprzednią to nawet 15 $ od sztuki, pomimo faktu, że o tej 23:00 to pani powinno już nie być), a ponieważ jesteś jedyny, możesz mieć gdzieś reklamę, elegancję i konkurencyjność ceny. Sadzasz wtedy za drewnianą ladą zmęczoną życiem dziewczynę dając jej za zadanie pilnowanie i przyjmowanie porozwalanych po całej klicie bagaży. Zrezygnowaliśmy z tej kuszącej opcji i dalej z naszymi domkami poszliśmy przed siebie. Uznaliśmy, że jak już tak daleko od okolic 5 – 7 alei zawędrowaliśmy, możemy równie dobrze zlokalizować nasz przystanek na jutrzejszy dzień. Po drodze minęliśmy jednego z niezliczonych, 24-godzinnych McDonald’sów („jeszcze do Ciebie wrócimy!”) i grupę 5 roztargnionych Azjatek, które mimo faktu studiowania w NYC postanowiły nas zapytać gdzie na tym odludziu może być przystanek Greyhounda. Nie wiedzieliśmy, ale dziewczęta i tak postanowiły podążyć za nami, łudząc się, że może megabus odjeżdża z jakiegoś zbiorowego dworca, dla niepoznaki nazwanego tylko 34 ulicą między aleją 11, a 12. Nie odjeżdżał. My zdobyliśmy tą cenną informację i skierowaliśmy się do McDonalda, one wzięły taksówkę na swój dworzec, bo dochodziła 2 w nocy i czas im się powoli kończył. 
W McDonaldzie, umęczeni pod ciężarem plecaków zamówiliśmy kawę. Kiedy Robert (nie wiecie kim jest Robert!) zamawiał swoją, zagadała do niego jakaś Angielka, szczegółów rozmowy wyjawić nie chciał. Kiedy ja zamawiałam moją, zagadał do mnie Amerykanin z Alabamy, który tak się składa, że mieszka „just two blocks away”. Pogadaliśmy chwilkę przy kasie po czym pokazując gdzie siedzimy wróciłam do Roberta. Jedyne o czym teraz marzyłam, to żeby do nas podszedł. I podszedł. Pogadaliśmy trochę, a chwilę później szliśmy już w stronę jego mieszkania. Był to więc pierwszy raz kiedy zostałam zaproszona autentycznie z ulicy. Bez CouchSurfingu. Nie podczas jazdy samochodem. Z ulicy. W Nowym Jorku. A dokonał tego mój urok osobisty i ewidentne, nieamerykańskie pochodzenie. Philip okazał się bardzo miłym facetem, jedyne co nieco zaskoczyło nas następnego dnia to jego domniemany kac. Wtedy, w nocy nie mówił jak człowiek potężnie pijany, ale – dzięki Ci stanie upojenia alkoholowego! – jego ufność i pragnienie zrobienia czegoś szalonego były z pewnością zwiększone. Zrobił sobie z nami nawet zdjęcie, żeby mieć dowód. I wrzucić na facebooka. Tu należy się też słowo o tym, że Nowy Jork, pomimo niewielkiej ilości zakochanych na ulicach, jest naprawdę zakochany. Jednym z pierwszych pytań naszego hosta było „jesteście parą, małżeństwem, nie wiem?”. Pan sprzedawca natomiast bardzo zdziwił się, że Robert nie płaci za banana dla swojej „partner, girlfriend”, a kiedy usłyszał sprostowanie stwierdził „no cóż, może jeszcze będziecie parą”.
Następnego dnia, recepcjonista cały w uśmiechach oczywiście, co nie miałoby miejsca gdybyśmy przyszli o tak, z ulicy zgodził się przechować nam przez cały dzień bagaże. A więc na podbój Nowego Jorku! Ponieważ mieszkaliśmy tak blisko Time Square zaczęliśmy od niego, a w roli przewodnika sprawdzałam  się, bez przesadnej skromności, całkiem nieźle. Pamiętałam nawet parę sklepów i ciekawostek sprzed 2,5 roku. Dalej obraliśmy azymut na Central Park (Madagaskar!), po drodze zachodząc do katedry St Patrick’s. Robert ma pecha, bo zarówno ten jaki i kościół u wylotu Wall Street są remontowane. Po drodze załapaliśmy się na najpyszniejszą na świecie kanapkę z jajkiem, bekonem i serem, i zobaczyliśmy lodowisko przed Rockefeller Center. Świeciło słońce. Raj. 
W Central Parku pomimo braku liści było tak przyjemnie, że przeszliśmy całkiem spory kawałek, od południowego krańca do Conservatory Lake, gdzie znaleźć można Alicję w Krainie Czarów. Były też masy moich ukochanych wiewiórek. Zaczęliśmy kierować się z powrotem na południe, cały czas na piechotę. Zobaczyliśmy Grand Central, Chryslera (okazało się, że nie tylko ja przed wizytą w NYC myliłam go z Empire State) i sam Empire State. Dalej w dół, w dół po Broadwayu do Flatiron building. Po nim przez Nolitę, Noho i Soho do Little Italy i Chinatown, gdzie oczywiście wymyśliłam sobie obiad. Robert na targowisku nabył mangostany i pitachaję na później, po czym zaczęliśmy poszukiwania odpowiedniej knajpki. Była już 16, autobus o 19:30, przed nami wciąż cały szmat Nowego Jorku do zwiedzenia, pod nami zaś stopy, które powoli odmawiały posłuszeństwa. Tak bardzo nie chciało się jednak wychodzić, a cały dzbanek jaśminowej herbaty był dobrym pretekstem. Zebraliśmy w końcu siły kierując się nad East River – być w Nowym Jorku i nie zobaczyć Mostu Brooklyńskiego to przecież niewyobrażalne! Później przeszliśmy przez Financial District, gdzie dumnie powiewały flagi dowodzące, że oto jesteśmy w finansowej stolicy świata, a Wall Street i Stock Exchange wyglądało zupełnie jak przez 2 latami. Robert z pewnym oporem zgodził się pogłaskać na szczęście byka z Bowling Green po wiadomych okolicach i znaleźliśmy się w Battery Park, a przed nami w oddali widoczna była Statua. Czas był najwyższy wracać po rzeczy, robiło się już strasznie zimno. Myśleliśmy, że będziemy o wiele za wcześnie, MTA miało dla nas w planach jeszcze jedną atrakcję. Jechaliśmy pospiesznym w stronę Penn Station, kiedy akurat podczas przejazdu środkowym torem, przez stację Spring Street, na której się nie zatrzymywaliśmy, pociąg się zatrzymał. Mija minuta. Nic. 5 minut, to awaria, musi przyjechać ekipa, która akurat jest na 34-tej. Zaczęliśmy się zastanawiać co jeśli utkniemy tam do 19. Na szczęście pociąg ruszył, wzięliśmy nasze wypoczęte plecaki i znaleźliśmy się o tu, w busie mknącym do Buffalo, który jest naszym drugim noclegiem.
Teraz słowo na temat Roberta. Robert to sekretarz oddziału Lublin IFMSA. Poznaliśmy się w zasadzie przez przypadek, a kiedy usłyszał (w zasadzie przeczytał, bo pierwszy raz zobaczyliśmy się, wiedząc już kim jesteśmy, na lotnisku w Zurichu) o moich planach preGA, postanowił dołączyć.  I tak oto, niespodziewanie, mając już bilety i plan samotnej podróży, znalazłam towarzysza.

niedziela, 29 lipca 2012

Źródła Gruzji

Czurczele i cała reszta
I tak docieramy do ostatniego punktu mojej pierwszej podróży w kaukaskie okolice - Tbilisi.
Bania wewnątrz
Bania z zewnątrz (a w tle medresa i twierdza Narikała)
Do stolicy przeniosłyśmy się z Agatą 23.07 w dość przyjemny sposób - cała reszta przyjechała z nami na popołudniową kąpiel w banii, a my dzięki temu miałyśmy tragarzy. W siódemkę wynajęliśmy sobie prywatny pokój z basenem gorącym, zimnym i sauną. Było nam to z Agatą w szczególności na rękę, biorąc pod uwagę spore prawdopodobieństwo spania pod gołym niebem. Pomimo całej cudownej gościnności Gruzinów couchsurfing nie jest tu nadmiernie rozwinięty, nie wiązałyśmy z nim więc zbyt wielkich nadziei. Po kąpieli wszyscy zwinęli się do Mcchety (wszyscy woleli ją od Tbilisi odczuwając dziwny wstręt do dużych miast), a my niespiesznie zaczęłyśmy szlajanie się po starym mieście. Nie zaszłyśmy za daleko, kiedy stwierdziłyśmy, że chyba trzeba usiąść, bo chodzenie z wielkimi plecakami jest zbyt męczące. Kiedy siedziałyśmy na schodach, czekając aż minie noc, znaleźli nas trzej azerscy chłopcy i zaczęli gawędzić pomimo rażącej bariery językowej. Oni bardzo starali się ze swoim angielskim, my z rosyjskim. Ostatecznie zostaliśmy przy angielskim. Wybrałyśmy się też z nimi na kawę, bo jeśli synowie nafciarzy stawiają to czemu nie skorzystać. Zwłaszcza mając całą noc pod rozgwieżdżonym niebem Tbilisi do dyspozycji. I dziwnie przyglądającego się nam faceta po drugiej stronie ulicy. On ostatecznie przekonał Agatę do kawy z Azerami. Kiedy siedziałyśmy w kawiarni, w okolicach 1 w nocy okazało się, że ktoś z niemal całkiem pustym profilem może nas przenocować. Pusty profil to bardzo poważny znak ostrzegawczy, do tego stopnia, że z Grześkiem, który też takim mógł się pochwalić, musiałam się spotkać na kawę zanim pozwoliłam mu do nas dołączyć. Zaryzykowałyśmy i znalazłyśmy się w chwilowo pozbawionym elektryczności mieszkaniu, pijąc wino z chłopcem pracującym dla armii i Milenijnych Celów Rozwoju jednocześnie. Był inżynierem, miał na koncie wiele dość traumatycznych doświadczeń i bardzo lubił i chciał się całować. Zwłaszcza w ciemnych kuchniach. Ostatecznie był jednak bardzo kochanym człowiekiem.




Następnego dnia spotkałyśmy się z naszymi, którzy planowali wpaść do Tbilisi na parę godzin i od razu jechać dalej. Wszyscy byli w kiepskich nastrojach, głównie z powodu pogody, która naprawdę uniemożliwiała poruszanie się. Byli też z bagażami, więc stracili jeszcze sporo czasu na szukanie miejsca, w którym mogli je zostawić. Ten sam czas my spędziłyśmy na tropieniu jedynej informacji turystycznej w mieście. Mapa z 2010 roku, którą porwałam z informacji w Mcchecie pokazywała ją na Placu Wolności. Tam jej nie było. Nie było jej też przy ulicy wskazanej z pełnym przekonaniem przez sprzedawcę jednego ze sklepów. Znalazłyśmy ją dopiero po około 40 minutach w Muzeum Narodowym (które w zasadzie - oznaczone dużym "i" - mijałyśmy jadąc do centrum z szoferem naszego hosta). W informacji turystycznej natomiast stwierdziłyśmy, że jedna na pięć pracujących tam osób mówi po angielsku, a mapy miasta się skończyły i będą za kilka tygodni. Rozkład jazdy autobusów w internecie jest, ale strona nie doczekała się jeszcze tłumaczenia na angielski. Zostawione więc z niczym poszłyśmy się spotkać z resztą. Reszta twierdziła, że Tbilisi jest brzydkie i zwiedzać go nie warto, poza może zerknięciem na Pałac Prezydencki i Samebę (czyt. Dupny Kościół). Po obejrzeniu ich podzieliliśmy się - my zostałyśmy z Łukaszem, który następnego dnia leciał, a reszta pojechała do zasugerowanego im przeze mnie Zugdidi zrobić sobie zdjęcie z abchaską granicą. W trójkę poszliśmy zlokalizować hostel gdzie czekały wszystkie rzeczy (kapelusz i już drugie majtki, które udało się zapodziać Łukaszowi podczas tej wyprawy, poprzednie padły łupem plaży w Batumi) zapomniane przez chłopaków z Signagi, a które Jamie, Andy i Inga przywieźli kiedy świętowali w Tbilisi urodziny Andy'ego. Legendarny hostel był oczywiście założony przez Polaka, a obsługiwany również przez jego znajomych. Po krótkim, bardzo przyjemnym odpoczynku w parku pojechałyśmy z Agatą do Muzeum Etnograficznego nad Żółwim Jeziorem, gdzie umówiłam się z ludźmi z IFMSA poznanymi w Pradze. Była tam też dwójka Litwinów z wymiany SCOPE - takiej, jaką będzie za 2 dni moja w Palermo. Umówiliśmy się z nimi, że z uwagi na mieszkanie w centrum (i pewien lęk, który w Agacie wzbudzał nasz host) przenosimy się do nich następnego dnia. Całe to zgromadzenie było spowodowane festiwalem folklorystycznym Art Gene. Niektórzy mówią, że popularność folkloru w Gruzji, zwłaszcza wśród młodych, wynika z braku innej oferty rozrywkowej. Osobiście wolę myśleć, że są po prostu tak przywiązani do swojej kultury i to podziwiać. Nikt przecież nie zmusza ich do słuchania pieśni regionalnych w samochodzie i przy grillu, a jednak z upodobaniem to robią. Lecący z głośników "Krakowiaczek jeden" zamiast techno jest ciekawą wizją, choć wydaje się dość abstrakcyjna. Posłuchać gruzińskiej muzyki można --> tu.


Festiwal Art Gene
Następnego dnia z plecakami wyruszyłyśmy na dworzec w celu sprawdzenia transportu do Batumi dla Agaty, gdzie miała dołączyć do reszty (w Tbilisi została po części, żeby zobaczyć miasto, po części żeby było mi raźniej). Był to też dzień szukania pamiątek biegałyśmy więc między stoiskami z biżuterią i krowimi rogami do wina, co sprawiło, że dzień przy spoglądaniu wstecz przedstawiał się wyjątkowo bezproduktywnie. Następnie wciąż z plecakami miałyśmy plan przetransportować się na trzecie już z rzędu Chaczapuri Ajaruli (jadłyśmy je każdego dnia, najpierw same, potem z resztą ekipy, a teraz Gruzinkami) lecz jako dziecko szczęścia (bo nie wiem jak z tym szczęściem u Agaty) w autobusie trafiłyśmy na Polki będące na EVSie w organizacji Droni, w której pracuje Tata. Tatę znam ze Stambułu i planowałam się z nią i tak spotkać, a tym sposobem zyskałyśmy dodatkowo skrytkę na bagaże. Dziewczyny zagadały, bo kojarzyły moje rzucające się w oczy, zielone spodnie, Agata kojarzyła je jeszcze skądinąd. Po Chaczapuri zrobiło się już dość późno i trzeba było zabrać rzeczy z Droni, żeby nie zostały tam na noc, po czym czekały nas 2 godziny wypoczynku na schodach filharmonii. Spotkałyśmy się z Litwinami i po zostawieniu rzeczy wyruszyłyśmy do twierdzy Narikała, po czym poszliśmy na kawę na starym mieście. Dobrze, że wypadła nam z tego planu Tata, bo nie dałybyśmy rady spotkać się już z kolejną osobą. Takie byłyśmy w Tbilisi rozchwytywane!


Jedna z najstarszych dzielnic w samym sercu miasta, jest w zasadzie budowana od nowa
Gruziński cmentarz


Targowisko z pamiątkami
Ostatniego dnia, czyli w zasadzie wtedy kiedy tego posta pisałam, z uwagi na moją noc na lotnisku, która nigdy nie jest nocą, odwiozłam Agatę na busa i poszłam się przejść po mieście. Samotność po takim czasie ciągłego przebywania z ludźmi jest naprawdę cudowna. Nie wiem czy było tego dnia chłodniej, czy może przyzwyczaiłam się już do klimatu, ale dałam radę przejść chyba z 10 km bez picia hektolitrów wody jak poprzedniego dnia. Zmęczenie dopadło mnie dopiero w centrum, zaczęłam więc szukać mrożonej kawy w cenie podobnej do dworcowej (poprzedniego dnia wypiłyśmy tam naprawdę świetną frappe) i trafiłam do spelunki, gdzie co prawda frappe nie było w menu, ale było w zakresie możliwości obsługi czym zyskali ogromnego plusa. Problem był tylko z angielskim, przez co okazało się, że w ich mniemaniu zamówiłam dwie kawy - jedną zimną, a drugą gorącą. Kiedy próbowałam wytłumaczyć nieporozumienie i powiedzieć, że zadowolę się pierwszą przyniesioną, która już stała przede mną, pan powiedział, że to jego błąd i nie może wziąć ode mnie żadnych pieniędzy. Nie i już, nawet kiedy go prosiłam, bo kawa była naprawdę dobra. Po kawie dokupiłam resztę pamiątek, ogarnęłam się i w trybie ekspresowym znalazłam na lotnisku, otoczona Polakami, jak z resztą przez cały nasz pobyt w Gruzji. Kiedy byłyśmy w Droni jeden z członków, gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski złapał się tylko za głowę mówiąc, że pora byłaby już najwyższa na jakieś urozmaicenie. Właśnie w Gruzji nauczyłam się też rozpoznawać polską urodę, bo ludzie spotykani na ulicy dzielili się nie na tubylców i obcokrajowców, tylko tubylców i Polaków.