Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 maja 2015

...raz pod wozem


Zagrzeb  
 Mieliśmy szczęście. Dotarliśmy do przystanku dokładnie pół godziny przed odjazdem ostatniego autobusu. Do Zagrzebia mieliśmy dotrzeć na 20:30, bez żadnych znajomych, planów ani mapy. Nikt na nas nie czekał. Doszłam do wniosku, że to w sumie smutne, po tym jak wszędzie kogoś „mieliśmy”. Jest to chyba kolejny plus przedsięwzięć typu couchsurfing. Na szczeście kiedy zagubieni staliśmy na dworcu, bardzo uprzejmi Chorwaci sami podchodzili do nas oferując pomoc i dając wskazówki. Oni też stwierdzili, że zwłaszcza w taki dzień jak 1 maja nie ma szans na kontrole w tramwajach i znów woziliśmy się – i to sporo – darmową komunikacją miejską. Próbowaliśmy znaleźć wolny hostel w centrum. W długi weekend, w jednej z największych stolic Bałkanów. 
Nie do końca chcieliśmy słuchać booking.com więc błądziliśmy i pytaliśmy. Mijały minuty i metry, godziny i kilometry, a wszystko na co trafialiśmy albo nie istniało, albo nie miało wolnych miejsc, albo miało je w 8 osobowej sypialni dzielonej z wycieczką gimnazjalistek. Całkiem zrezygnowani, koło 23:00 wybraliśmy się do hostelu 2 kilometry od centrum i tam dostaliśmy taką sypialnię... tylko dla nas! Chcieliśmy po raz kolejny wrócić do centrum w okolice placu Ban Jelacica na swobodne oglądanie miasta i nocnego życia, ale 3 godziny biegania po mieście z plecakami dały się we znaki. Jednak kiedy zwiedzaliśmy Zagrzeb kolejnego dnia, mieliśmy wrażenie jakbyśmy znali go już od bardzo dawna.
Plac katedralny i kościół św. Marka
Zaczęliśmy od tak dobrze nam znanego placu i powędrowaliśmy w górę do katedry. Znajduje się naprzeciw ogromnego 3 poziomowego targu Dolac powstałego w 1926 roku, kiedy władze miasta stwierdziły, że istnieje zapotrzebowanie na duży targ w centrum miasta i wyburzyły część dzielnicy pod jego budowę. Był to nasz ostatni dzień i skutecznie pozbyliśmy się poprzedniego dnia wszystkich kun... tymczasem piekarnia na targu, która przyprawiała nas o zawrót głowy (w Chorwacji można by chyba żyć przez rok codziennie jedząc inne pyszne ciastko, rogalika czy pasztecik) nie przyjmowała kart. Istna tortura... która zmusiła nas do ponownego wypłacenia pieniędzy. Po prostu nie dało się powstrzymać! 
Licitar (ze strony podanej obok)
Z ciastkami wiąże się też jeden z głównych symboli związanych z północą Chorwacji i Zagrzebiem - ciastko w kształcie serca z lusterkiem w środku. Na starym mieście opowiedziano nam historię o tym, że wzięło się od cukiernika, który zakochał się w pewnej dziewczynie dla której zrobił to własnie ciastko. Kiedy brała je do rąk, powiedział "spójrz kto jest w moim sercu", a ona zobaczyła siebie. Niestety teraz do żadnej podobnej historii nie mogę dotrzeć, okazuje się jednak, że wyrób licitarów to bardzo misterna, trwająca zgodnie z zasadami sztuki miesiąc, robota.
Cały czas podążaliśmy trasą po Górnym Mieście z darmowej broszury centrum informacji turystycznej, a ponieważ niczego wcześniej o Zagrzebiu nie wiedzieliśmy, co chwilę coś nas zaskakiwało. W ten sposób wpadliśmy na przykład na położoną przy przebiegającym pod jedną z kamienic zakręcie ulicy bramę Górnego Miasta (Kamenita Brama) z cudownym obrazem Matki Boskiej. Od pożaru Zagrzebia w XVIII wieku z którego obraz magicznie ocalał, uważa się że czyni cuda, których dowodami są dzisiątki dziękczynnych tabliczek. Dalej natknęliśmy się na kościół świętego Marka z przepięknym dachem. W Słowenii i Chorwacji nieco zmyliło mnie na początku to że „kościół” to „crkva” i myślałam że wobec tego wszyscy są może prawosławni, chociaż krzyże jakoś się nie zgadzały...
Targ Dolac, Kamenita Brama, katedra i oryginalne, nagradzane Museum of Broken Relationship
Była przepiękna pogoda i podążał za nami zespół muzyków grający coś, co bardzo przypominało mi Austrię albo Bawarię. Przechadzkę po Górny Mieście skończyliśmy przy kolejce, któa pozwoliła nam zrozumieć skąd wziął się podział na Górne i Dolne Miasto. Spacer po Dolnym był nieco dłuższy, za to prowadził przez wiele miłych parków, w tym ładny, darmowy ogród botaniczny. Przy nim stwierdziliśmy, że chyba czas już wrócić po plecaki. Jeszcze tylko 15 minut tramwajem do hostelu i 40 z niego do autostrady i mogliśmy jechać do Lublany. Ale... nie tak łatwo.
Kiedy próbowaliśmy zmienić tramwaje na placu Jelacica, tramwaj nie przyjechał. Okazało się że ruch w centrum został całkowicie wstrzymany z uwagi na przejazd tysiąca i jednego motocyklisty w uroczystym, 20-minutowym pokazie. Zastanawiało nas tylko skąd tyle ścigaczy i harley-davidsonów w stolicy kraju liczącego w całości 4,3 miliona mieszkańców. Kiedy wreszcie przejechali mogliśmy kontynuować. W międzyczasie, w tym okropnym hałasie, na placu cały czas śpiewali członkowie Hare Krishna, nie przerwali nawet na chwilę. Teraz wikipedia poinformowała mnie, że swoją Maha Mantrę muszą zaintonować 1728 razy każdego dnia. Lepiej więc pewnie zrobić to w grupie i nie przerywać, żeby mieć za sobą. 
Plac Jelacica i przejazd motocyklistów po nim do rytmu nie przerywających nawet na sekundę hare Krisha
Hitchwiki wyposażyła nas w wiedzę, ale też przestraszyła zapowiadając że w pierwszym miejscu z którego już można łapać stopa zdarzyło się ludziom łapać go 2, a nawet 4 godziny. W związku z tym co pół godziny albo nawet i szybciej przesuwaliśmy się dalej w stronę rzekomych stacji benzynowych z których jakiegoś szczęśliwca ktoś zabrał po 15 minutach... droga coraz bardziej zmieniała się w prawdziwą autostradę. Przekonywałam Esteve żebyśmy szli dalej. I dalej. Przeszliśmy spokojnie z 2 kilometry, minęliśmy dwa hipermarkety, budowę, rzekę. Moje stopy bolały jak nigdy, a nad głowami zbierały nam się ciemne chmury. Stwierdziliśmy, że operacja nie ma sensu i po 3 godzinach wróciliśmy tym samym tramwajem, na ten sam dworzec autobusowy na który trafiliśmy niespełna 24 godziny wcześniej. Tym razem jednak ktoś czekał na nas w Lublanie.
Nie tylko "crkva" można po chorwacku mylnie odbierać...
Danila przenocowała nas na łóżku współlokatorki w akademiku wcześniej próbując zdecydować przez pół godziny co też nam upichcić skoro byliśmy głodni. Tak to już jest kiedy spotka się 3 niezdecydowanych ludzi, a najbardziej niepewnym jest gospodarz. Danila była jednak bardzo sympatyczną osobą i w zasadzie kto wie czy nie spędziliśmy z nią najwięcej czasu, bo tak starała się nami zaopiekować. Zabrała nas na spacer po mieście, dość opustoszałym poza starym miastem. Lublana jest maleńką stolicą i myślę, że przy odrobinie samozaparcia można by wszędzie przemieszczać się w niej na piechotę. Przepływa przez nią malowniczo rzeka, a z góry spogląda zamek. I jeszcze jedno. Metelkova. Centrum imprez, życia towarzyskiego i manifest wolności w zajętych samowolnie dawnych koszarach i więzieniu. Opowiedziały nam już o niej dziewczyny z Opatiji, pokazując film. Możecie przyjść z własnym piwem, tanie piwo kupić, pójść na imprezę do klubu, obejrzeć sztukę w galerii i przespać się w hostelu stworzonym z więziennych celi.
Ogród botaniczny w Zagrzebiu i Teatr Narodowy
Razem z Danilą trafiliśmy też na maraton „Wings for Life World Run”. „Wings for Life” jest w zasadzie fundacją prowadzącą badania nad uszkodzeniami kręgosłupa. Maraton odbywał się równocześnie w kilkudziesięciu miastach na świecie, w tym w polskim Poznaniu. W związku z tym, że wyruszano o dokładnie tej samej porze w niektórych miastach maraton odbywał się w środku nocy!
Kiedy zostaliśmy sami wspięliśmy się na zamek i przede wszystkim zaczęliśmy szukać sobie noclegu na kolejną noc, kiedy współlokatorka Danili, razem z resztą „napływowych” z całej Słowenii, wracała w niedzielny wieczór do stolicy, która ich karmi i uczy chociaż jej nie lubią.
Metelkova
W dzielnicy szpitali trafiliśmy na jedyny hostel oferujący na booking.com dwójkę w zawrotnej cenie 15 euro od osoby (podczas gdy nawet we Francji dało się znaleźć podobne lokum za 10 euro). Kiedy dotarliśmy do nieco odrapanego budynku tuż obok ulicy Mocznikowej okazało się że cena wynosi 20 euro, a nasze apartamenty są kolejnym miejscem, które booking.com robi w konia. Na szczęście rozsądna pani dała za wygraną i zeszła nam do ceny z bookingu, a my nie posiadaliśmy się z radości jaką daje parze pokój tylko, tylko dla siebie. Bez obawy że zaraz do 8-osobowego pokoju dołączy grupa gimnazjalistek. Albo że naprawdę przemiły host będzie w środku nocy po omacku zmierzał do toalety w okolicach twojej złożonej na materacu głowy. Weseli pobiegliśmy odebrać nasze plecaki od Danili mijając po drodze tory kolejowe i bar o fascynującej nazwie „Orto” położony wraz z podłym night clubem koło naszego gniazdka. Na zakończenie udanego dnia wypiliśmy piwo na Metelkovej, a naszymi sąsiadami była ogromna grupa Polaków.
Korzystając ze spokoju naszego lokum i biorąc pod uwagę, że kolejnego dnia mieliśmy się rozstać zaczęliśmy szukać połączeń do Triestu i Polski. O ile do Triestu poszło całkiem szybko, o tyle w miarę dostawania negatywnych odpowiedzi od kolejnych osób z blablacar, które teoretycznie miały wolne miejsca, stopniowo pogrążałam się w rozpaczy. Po naszej złej passie trwającej od trzech dni moim ostatnim życzeniem było wracanie stopem, zdobyłam więc informacje na temat każdego możliwego środka transportu z Lublany do Polski. 
Zamek w Lublanie, park Tivoli i start "Wings for Life"
Był więc pociąg z 2 przesiadkami w Austrii o 16:00 za jedyne 135 euro. Był też Sindbad za 60 euro, jednak dopiero o 23:00 przez co straciłabym kolejny dzień zajęć na co już nie do końca mogłam sobie pozwolić. Blablacar dla porównania przeciętnie wahał się w granicach 80-120 zł. Stwierdziłam, że nie ma sensu czekać, zbiorę się w sobie na to przygodowe zakończenie i dotrę na zajęcia. O 10:00 w poniedziałek, pożegnałam się z Esteve i ruszyłam w stronę obwodnicy. Po 45 minutach czekania i jednej ofercie stopa do przepięknej doliny Logarskiej (która jednak nie byłaby dla mnie dobrym rozwiązaniem) zjawił się koleś jadący do Trojane. Mówił jedynie po słoweńsku więc rozmowa szła nam ciężko. W dodatku cała podłoga pasażera wyłożona była butelkami wódki, a w miarę zbliżania się do jego zjazdu w okolicach Trojane dystans który pan był skłonny pokonać cały czas się wydłużał (aż do momentu kiedy był gotowy jechać do Mariboru). Nie podobało mi się to wszystko, powiedziałam więc żeby się nie kłopotał i zjechał na najbliższą stację benzynową, gdzie już sobie poradzę szukając kogoś jadącego jeszcze dalej niż Maribor. Zabrałam plecak i zapytałam pierwszy samochód o podwózkę, byle dalej. 
Smoczy i potrójny most na rzeką Ljubljanicą
Od tego momentu już nikt nie budził moich podejrzeń, a kolejny człowiek który mnie zabrał - ex-kierowca TIRa - był tak kochany, że jeździł ze mną po wszystkich stacjach i zajazdach dla TIRów szukając czegoś jadącego w kierunku Polski lub Słowacji. Mówiliśmy po polsko-słoweńsko-angielsku, a na pożegnanie zostałam obdarowana gazem łzawiącym, bo na tym świecie nigdy nic nie wiadomo, a jestem przecież piękną, młodą kobietą (co zostało jednoznacznie stwierdzone w odpowiedzi na moje pochwały piękna i uroku Słowenii w rozbrajającym komplemencie: „Slovenia is small but beautiful, Iza is big... but beautiful too”).
I kolejny most w Lublanie - Rzeźnika, ozdobiony rzeźbami giczy i podrobów, który Słoweńcy i turyści zamienili w most zakochanych. 
Na stacji na której mnie zostawił stało już 4 autostopowiczów. Okazało się że jeden był Rumunem, a reszta, jak zwykle, Polakami ;). Był to czas powrotu z dorocznych majowych wyścigów autostopowych, jedni – z Politechniki Śląskiej – wracali z Bośni, a Łukasz - z którym połączyłam siły - wracał z wyścigu SGH do Grado we Włoszech. Podeszliśmy do Austriaka stojącego na stacji i chwilę później jechaliśmy do Wiener Neustadt położonego 50 kilometrów przed Wiedniem. Okazało się że nasz kierowca jest aktorem-amatorem i wracał przygotować się do sztuki o królu Arturze. Wysadził nas koło 15:00 na stacji z której nie było ucieczki. Znaleźliśmy na niej parę z tego samego wyścigu w którym jechał Łukasz. Żaden z samochodów osobowych nie jechał dalej niż do Wiednia, a najbliższą ciężarówkę odjeżdżającą o 20:00 do Polski zarezerwowała już owa para, która była pierwsza. Kolejny był już tylko pan jadący do Sosnowca o 5 nad ranem. Tak czarno nie spoglądaliśmy w przyszłość i między 18, a 19 zabraliśmy się do Wiednia. Miejsce w którym wysiedliśmy było równie złe, miało jednak McDonalds'a, a kawałek dalej pole pełne zajęcy i saren. Byłoby pięknie gdyby wielkimi krokami nie zbliżała się noc i nie zaczęło porządnie lać. Przed nami był więc wachlarz możliwości:
Kościół Franciszkanów za potrójnym mostem
 1. Próbować stopa dalej - na to nie starczyło nam już siły woli. 2. Wracać do centrum Wiednia i czekać na blablacar lub Polskiego Busa do rana na dworcu... albo (3.) spędzić tą krótką noc u znajomych naszych znajomych. Zaczęliśmy więc dzwonić. Kiedy zapytałam siostrę o numer do Dominiki, najlepszej kumpeli Wery, nie minęły 2 minuty, kiedy zadzwoniła do mnie mama mówiąc że zwariowałam chcąc się po nocy wbijać do ludzi niezapowiedziana i mam wsiadać w pociąg o 23:00. Koniec brykania koziołku, mama każe wracać z podwórka. Ale dobrze mieć taką mamę :). 
Nie bez oporu (bo wiedząc że słono zapłacimy, a Łukasz był bez grosza, musiałam więc zaufać komuś poznanemu 5 godzin wcześniej i za niego zapłacić) udaliśmy się na dworzec kolejowy Meidling z którego według PKP miał odjeżdżać nasz pociag. I nawet tam dostaliśmy sprzeczne informacje. Moja informacja mówiła że zapłacimy 75 euro od osoby, koleżanka Łukasza, że 35, a pani z informacji że 96. Ta opcja była ciężka do przełknięcia już nawet nie tylko dla mnie, ale i mojej karty bankomatowej z limitem. Ludzie z blablacaru nie odpisywali, zajęcia kolejnego dnia czekały... Postanowiliśmy spróbować sił mojej karty. Okazało się że bilety były jednak po 65 euro, a wcześniej pani się pomyliła i wołała za nami, ale już byliśmy za daleko. Zadowoleni z obrotu sprawy, z biletami bez miejscówek (które jednak pozwoliły nam się rozciągnąć na kanapach w pustym przedziale i naprawdę spać!) spróbowaliśmy lokalnego specjału - Kebaba z mozarellą! Nie czułam mozarelli, ale kiedy o 5:00 dojechałam do Sosnowca byłam na tyle wypoczęta i pełna energii ze szczęścia, że jestem w domu, że  przepakowałam się tylko i o 6:30 jechałam już do Krakowa.

piątek, 1 maja 2015

Raz na wozie...


Bale
Tego dnia chcieliśmy nie tylko dojechać do Puli i ją zwiedzić, ale też wyjechać z niej i dotrzeć do Opatiji/Rijeki przed zmrokiem. Zamiast 35 kilometrów, które dotąd pokonywaliśmy w Chorwacji z trudem, mieliśmy ich przed sobą 125. A do tego zapowiedź nocy NieWiadomoGdzie, bo EVSi z Opatiji nie odpowiadali na wiadomości.
W domu Sanji dowiedzieliśmy się jeszcze jednej interesującej rzeczy na temat Bałkanów. Dla Esteve było zaskoczeniem nawet to, że w Polsce większość wersji kinowych filmów „dla dorosłych” ma napisy zamiast dubbingu. W przypadku hiszpańskiego nie tylko wszystko jest dubbingowane, ale i różnymi akcentami, zależnie od tego czy film jest skierowany na rynek hiszpański czy południowoamerykański (a i tak tam Argentyna może mieć inny dubbing niż Kolumbia). W Słowenii i Chorwacji natomiast napisy idą o krok dalej – wszystkie zagraniczne produkcje mają je nawet w telewizji!
Jedziemy przez Vodnjan
Sanja odprowadziła nas też i pokazała nam świetne miejsce, w którym w ciągu 5 – 10 minut mieliśmy znaleźć transport. Sądząc po naszych wcześniejszych doświadczeniach, kiedy stop szedł bardzo opornie, mocno w to wątpiliśmy... ale miała rację! Po 10 minutach zatrzymała się pewna starsza, austriacka para i zabrała nas do samego centrum Puli, gdzie mieszkali. O ile pan był Austriakiem, jego żona była wychowaną w Niemczech Chorwatką, bośniackiego pochodzenia. Oboje wykładali na uniwersytecie w Puli i wiedzieli wiele na temat całej okolicy. Tuż przy wyjeździe pokazali nam więc wzgórza i ruiny pierwszych siedlisk antycznych plemion iliryjskich, które mieszkały tam przed nadejściem Rzymian.
Świątynia Augusta i Romy, filary ratusza, mozaika i zamek w Puli
Im samym chyba bardzo spodobało się pełnienie funkcji przewodników, bo naszym kolejnym przystankiem było Bale, gdzie zatrzymaliśmy się na kawę. To maleńkie miasteczko, do którego pewnie nie trafia zbyt wielu turystów, gdzie głównym zabytkiem jest zamek należący dawniej do rodziny Bembo, która zaprosiła do siebie słynnego Casanovę. Jest tam też maleńki XV- wieczny kościółek.
Następny był Vodnjan, tuż przed Pulą, gdzie znajduje się ważna bazylika i centrum pielgrzymkowe, skrywające relikwie 250 świętych i cierń z korony Chrystusa schronione tam w 1818 roku przez Wenecjan, kiedy w ich okolicach szalała Rewolucja Francuska niszcząca wszystko co „święte” i zabobonne.
Łuk Sergiusza w Puli
Jadąc wzdłuż wybrzeża opowiadali nam natomiast o Brioni – wyspach znajdujących się 2 kilometry od brzegu półwyspu i tworzących park narodowy. Można je zwiedzać tylko (i niestety) z drogimi wycieczkami łódką. Przypuszczam, że przy odrobinie samozaparcia, w lecie można by też do nich dopłynąć. Tam, z dala od cywilizacji mają ponoć swoje rezydencje gwiazdy, a w przeszłości, rezydencję, prywatne zoo i inne tego typu atrakcje posiadał Tito. Skoro z całej Jugosławii na swoją rezydencję wybrał akurat Brioni, musi coś w nich być ;). Jakby alei gwiazd na Brioni było mało, w zwalczaniu malarii na wyspach przez ich osuszanie pomagał Robert Koch!
Amfiteatr w Puli stawiany na równi z El Dżem i Koloseum
W Puli wysadzono nas tuż pod amfiteatrem. Jest jednym z sześciu najlepiej zachowanych amfiteatrów rzymskich na świecie i razem z wieloma innymi rzymskimi zabytkami przyciąga latem do miasta rzesze turystów. Niektóre z nich, jak na przykład rzymską mozaikę ciężko jest znaleźć samodzielnie, musieliśmy więc dopytywać. Błądziliśmy po mieście w lekkim pośpiechu – wciąż mieliśmy ponad połowę trasy przed sobą, a dochodziła 14 albo 15. Ponieważ byliśmy strasznie głodni zrobiliśmy jednak przerwę na kanapki na skwerze obok amfiteatru. I kiedy tak ćwiczyliśmy równowagę wieży z chleba tostowego na stole z plecaków, pod amfiteatr zjechało się kilkadziesiąt ambulansów na sygnale. Ktoś mówił przez megafon, była prasa i telewizja, a po kilku minutach ludzie bili brawo. Jak nic wyglądało mi to na jakiegoś nieszczęśnika, którego odwiedziono od samobójczego skoku ze szczytu amfiteatru. Nie zgadzała się tylko liczba ambulansów, ale kto by się na tym skupiał. Kiedy - po lunchu - podeszliśmy jednak pod zabytek prawda okazała się mniej dramatyczna. Dowiedzieliśmy się, że w Chorwacji było tego dnia akurat jakieś święto służb ratowniczych, które wysłały do Puli swoje reprezentacje z całej Istrii i nie tylko. 
Pula
Pula jest na tyle mała, że kiedy zdecydowaliśmy się na jazdę dalej w 20 minut byliśmy na drodze wyjazdowej w kierunku lotniska i trasy wzdłuż wschodniego brzegu Istrii. Miejsce było jednak dość kiepskie i przez godzinę nikt się nie zatrzymał, myśleliśmy więc że jeśli zrobi się już bardzo późno pojedziemy autobusem. W takim duchu obejrzałam się za kolejnym mijającym nas samochodem, a tam od nie wiadomo jakiego czasu czekał na nas chłopak. Co prawda jechał na obiad do mamy mieszkającej w wiosce w centrum Istrii, ale chciał nam pomóc podwożąc nas choćby kilometr. Dojechaliśmy do wjazdu na autostradę w kierunku Rijeki... Miejsce było tak tragiczne, że nie mieliśmy nawet złudzeń, że jedynym samochodem który będzie mógł się tam zatrzymać będzie radiowóz z funkcjonariuszami chcącymi wlepić nam mandat za chodzenie po autostradzie. Nasz kierowca zlitował się nad nami i stwierdził, że w takim razie podwiezie nas kawałek dalej i skręci później. Gadało nam się zaskakująco dobrze. 
Droga do Opatiji z Audrey i polski konsulat w Opatiji, który potrafił dobrze się urządzić
Chłopak był rok wcześniej na Work&Travel w Orange County w Kalifornii i kiedy powiedziałam, że znam te okolice, a moja mama ma tam znajomych był w siódmym niebie. Mama i ryba mogły poczekać. Opowiadał nam o swoim wyjeździe, o tym, że najlepsi ludzie jakich tam spotkał byli z Iranu, polecaliśmy sobie książki. I tak dotarliśmy do Barbanu, gdzie miał już skręcać. Zadzwonił tylko do mamy że będzie później i już kierowaliśmy się na Labin. To kolejne zaskakujące miasto o którym dowiedzieliśmy się na stopie. Do połowy XX wieku było jednym z głównych ośrodków wydobycia węgla w Chorwacji, a w 1921 jeden ze strajków górniczych przerodził się w pierwsze na świecie powstanie antyfaszystowskie, które dało początek istniejącej miesiąc Republice Labinu.
Opatija i widok na Rijekę
Nasz kierowca pozostawił nas w górach. To naprawdę niesamowite jak szybko w Chorwacji może zmienić się krajobraz. Z portowego miasta w godzinę ląduje się w górach ze szczytami zakrytymi chmurami. Było pięknie... ale nic nie jechało. Byliśmy jednak tak szczęśliwi, że ostatecznie udało nam się złapać stopa, byliśmy już 45 kilometrów od Opatiji, a nasi kolejni hości nam odpowiedzieli, że wcale nam to nie przeszkadzało. Trzeci samochód który koło nas przejechał, zatrzymał się. To właśnie byli Ci dwaj dziwni chłopcy, którzy później w porcie w Rijece załatwiali jakieś podejrzane interesy. Ponieważ oferowali jednak transport do Opatiji, nie zastanawialiśmy się długo. Na kolanach trzymaliśmy nieco roztrzęsioną, czarną, sznaucerowatą Audrey i jej białą koleżankę przpominającą maltańczyka. Musieliśmy się trzymać mocno, bo jazda była szalona, a zakręty ostre, jak na chorwackim wybrzeżu. Chłopcy nie odezwali się do nas przez całą podróż ani słowem i dziękowaliśmy Bogu, że dotarliśmy na miejsce w całości.
Opatija
Nasza host do 21:00 miała być w Rijece na przestawieniu teatralnym, postało nam więc sporo czasu na zwiedzanie Opatiji, która była, podobnie do pobliskiego Lovranu, jednym z najbardziej luksusowych kurortów Austrowęgier. Całe miasteczko zabudowane jest luksusowymi willami i XIX-wiecznymi domami wczasowymi, obecnie służącymi głównie emerytowanym Niemcom. Ma też pięknie wybetonowane plaże, tym razem już piękne bardziej serio, bo sprawiają wrażenie basenów w ekskluzywnym hotelu – z mostkami i zatoczkami. W Opatiji z końca XIX wieku trzeba było być – był więc Franz Joseph, był Piłsudski i Billroth, którego nazwisko świtało mi z chirurgii.
Park Angiolina w Opatiji
W Opatiji zaopiekowała się nami Marta, której namiary zdobyliśmy od Larę z Poreca. Razem z Samuelem, EVSem z Hiszpanii pracuje w organizacji ekologicznej. Samuela jednak nie było, bo wybrał się na długi weekend do Sarajeva, a na jego miejsce przyjechała Ania, której twarz wyglądała bardzo znajomo. Dziewczyny poznały się dwa lata temu w Chorwacji gdzie w Zagrzebiu i Rijece robiły Erasmusa. W ciągu roku Marcie udało się opanować chorwacki tak, że w organizacji prowadzi nawet lekcje ekologii dla dzieci z podstawówki. Gadaliśmy przy piwie i już pogodziłam się z tym, że może po prostu Anię minęłam gdzieś na ulicy w Krakowie, kiedy okazało się że pracowała w Amnesty International, dokładnie wtedy kiedy w IFMSA organizowałam Maraton Pisania Listów na uczelni. Dla mnie to niesamowity zbieg okoliczności.
Rijeka
Dziewczyny poopowiadały nam trochę o Zagrzebiu, Rijece i Chorwacji, mówiąc między innymi, że w Chorwacji nie ma sensu kasować biletów. Jeśli będzie kontrola wystarczy po prostu zacząć mówić po angielsku. Kolejnego dnia wsiedliśmy więc z naszymi wielkimi plecakami w autobus do Rijeki i – proszę – kontrola. Już raz próbowałam rozpaczliwego wybiegania z autobusu, przy którym kontrolerzy okazali się we Francji sprytniejsi (natomiast przechytrzył ich polski dowód i polskie znaczki w związku z czym mandat został wysłany na bliżej nieokreśloną ulicę Hanki B, zamiast Hanny Ordonówny), tym razem – zwłaszcza z uzyskaną od dziewczyn informacją – zachowaliśmy stoicki spokój. W głowie układałam sobie tylko usprawiedliwienie które przedstawię panu, kiedy przyjdzie kolej na nas. Ale kolej nie przyszła. Kontroler spojrzał tylko z politowaniem na nasze plecaki świadczące dobitnie o tym, że my z zagranicy i poszedł dalej. Te emocje i serpentyny sprawiły że wysiedliśmy nieco wcześniej i dalej odkrywaliśmy miasto na piechotę.
Widok na Rijekę z zamku w Trsat
Rijeka, czyli Rzeka, jest przepięknie położona w wąwozie, ale niestety z uwagi na 1 maja była nieco wymarła. Przeszliśmy więc główną ulicą Korzo i obejrzeliśmy panoramę miasta z ponad 1,5 kilometrowego molo. Na przekąskę dziewczyny poleciły nam burka od Braci, którzy na szczęście byli otwarci. Jeszcze tylko zwiedzić zamek i byliśmy gotowi do łapania stopa do Zagrzebia. Po tak udanym poprzednim dniu, nie mogło być jednak zbyt prosto. Po pierwsze okazało się że zamek i sanktuarium górujące nad miastem znajdują się już w innym, mniejszym miasteczku – Trsat. Prowadziły do niego schody z chyba tysiącem stopni, a ponieważ planowaliśmy zejść stamtąd prosto do drogi prowadzącej do autostrady, wspięliśmy się na nie z całym ekwipunkiem. Na szczycie myśleliśmy że wyzioniemy ducha. Widoki jednak rekompensowały nasz trud, co nie zmienia faktu, że busem byłoby nieco łatwiej i wygodniej. Do tego okazało się że musimy wrócić tą samą drogą – chociaż zejście na drugą stronę wzgórza na mapie wydawało się wykonalne, w rzeczywistości takie nie było. W rezultacie koło 15 stanęliśmy przy podrzędnej drodze, która gdzieś dalej miała się krzyżować z autostradą na Zagrzeb. Oczywiście nikt się nie zatrzymywał, bo większość ludzi jechała do pobliskich domów. Na piechotę do autostrady też nie dało się dojść, bo musielibyśmy wpakować się w tunel samochodowy. Dla pocieszenia zaczęło padać. I padało coraz gorzej. Postanowiliśmy wrócić do miasta i albo znaleźć hostel, albo autobus który zabrałby nas do Zagrzebia...
Nasze widoki czekając na stopa i już siedząc w ciepłym i suchym autobusie...

czwartek, 23 kwietnia 2015

Słowenia to mały kraj...

...który można przejechać wzdłuż długiej osi w 2,5 godziny. Jest w nim jednak wszystko - od morza, przez wzgórza i gigantyczne jaskinie, aż po Alpy.
widok z Trojane
 Z regularnego pisania nic nie wyszło. Zbyt dużo było zwiedzania, braku dachu nad głową i jego poszukiwań. Jeśli już jednak znaleźliśmy takie miejsce, było świetne, tak samo jak ludzie których tam spotykaliśmy.
Droga i Trojane
W czwartek moim planem było dotarcie z Mariboru do Sagrado we Włoszech po drodze zwiedzając Słowenię. Na początku planowałam zajrzenie do Celje, które wikitravel opisywało jako jedno z najstarszych miast Słowenii (później dowiedziałam się że najstarszy jest Ptuj), ale ostatecznie zdecydowałam się na obejrzenie Jaskiń Szkocjańskich, będących na liście UNESCO z uwagi na jeden z najgłębszych podziemnych wąwozów w Europie i na świecie.
Jaskinie szkocjańskie
Stop szedł mi idealnie jak nigdy, chociaż zaczęłam od godzinnej wycieczki autobusem po mieście. Nie czekałam pięciu minut, kiedy do Celje zabrał mnie Słoweniec nie mówiący w żadnym innym języku poza ojczystym. Doszłam do wniosku, że zdecydowanie łatwiej jest mi już dogadać się z Czechami i Słowakami (chociaż zawsze wolałam rozmawiać z nimi po angielsku), ale i tak byłam bardzo dumna z tego, że udało mi się zrozumieć że pan był emerytowanym górnikiem z dwójką dzieci, z których jedno mieszka w Austrii. Wiele osób które spotkaliśmy w Słowenii mówiło o tym, że życie nie jest łatwe, a większość młodych marzy o wyjeździe.
Wysiadłam w okolicach wyjazdu z autostrady, na którym teoretycznie niemożliwe było zatrzymanie się, ale i tak dokonał tego zarówno TIR, który zablokował cały ruch po czym odjechał, bo niestety nie udało nam się z kierowcą dogadać, jak i mój kolejny autostop – inżynier mechaniczny o imieniu Peter. Peter pracuje w Lublanie, ale nie lubi stolicy (która zresztą całkowicie wyludnia się w weekendy, kiedy wyjeżdżają studenci i pracownicy, zaskakująco więc łatwiej znaleźć tam imprezy w tygodniu niż w piątek czy sobotę) i mieszka w Alpach Julijskich nad jeziorem Bohinj.
Słowenia robiła się coraz piękniejsza, w środkowej części ma przepiękne małe wzgórza, które nieco przypominały mi Wzgórza Czekoladowe z Filipin, które kiedyś widziałam w jakimś zestawieniu cudów świata. Kraj jest tak mały, że wydaje się najspokojniejszym i najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. 
Mój kierowca zaproponował mi atrakcję w postaci ogromnych pączków z których znana jest mała miejscowość Trojane. Była to w zasadzie jedna piekarnia, ale rzeczywiście były ustawione przed nią rzędy niemieckich autobusów, a pączki były najświeższymi jakie jadłam w życiu.
Skocjan
Wąwóz (zdjęcie stąd)
 Dojechaliśmy razem do Lublany, gdzie wysadził mnie w najlepszym miejscu do łapania stopa na zachód. Rzeczywiście było najlepsze, także według pozostałej trójki autostopowiczów czekających na podwiezienie. Podeszłam do jednego z nich, studenta antropologii z Kopru jadącego na zajęcia na które był już spóźniony. Czekał już od 40 minut, ale dopisujące mi w czwartek szczęście spowodowało, że już po 5 minutach od mojego przyjścia zatrzymał się i zabrał nas włoski student jadący do Triestu. Po wysadzeniu Słoweńca stwierdził, że w zasadzie dawno nie widział jaskiń i pojedzie ze mną skoro ma wolne całe popołudnie, ale zmienił zdanie kiedy dowiedział się że przed nim 2 godziny czekania na zwiedzanie i półtorej samego oglądania jaskiń. Czekając samotnie na wycieczkę wybrałam się do punktu widokowego, z którego roztacza się panorama całej doliny (będącej zapadłą przed milionami lat jaskinią) z wrotami rzeki Reki („reka” po słoweńsku oznacza „rzekę”) i jaskini. Po drodze spod nóg uciekały mi jaszczurki, nieco dalej lis, było pięknie.
Jaskinie robią niesamowite wrażenie. Trasa zaczyna się od nieco mniej spektakularnej Cichej Jaskini i prowadzi do jednej z największych grot na świecie – Jaskini Szemrzącej. Jej nazwa pochodzi od przebiegającej w dole rzeki, która może w całości wypełnić grotę wodą, kiedy wystąpią duże opady przy małych rozmiarów ujściu rzeki na powierzchnię już po włoskiej stronie.

Kiedy wyszłam z jaskini była 18 i zaczęłam się zastanawiać czy zwiedzanie w ostatniej turze na pewno było dobrym pomysłem – droga przy której musiałam łapać stopa była całkiem pusta. Szczęście mnie jednak nie opuszczało i z pomocą trzech osób dostałam się na przedmieścia Triestu, skąd pojechałam pociągiem do Sagrado. Fabio, mój host na czas oczekiwania na Esteve, który miał przylecieć kolejnego wieczoru, okazał się historykiem-pasjonatem zainteresowanym polskimi arystokratami, na temat których pomogłam mu w przetłumaczyć kilka tekstów. Mieszkał z uroczą mamą, elegancką starszą panią, która bardzo dbała o mnie i Esteve podczas tych dwóch dni.

środa, 22 kwietnia 2015

Słowenia na raz

Maribor (Author – Matej Vraniƒ – source www.slovenia.info), znalezione tu
Akcja była szybka. Miałam wczoraj średnio udany dzień, szybko wróciłam do domu i postanowiłam jak zwykle przespać złe humory. Obudziłam sie koło 14 i pogadałam z mamą, która dalej przekonywała mnie żebym zamiast stopa jechała do Słowenii blablacarem. Zajrzałam tam ponownie bez większego przekonania. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się dość tani przejazd "na jutro o 00:40 z Katowic˝. Północ to bardzo dyskusyjna pora jeśli chodzi o jej przynależność do dnia dzisiejszego lub jutrzejszego, szybko zapytałam więc kierowcę czy chodziło o najbliższą czy kolejną noc. Jak można przewidywać oddzwonił, mówiąc że o najbliższą. Dowiedziałam się też że przejazd jest ciężarówką (podczas tej podróży nauczyłam się że to nie TIR) i że będzie za darmo. Brzmiało zachęcająco, zadzwoniłam więc szybko w celach konsultacyjnych i już pakowałam się żeby wrócić do Sosnowca, skąd Kamil miał mnie zabrać. Jak zwykle Wera roztaczała mroczne wizje co do intencji kierowcy, ale na szczęście po raz kolejny, dobro zwyciężyło w ludziach, a Kamil okazał się normalny. Musiałam poodwoływać wszystkie kina, kosmetyczki i pożegnać się z myślą wyjazdu do Zakopanego... o 20:00 byłam już zwarta i gotowa w Sosnowcu.
Maribor może poszczycić się najstarszą winoroślą na świecie :)
O północy wsiadłam do mojego pierwszego zaaanżowanego stopa w życiu (który swoją drogą jeździ co tydzień z Polski do Cuneo we Włoszech). Podczas podróży dowiedziałam się, że TIR to nie ciężarówka, a umowa międzynarodowa, dostałam szkolenie w zakresie kiepskiej widoczności ciężarówki i ich oznaczeń. Nie chciano mnie jednak dokładnie wtajemniczyć w sztukę oszukiwania magnesem elektronicznego tachografu. Cenną informacją było też to, że jeśli jesteście zainteresowani złapaniem ciężarówki kierującej się na Włochy, Słowenię, a nawet Grecję to 80% z nich jedzie nietypowo przez Cieszyn, Żylinę, Bratysławę, a potem pełną wertepów drogą 86 na Szombathely, Lendavę i Maribor (co pozwala ominąć piekielnie drogie opłaty za autostrady w Czechach i Austrii). Do Mariboru dotarłam w czasie nieco dłuższym niż osobówką (mieliśmy między innymi 3 godzinną przerwę na spanie), wysadzono mnie przy autostradzie (bo do Mariboru nie wolno wjechać bez pozwolenia więcej niż 7,5 tonom ;)) i jakoś musiałam dalej radzić sobie sama. Były to przedmieścia więc nikt nie był skory do brania mnie na stopa, a i ja machałam ręką bez przekonania. Ostatecznie dotarłam do przystanku autobusowego skąd był bezpośredni bus pod sam akademik (i jestem bardzo dumna z tego sprawnego ogarnięcia sytuacji, chociaż pewnie prawdą jest że więcej w tym zasługi mariborskiej komunikacji).
Maribor
I tu dochodzimy do pytania gdzie mieszkam. Kiedy wrzucałam informację o poszukiwaniu partnera do stopa na CouchSurfing odezwała się do mnie Turczynka z Mariboru, że byłaby zainteresowana dołączeniem do mnie na słoweńsko-włoski etap stopa. Plan nie wypalił, ale pisałyśmy do siebie dalej. Wydawała się tak sympatyczną osobą, że już przed wyjazdem byłam gotowa przyjechać tu dzień wcześniej, żeby spotkać ją, zwiedzić Maribor i zobaczyć jak w Słowenii żyje się Erasmusom. Kilka razy podawała mi swój numer w mailu (za każdym razem przekręcony) i już myślałam że kontakt stracony, ale na szczęście ostatecznie sama do mnie napisała. Czekając na zakończenie jej zajęć przed akademikiem, położyłam się ze wszystkimi tobołami na ławce i zasnęłam, byłam tak zmęczona. Po około godzinie znalazłyśmy się i zaczęłam odkrywać życie słoweńskich studentów, którzy mają się całkiem nieźle. Ogólnie ceny nie są tu zachwycające (jak na przykład 1,1 euro za jednorazowy bilet autobusowy do którego nie istnieje zniżka studencka), ale za to jaki socjal! Każdy student dostaje od państwa kupony na jedzenie, ktore może wykorzystać nie tylko w obrzydłej restauracji uniwersyteckiej, ale w każdej restauracji w mieście, która przyjmuje bony (Maribor uchodzi w Słowenii za główne miasto uniwersyteckie i nawet istnieją specjalne drogowskazy "Studenci").
W każdej restauracji kupon daje inną zniżkę, my akurat skierowałyśmy się do miejsca w którym jedzenie było za darmo! Ok, głównie gyros, kanapki i tortille, które trudno jeść przez całego Erasmusa, ale mimo wszystko. Akademik jak akademik, mocno zapuszczony, z 3 dwuosobowymi pokojami na skład... ale przynajmniej łazienka i kuchnia dzielone tylko z tymi osobami, a nie 40 obcymi typkami.
Maribor po naszym krótkim spacerze sprawił na mnie dobre wrażenie, coś się w nim dzieje, jest też całkiem ładny, choć kompaktowy (w trybie zwiedzania, na jedno popołudnie z obiadem :p). Zabawne jest to że w zasadzie panuje tutaj atmosfera bardzo małego miasteczka, idąc co 15 minut spotykałyśmy znajomych Ozge, chociaż jest tu dopiero od 2 miesięcy. Wszyscy wychodzą też do jednej dyskoteki - Kms (Kamaszy), Erasmusi w środy, miejscowi we wtorki. Jeśli z kolei spotykasz jednego z liczych Erasmusów będzie to najprawdopodobniej Polak, Czech, Turek albo Hiszpan (tych trudniej spotkać, bo obracają się głównie w swoich zamkniętych grupkach, jak wszędzie). Ponieważ dzisiaj jest środa wszyscy podczas naszego spaceru pytali czy wybieramy się na imprezę do Kamaszy, co bardzo mi się spodobało - brzmiało albo jak wydarzenie tygodnia na które wszyscy czekają (choć muzyka ponoć nie do zniesienia na trzeźwo), albo jak rytualne wyjście dobrych znajomych do baru naprzeciwko.
Rynek Główny. Maribor
Jedno jest pewne - rok spędzony tutaj na Erasmusie to doświadczenie z zupełnie innej bajki niż rok w Bordeaux czy w Walencji. Patrząc na te tysiące wymiarów, tysiące miast i przeżyć Erasmusów w różnych częściach Europy od Turcji po Islandię nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Erasmus zmienia na zawsze nie tylko uczestników wymian, ale też same miasta.
Jutro zamierzam przez Celje przetransportować się już do Sagrado we Włoszech gdzie spotkam się z Esteve.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Jazz, Pireneje i wyścig świń

Katedra Notre-Dame de Saint-Bertrand-de-Comminges
Saint Gaudens. Miasteczko to przyszło nam na myśl tylko dlatego, że znajdowało się w połowie drogi do naszego kolejnego, głównego przystanku - Pirenejów. Pan z którym jechaliśmy w ramach carpoolingu wybierał się do Saint Gaudens na koncert i ostatecznie stwierdził, że od biednych studentów nie zamierza żądać kasy. Tak miło witało nas przedgórze Pirenejów.
Okazało się, że nie takie Saint Gaudens nudne, jakby można się spodziewać. Trafiliśmy tam na międzynarodowy festiwal jazzowy "Jazz en Comminges", na który jechał nasz kierowca, cudownych ludzi z couch surfingu i wkomponującą się w panoramę Pirenejów cuchnącą fabrykę papieru. Nie spędziliśmy tam nawet 24 godzin, a czuliśmy się świetnie.
W domu, w którym spędzali dopiero swoją drugą noc, gościła nas trójka biologów, w związku z czym dowiedzieliśmy się sporo o regionie, a Esteve był w swoim biologicznym żywiole. Quentin, najbardziej rozmowny z całej trójki, miał dosyć ciekawą historię z Erasmusem. W trakcie studiów z biologii wyjechał na rok wymiany w rumuńskiej Konstancy. Po roku studiowania po rumuńsku z Rumunami, podczas gdy równolegle szedł odpłatny program międzynarodowy po angielsku dla studentów z całego świata, rzucił studia i postanowił zostać cieślą "tak jak święty Józef", specjalizując się w drewnianych dachach.

W ramach festiwalu w Saint Gaudens poza głównymi koncertami jazz można było usłyszeć w całym mieście
Dowiedzieliśmy się też o tym, że w Pirenejach, na dokładnie tej samej zasadzie co na Podlasiu wykonuje się sękacze i nauczyliśmy się ciekawej gry karcianej, którą mamy przekazać dalej w świat.
Kolejnego dnia wybraliśmy się w piątkę na krótką przechadzkę po Saint Gaudens, na różnych palcach miasteczka można było usłyszeć jazz. Później wszyscy razem zabraliśmy się obejrzeć oddaloną o 20 kilometrów ogromną katedrę w maleńkim Saint Bertrand de Comminges (dawniej istotnym ośrodku rzymskim), nazywaną Mont Saint Michel Pirenejów. Tuż obok w miejscowości Valcabrere znajduje się urokliwy romański kościół St Just (w którym niestety w przeciwieństwie do większości kościołów we Francji pobierane są opłaty) oraz – o czym wie nieco mniej osób – prowadzony przez pewną starszą panią ogródek z ziołami z czasów Rzymian i chwalona restauracja „Lugdunum”, która wykorzystuje te zioła w swoich potrawach wzorowanych na książce kucharskiej niejakiego Apicjusza z I wieku. Niestety, przyjmują tylko grupy od 6 osób wzwyż i po uprzednich ustaleniach.
droga do Cirque de Gavarnie
Przyszedł czas wyruszyć w dalszą podróż i nasi gospodarze zostawili nas w wyglądającym dość rozsądnie zjeździe na autostradę w kierunku Tarbes i Lourdes. Kierowaliśmy się już do naszych ostatnich gospodarzy – Sophie, Yannicka i maleńkiej Lucie w Bagneres-de-Bigorres. 
Pierwsza godzina. Nikt nie zabrał nas nawet do bramek wjazdowych na autostradę. Byliśmy na szczęście przy centrum handlowym, mieliśmy więc pewność, że z głodu nie umrzemy.
Druga godzina. Skontaktowaliśmy się z Sophie i Yannickiem, mówiąc że z dojazdem krucho, a oni poinformowali nas, że właśnie wracają z Montpellier autostradą przy której staliśmy. Byliśy uratowani. Trzeba było tylko poczekać łącznie cztery godziny. W tym czasie przemieściliśmy się stopem o 5 kilometrów.
Sophie i Yannick, ciekawa, nieco roztargniona para z podstarzałym, zmęczonym życiem psem Spikiem i o wiele bardziej żywotnym kotem, mieszkali w Bagneres de Bigorre, z którego okolic pochodził Yannick. W 2012 roku udali się w autostopowego tripa z Paryża do Stambułu, sporo czasu spędzając w Polsce, gdzie... dołączyła do nich Lucie :). Mimo ciąży kontynuowali wyprawę i swoje pierwsze USG zrobili w Rumunii, gdzie już mniej więcej mogli zrozumieć lekarza dzięki pokrewieństwu języków.
Bagneres de Bigorre to mała mieścinka, dawne eleganckie, górskie uzdrowisko z wciąż funkcjonującym kasynem i innymi obiektami charakterystycznymi dla tego typu Krynic czy Lądków Zdrój. Mimo bardzo późnej pobudki postanowiliśmy przejść się uliczkami Bagneres i spróbować dotrzeć jeszcze tego dnia stopem tam i z powrotem do jednej z głównych atrakcji francuskich Pirenejów – Cirque de Gavarnie. Tak samo jak w Albi zastał nas dzień świąteczny (tym razem niedziela) i transport znów nie funkcjonował. W dni powszednie istnieje możliwość telefonicznego zamówienia (najpóźniej do 24 godzin) przejazdu miejskim autobusem z Bagneres do Lourdes i już standardowo kursującą linią wprost do Gavarnie.
Dla nas - jadących stopem - najprostsza droga do Cirque de Gavarnie prowadziła przez przełęcz w okolicy Pic du Midi de Bigorre. Niestety według wszystkich wersji wydarzeń była nieprzejezdna, musieliśmy więc jechać okrężnie – przez Lourdes. W jednej wersji droga była zablokowana przez niedawno spadły śnieg i lód, przez który ostatnio jeden samochód spadł w przepaść. W drugiej droga była nieprzejezdna od dłuższego czasu po sporych opadach deszczu, powodziach i zeszłorocznych osuwiskach. Tak czy siak wciąż można wybrać się kolejką do obserwatorium na szczycie Pic du Midi, które przy dobrej pogodzie (której nam niestety poskąpiło) zapewnia panoramę całych Pirenejów. Drobną przeszkodą może być tylko cena kolejki – 36 euro od osoby i kolejne 20 za wstęp do obserwatorium. Okazuje się jednak, że można się również wspiąć i obejrzeć panoramę z bezpłatnego tarasu :). Dla zainteresowanych trasa tu.
Cirque de Gavarnie
Podczas stopa z Esteve mieliśmy wyjątkowe szczęście do naprawdę dziwnych ludzi. To lokalny mieszkaniec ścinający górskie zakręty z zacięciem kierowcy rajdowego, to – kolejny już podczas mojego pobytu we Francji – Portugalczyk o fizjonomii bandziora, a tak naprawdę człowiek z wielkim sercem. Najdziwniejsza była jednak nasza nauczycielka. Spotkaliśmy ją jakieś 15 kilometrów od Gavarnie, gdzie razem ze swoim psem wybierała się podobnie do nas na przechadzkę. Później wracała przez Lourdes, świetnym pomysłem było więc wymienienie się telefonami i wspólny powrót. Jednak już podczas samej jazdy do Cirque uświadomiliśmy sobie, że nasza rozmówczyni nie potrafi przestać mówić. To że nie rozumieliśmy i czasem tylko potakiwaliśmy zdawało się nie stanowić żadnego problemu. Kiedy dotarliśmy na płatny parking wyłgała się od płacenia, mówiąc że jesteśmy studentami. Klasa. Rozdzieliliśmy się i już we dwójkę podziwialiśmy drogę do Cirque de Gavarnie.
Trasa jest bardzo prosta i praktycznie całkiem płaska. Prowadzi do ogromnego skalnego amfiteatru w którym wciąż było całkiem sporo śniegu, a jego szczyty spowijały chmury. Patrząc na coś takiego można zrozumieć Greków w ich wierzeniu, że bogowie mieszkali na Olimpie jeśli wyglądał podobnie. Było cudownie.
Latem, na przełomie lipca i sierpnia w Cirque de Gavarnie odbywają się pokazy teatralne, które muszą zapierać dech w piersiach. W tym roku pokazywany będzie „Sen nocy letniej”.
Przy schronisku spotkaliśmy naszą towarzyszkę, z którą wróciliśmy już do samochodu. Esteve wytrwale podtrzymywał rozmowę. Przez trzy godziny które łącznie spędziliśmy razem nie zamilknęła na dłużej niż 20 sekund. Kiedy jechaliśmy do Lourdes zaczęła opowiadać nam o swoich przygodach z polityką, programie radiowym w którym ją krytykuje i tym, że była bliska proszenia o azyl polityczny w Kanadzie z tego powodu. Mówiła też coś o swoim lekarzu, solach litu i wypróbowywaniu innych leków.
Z Lourdes, do uroczo brzmiącej miejscowości „Trébons w której mieliśmy się spotkać z Sophie i Yannickiem zabrały nas dwie starsze panie. Pomysł spotkania się w Trébons nie wziął się z nikąd. Kiedy wyjeżdżaliśmy do Cirque, Sophie napomknęła, że wybiorą się chyba rodzinnie wieczorem na... wyścig świn w pobliskiej miejscowości, a my już wiedzieliśmy, że co jak co, ale na 19 musimy wrócić.
Ponieważ głównym tematem imprezy była cebula w całej wiosce pachniało tylko nią. Można było skosztować kurczaka i królika pod grubą pierzyną cebuli, co po wyścigu oczywiście uczyniliśmy. Sam wyścig nieco nas rozczarował, gdyż świnki nie chciały biec, a niektóre rebeliantki zaczynały nawet przemieszczać się pod prąd. Do porządku przywoływała je biegnąca za nimi gromada dzieci.
W ostatni dzień po raz kolejny zawinęliśmy do Lourdes, tym razem żeby zobaczyć nieco miasta. Później już tylko czekała nas długa droga do domu, tym dłuższa, że przez przypadek znów wylądowaliśmy na niewłaściwym, mało uczęszczanym zjeździe. Z opresji wybawiła nas dopiero prawdziwa afrykańska mamma jadąca z sadzonkami. Później trafiliśmy na bardzo nietypowego informatyka, który molestował nas przez 5 minut o dokładne współrzędne naszego zjazdu z autostrady domagając się potwierdzenia, że znamy drogę na pamięć. Jechaliśmy bezpłatnymi drogami wzdłuż autostrady dzięki czemu mogliśmy podziwiać lasy Landes, które zawsze chodziły mi po głowie. Wśród nich znajduje się miejscowość Sabres, w którego Ecomusée de Marquèze można zobaczyć dawne warunki życia w Landach (które kiedyś – do czasu zalesienia całego obszaru sosnami – były ogromnymi, niezamieszkanymi mokradłami, którym zagrażały ruchome piaski z wybrzeża).
Chateau Fort, Lourdes
Oczywiście w przeciwieństwie do każdego innego razu, kiedy potrafiłam bez problemu nakierować kierowcę na nasze okolice, tym razem musiałam się pomylić, a nasz informatyk niemalże umarł z nadmiaru stresu.

piątek, 16 maja 2014

StEmi czy nie StEmi?


W pierwszym tygodniu po moim pojawieniu się na oddziale chirurgii pokarmowej okazało się, że Francuzi są nieco zakręceni. Ponieważ był to ostatni tydzień pobytu na tym oddziale dwójki internów płci męskiej (czyli lekarzy w trakcie specjalizacji, którzy rotują między oddziałami i szpitalami mniej więcej co pół roku) psotne, młode pielęgniarki postanowiły ich stosownie pożegnać. W związku z tym przez cały dzień kontakty, klamki do pokojów pacjentów i wszystkie inne obiekty, których możnaby potencjalnie dotknąć, nasmarowane były różnego rodzaju pastami, kremami z wazeliną i maściami. O tak dla zabawy, jak w zieloną noc. Później chłopcy się włączyli i już wszyscy (poza nami – studentami, którzy po prostu staraliśmy się w odpowiednim momencie uchylać) biegali po oddziale prowadząc regularną wojnę przy pomocy wypełnionych solą fizjologiczną strzykawek do lewatywy i prowadząc jednocześnie wizytę. Co najlepsze, wszystko spotkało się z pełną akceptacją ze strony pacjentów.
Saint Emilion
Jak więc widać, atmosfera nawet na dość poważnej chirurgii przewodu pokarmowego (ale zawsze chirurgii) jest całkiem, hm, luźna. Niemniej jednak, kiedy na oddziale zjawia się profesor żarty idą na bok.
Dzisiaj natomiast, koło 9 rano kiedy na dworze było po prostu chłodno, a podwórko szpitala wciąż było zacienione, wybraliśmy się - externi, interni i chef de service - na kawę. I kiedy mieliśmy je już w ręce ktoś zaproponował wypicie ich na dworze. Byliśmy w samych fartuchach z krótkim rękawkiem, ale nikomu, nawet Arthurowi z Tahiti czy Kevinowi z Reunionu, nie było zimno. Poza mną, która trzęsłam się jak osika. Powoli dochodzę do wniosku, że to ludzie z "południa", nawet takiego jak Hiszpania, są bardziej przyzwyczajeni do zimna niż my, rozpieszczeni ciepłymi ubraniami i cudownie grzejącymi kaloryferami, których oni nie posiadają.
Post ten powstał jednak przede wszystkim dla nas – tu będących – ku pamięci, aby w przyszłości nie umnęły nasze perypetie w drodze do pobliskiego Saint Emilion, w którym akurat w pierwszy majowy weekend były drzwi otwarte winnic, a w którym podczas Erasmusa jeszcze nikt nie był. Jechała nas 5, więc niestety musieliśmy przeprowadzić selekcję kto pojedzie autobusem i stopem (bo bezpośrednie kursują do Saint Emilion z Bordeaux tylko latem), a kto bezpośrednim covoiturage’m z dziewczyną z którą udało mi się umówić poprzedniego dnia. Z uwagi na przypadłości takie jak niepokonana (później wbrew wszystkiemu jednak pokonana) niechęć do jazdy autostopem, samochodem miała jechać Aga, Estera i Esteve, a stopem ja z Matt’euszem.
jedna z winnic w pobliżu miasteczka
Z Matt’em wyruszaliśmy wcześniej i potrzebowaliśmy nieco ponad godziny, żeby dotrzeć w miejsce odjazdu autobusów w La Buttiniere. Niestety mieliśmy lekki poślizg, ale ponieważ do autobusu (którym jadąc mieliśmy sporą szansę na spóźnienie) było wciąż 9 minut, postanowiliśmy sprawdzić czy tramwajem nie będzie szybciej. Po dotarciu na przystanek, okazało się że tramwaj przyjedzie jeszcze później, zaczęliśmy się więc cofać do najbliższego przystanku autobusu. I wtedy pojawił się w zasięgu wzroku. Zaczęliśmy biec, ale ponieważ – jak wiadomo – jestem wyśmienitym biegaczem, zostałam mocno w tyle, krzycząc do Matt’a żeby poprosił kierowcę o zaczekanie aż dobiegnę. Widziałam jak Matt’eusz wsiada, a autobus jak gdyby nikt, wypluwając płuca, za nim nie
słowo o butelkach (francuska wikipedia)
biegł, wrzucił migacz i... odjechał. Z Matt’em który tak naprawdę nie wiedział gdzie, w co i jak ma się dalej przesiąść. Okazało się że wskoczywszy coś tam burknął do kierowcy, ale ten – być może nie usłyszawszy – odjechał, a Matt zamiast blokować drzwi, krzyczeć i błagać, zaczął... się śmiać. Sytuacja była poważna. Kolejny autobus za pół godziny, w Saint Emilion już byłam, ale ponieważ inni też jechali, Matt żyje nieco we mgle, a a ja już mimo wszystko wstałam o tej 7:15, wzięłam miejski rower i zaczęłam „gonić” autobus. Ostatecznie, po godzinie jazdy i jednej zmianie roweru dotarłam na miejsce przed Matt’em wyprzedzając go na etapie przesiadki.

Kiedy po tej porannej rozgrzewce wsiedliśmy do autobusu, napisała do mnie właścicielka samochodu, informując pół godziny przed wyjazdem, że skoro nie potwierdziliśmy przejazdu (a dokładnie się z nią umawiałam), zgodziła się poprzedniego wieczoru wziąć jeszcze dwie osoby i w związku z tym zostały jej dwa miejsca. A oczywiście cała trójka była już na miejscu, czekając na nią. Postanowili się z nią spotkać i zobaczyć co się wydarzy. Skończyło się na tym, że czekali jeszcze 10 minut na dziewczynę, która się spóźniała, ale ostatecznie – niestety – przyjechała. Z ekipy odpadała nam więc chora Estera.
Tymczasem my już dojechaliśmy do Libourne i idąc przez miasteczko udawaliśmy, że łapiemy stopa. Ostatecznie udało się chyba po ładnych 40 minutach marszu i do Saint Emilion wjechaliśmy z panią, która już biorąc nas była spóźniona na chrzest siostrzeńca swojego brata :p.
Kiedy udało nam się znaleźć z Agą i Esteve, zrobiliśmy rundkę po zapchanym turystami miasteczku i udaliśmy się na degustację win, która była naszym celem. Pierwsza „cave”, jeszcze w mieście, miała (zaskoczenie!) śliczne piwnice z poukładanymi w eleganckie ściany butelkami z różnych roczników i dysponowała wyborem win z różnych winnic z okolic Saint Emilion. Degustacja w niej zdecydowanie odstraszyła Polaków, którzy przyszli w trakcie naszej prezentacji, bo należało albo kupić butelkę wina albo zapłacić 4 euro od osoby. Niestety nie wymienię nazw win, które były degustowane, bo oficjalnie przyznaję się, że nieszczególnie interesuję się winem.
Aga i Matt degustują
Po szybkich ustaleniach, że nie mamy ochoty zabierać się z powrotem ze znienawidzoną dziewczyną z covoiturage, zaczęliśmy iść w stronę Libourne (około 8 kilometrów) zawijając po drodze do winnic uczestniczących w dniach otwartych. Tam było już nieco bardziej swojsko, wina prezentowali nam właściciele, opowiadali o tym jak je smakować, a w jednej można było też przejść się po zabudowaniach do których przygotowano przewodniki audio, objaśniające etapy produkcji wina.


Dowiedzieliśmy się na przykład, że „butelka” to tak naprawdę nazwa rozmiaru 0,75 l wina, inne są na zdjęciu powyżej. Z wielu instrukcji obsługi wina zapamiętałam jedną – jeśli wino jest młodsze niż 10 lat należy je wczesniej otworzyć, przelać do karafki i zostawić do oddychania na 4-6 godzin przed degustacją. Zdecydowanie zastosowaliśmy tą poradę kupując parę dni później wino w drodze na imprezę.
krużganki jednego ze starych klasztorów Saint Emilion
(w średniowieczu było ważnym ośredkiem religijnym w regionie)
Poprzednim razem, kiedy byłam w Saint Emilion poza dniami otwartymi, taką mini wycieczkę po winnicy i chateau zorganizowano nam osobiście, zupełnie za darmo i specjalnie dla nas, a dla mnie, szczerze mówiąc jest to ciekawsze od degustacji ;).
Po przejściu ładnego kawałka drogi i z odpowiednim poziomem alkoholu we krwi przy całkiem ładnie świecącym słońcu, niektórych już bolała głowa, ale mimo mojego zrezygnowanego machania kciukiem nikt nie chciał wziąć nas na stopa. Więc szliśmy. Ostatecznie, po jakichś 5 kilometrach ktoś zatrzymał się i zabrał mnie z Esteve, będąc – wbrew wielkiej niechęci – pierwszym autostopem jego życia. Chwilę później Aga z Matt’em poszli w nasze ślady i odnaleźliśmy się na dworcu, skąd już całkiem normalnie pojechaliśmy z powrotem autobusem.