Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bordeaux. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bordeaux. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 sierpnia 2014

I w ostatnich już…

Chciałabym napisać symboliczną pochwałę Francji. Tyle na nią przecież narzekałam, a ostatecznie, nie jest w niej wcale tak źle. Rzekłabym, że żyje się nawet całkiem dobrze.
Chodzi mi jednak głównie o ofertę kulturalną, która eksplodowała razem z większą ilością słońca (lub wyrasta jak grzyby po, obfitym w Bordeaux, deszczu). Niezliczona ilość wydarzeń organizowana jest przez same miasta, a co za tym idzie – jest bezpłatna.
To przebudzenie zaczęliśmy od wizyty w jednym z trzech głównych miejsc napędzających scenę muzyczną w Bordeaux – Rock School Barbey (pozostałe to I.Boat i Rocher de Palmer), gdyż odbywał się tam finał europejskiego konkursu reggae, który poprzedza jeden z największych festiwali reggae w Europie – Rototom Sunsplash (nota bene odbywającego się w okolicach Walencji). Esteve czuł się jak ryba w wodzie, w głowach pozostał nam zwłaszcza ten zespół, a moja kolekcja festiwalowych eko-kubeczków powiększyła się o kolejny.
Świętowanie przejścia Algierii do kolejnego etapu MŚ
Naszą kolejną okazją do świętowania, której nie dało się we Francji przeoczyć, było Fête de la Musique, 21 czerwca. Okazuje się, że Święto Muzyki, obchodzone w pierwszy dzień lata, organizowane jest nie tylko we Francji ale i dziesiątkach innych krajów świata. W Polsce niestety mimo prób się nie przyjęło. A szkoda, bo przez cały dzień we wszystkich miastach i miasteczkach, na każdym wolnym placu można było usłyszeć muzykę. Od hip hopu, przez rock do muzyki chóralnej. Z nastaniem nocy zamieniło się oczywiście w jedną wielką imprezę z tysiącami ludzi na ulicach.Tańczono tango, z własnej inicjatywy prezentował się zespół grający batucadę.

Największa beczka świata zbudowana z korków z okazji Bordeaux fete le vin
Kolejnym wydarzeniem, na które czeka całe Bordeaux, jest mające miejsce co dwa lata Bordeaux fête le vin. Dzieje się na przemian z Bordeaux fête le fleuve i w tym roku przypadało 26 - 29 czerwca. Pogoda jak zawsze była beznadziejna, co doprowadziło do zamknięcia festiwalu w sobotę:). Kiedy natomiast wracaliśmy z festiwalu w czwartek usłyszeliśmy, że z powodu wypadku tramwaj nie przejeżdża przez Place de la Victoire. Trzeba było więc na piechotę pokonać odcinek między Musee d'Aquitaine i Saint Nicolas. Cóż to był jednak za wypadek? Wypadkiem było zakwalifikowanie się Algierii do kolejnego etapu Mistrzostw Świata w piłce nożnej. A jak wiadomo we Francji Algierczyków jest wyjątkowo dużo. Z południową radością postanowili świętować na głównym placu, swoją liczbą, racami i nieprzewidywalnością blokując przejazd tramwajów (którym i w normalny dzień zdarzało się tam kogoś przejechać). Kiedy wygrała Francja podobne rzeczy się nie działy. Później powstało na ten temat nieco memów.

Wracam jednak do Bordeaux fête le vin. Jest to chyba jedna z największych imprez organizowanych w mieście. Na nadbrzeżu kilometrami ciągną się namioty z różnymi rodzajami wina, stoiskami promującymi regiony, przekąskami i namiotem przeznaczonym dla zaproszonego miasta partnerskiego - w tym roku Los Angeles, dwa lata temu - Hong Kong'u. Żeby móc wziąć udział w degustacji trzeba było kupić z wyprzedzeniem karnet w zestawie ze stworzonym specjalnie na tą okazję kieliszkiem. Równolegle do degustacji odbywały się całkiem dobre koncerty, te niestety już płatne. Każdy wieczór kończył się pokazem światło i dźwięk na Place de la Bourse, po którym przychodziła kolej na pokazy sztucznych ogni, a wszystko w ramach równoczesnego konkursu pirotechnicznego. Każdy wieczór należał więc do grupy z innego państwa - Mauritiusu, Włoch czy Kolumbii, które do fajerwerków dopasowywały charakterystyczną dla kraju muzykę (nie zabrakło więc Shakiry ;)).

W lipcu całkiem przez przypadek trafiliśmy nocą na obóz Napoleona Bonaparte rozbity na placu Quinconces. Prawdziwi oficerowie siedzieli przy prawdziwych lampach oliwnych w prawdziwych namiotach. Było to całkiem interesujące. W ten sposób - oraz przemarszami wojsk, prezentacją broni i defiladami - między 4 i 6 lipca Bordeaux świętowało przybycie Napoleona i Józefiny do miasta w 1808 roku.

 
Systema Solar
Ostatnim wydarzeniem w którym miałam szansę wziąć udział w Bordeaux (a szykowało się wiele, wiele więcej, jak na przykład ogromny festiwal reggae "Reggae Sun Ska" na naszym własnym uniwersyteckim kampusie pod koniec lipca co absolutnie sparaliżowało na nim życie) był Festival des Hauts de Garonne w dniach 2 - 11 lipca. Organizowany przez Rocher de Palmer i miasta, uważanego za nieco gorszy, prawego brzegu - Cenon, Lormont, Floirac i Bassens był "festiwalem na otwartym powietrzu, darmowym i otwartym na wszystkie nurty muzyczne pochodzące ze wszystkich stron świata". W każdym mieście odbywał się jego jeden dzień poświęcony innemu zakątkowi ziemi i rodzajowi muzyki oraz warsztaty, wystawy itd. Podczas samych koncertów można było skosztować jedzenia ze wszystkich stron świata przygotowywanego przez różne stowarzyszenia. Postawiliśmy na Afrykę i po raz kolejny zachwyciłam się sokiem z czystego (chyba) imbiru. Ostry!
W kwestii muzyki udało nam się dotrzeć do Floirac na... Amerykę Południową. Jako pierwszy prezentował się Ensamble Acústico Sonata z Boliwii wykorzystujący w swojej muzyce tradycyjne charango. Drugim zespołem był Systema Solar. Systema Solar. To tak charakterystyczni wariaci ewidentnie porywający francuskie tłumy, że uświadomiliśmy sobie że już ich kiedyś spotkaliśmy... w Tuluzie! Ich muzykę określono transem elektroandyjskim i możecie jej posłuchać tutaj (przy oglądając więcej oryginalnych strojów chłopaków ;)).

Festival des Hauts de Garonne
Lipiec upłynął mi też pod znakiem ginekologii z którą był to w zasadzie mój pierwszy kontakt. Na sali operacyjnej pojawiła się więc nowa postać w osobie tatusia, przez co jednego z nich, ubranego dokładnie tak jak wszyscy zapytałam czy mogę uczestniczyć w zabiegu myśląc, że jest lekarzem. W Bordeaux ojcowie uczestniczyli we wszystkich operacjach związanych z ciążą swoich żon, co dziś okazało się nie być standardem w Polsce (bo znów jestem na ginekologii).
Oglądanie swojego pierwszego porodu w życiu jest sporym przeżyciem. Wystarczy pomyśleć, że maluch był jeszcze przed chwilą niesamodzielną istotą w brzuchu swojej mamy, a kilkanaście minut później jest już osobnym, autonomicznym małym człowieczkiem. Niesamowite.
Zaczęłam od bloku i jest to być może o ile nie "najweselsza" to na pewno będąca pod najmniejszym wpływem czynników środowiska część ginekologii. Przynajmniej z punktu widzenia studenta-obserwatora nie do końca zaznajomionego z historią choroby i pacjentką. Wszystkie mamy są takie same, chudsze, grubsze, spokojne lub nie.
Tradycyjne biegi z beczkami podczas Bordeaux fete le vin, które wbrew pozorom wymagają sporej wprawy
Kiedy jednak przechodzi się na oddział i zaczyna czytać karty robi się nieco smutniej. W "cywilizowanej" Francji, wiele dzieci rodzących się na naszym oddziale było dziećmi ubogich imigrantów, w przypadku wielu nie było w ogóle nadzoru ciąży. Wiele Francuzek, nawet tych wykształconych pali w ciąży, nieco mniej pije. Nastoletnie ciąże też nie były rzadkością. Najgorszym przeżyciem było jednak obserwowanie jak do maleńkiego chłopczyka codziennie, w ramach nadzoru, przychodzą pediatrzy sprawdzać jak radzi sobie z syndromem odstawiennym. Jego mama brała amfetaminę i w trakcie ciąży złożyła oświadczenie, że jeśli dziecko będzie chłopcem będzie chciała go... porzucić.
Poza tym ginekologia jest pewnie oddziałem na który najchętniej wpychają się moralizatorstwo, religia i ideologie. Francja jako kraj laicki (a jednak zamieszkana też przez często religijną ludność muzułmańską podejmującą decyzje zaskakujące dla przeciętnego Francuza) była ciekawym porównaniem względem Polski w kwestiach takich jak aborcja na życzenie czy upośledzenie odkryte u dziecka na etapie rozwoju płodowego.
Na ginekologii nie mogło też zabraknąć romskiej familii Wintersteinów, której przedstawicielki spotkałam już na kardiologii i neurologii:).
I tak... Witaniem nowych żyć zakończyłam etap swojego w Bordeaux.
Żegnaj Bordeaux!

niedziela, 10 sierpnia 2014

W przedostatnich słowach mojego listu...

...czyli pożegnanie z Francją.

pierwszy wizerunek zwierzęcia w ruchu - Pair non Pair  


Miało być rzewnie. Miało być o tym (przynajmniej w części) jak smutno było nam z Mateuszem - jako ostatnim którzy zostali - oglądać jak osoba po osobie wszyscy wyjeżdżają, a nasz mały francuski świat przestaje istnieć. Bo smutno było.

 Zamiast tego opiszę przede wszystkim dwie ostatnie ciekawostki z oferty Centre des Monuments Nationaux (czyli z darmowym wstępem do 26 roku życia) w okolicach Bordeaux do których udało nam się trafić.

Do pierwszej wybraliśmy się na popołudniową wycieczkę po stażu w szpitalu, gdyż znajduje się w odległości 30 km od Bordeaux. Grotte Pair-non-Pair nie łatwo znaleźć. Nie jest szczególnie reklamowana, mimo że znajduje się na liście Centrum, jest więc objęta szczególną, państwową opieką. W samym Prignac-de-Marcamps gdzie wysiedliśmy z autobusu 201 Transgironde (jadącego też do Bourg i Blaye) niełatwo było nam uzyskać wskazówki na temat dotarcia do niej, między innymi z uwagi na to jak puste było maleńkie Prignac. Z pomocą GPS-a dotarliśmy jednak do skromnego nowoczesnego budynku i widząc zamknięte drzwi zaczęliśmy zastanawiać się czy grota jest w ogóle otwarta. Ostatecznie przyjechał jednak przewodnik, który otwiera budynek tylko w godzinach zwiedzania (zwiedza się tylko w wyznaczonych godzinach z francuskojęzycznym przewodnikiem, dostępne jest angielskie, dość wierne tłumaczenie tego co mówi).

Wejście do grotte Pair-non-Pair
Okazało się, że dotarliśmy do jednej najstarszych zamieszkanych i ozdobionych grot na świecie, dwa razy starszej od znanej jaskini w Lascaux. Jak ponoć wiele jaskiń została odkryta przypadkowo w 1881 roku, kiedy pasącej się w okolicy krowie utknęło w dziwnym otworze kopyto.
wracając z Prignac
 Jaskinia jest dość mała, z tej przyczyny dziennie może wejść do niej bardzo ograniczona liczba osób, a jednorazowo około 18.  Jej zdobienia to wyryte w skale postacie zwierząt, a po każdej wizycie dokonywany jest pomiar stężenia dwutlenku węgla, bo zmiana środowiska i erozja mogłaby być dla rzeźbień równie (o ile nie bardziej) brzemienna w skutki jak w przypadku malowideł z jaskini w Lascaux (do której teraz nie może wejść już nikt). Dzięki tym ograniczeniom w Grotte Pair-non-Pair można podziwiać oryginały sięgające datą do 30 000 lat p.n.e.
Notre-Dame de Verdelais
 Dzięki temu, że grota jest mała można - słuchając i oglądając - zanurzyć się w jej historii i spróbować zrozumieć jak wiele wniosła do archeologii. Znajduje się w niej wiele elementów które sprawiły, że stała się idealnym mieszkaniem dla kolejnych grup przez blisko 60 000 lat.

Po pierwsze - świetna ochrona przed dzikimi zwierzętami i chłodem dzięki maleńkiemu, dziś niedostępnemu wejściu - w końcu mieszkano w niej w czasach epoki lodowcowej. Po drugie - źródło wypływające z jednej strony groty, tworzące basen i znikające z drugiej. Niestety w dzisiejszych czasach do obejrzenia pozostaje już tylko wyrzeźbiony przez wodę zbiornik. W końcu spełnianie zarówno funkcji religijnej jak i mieszkalnej. Podejrzewa się że większość dekorowanych jaskiń nie była nigdy zamieszkana, spełniając jedynie funkcje religijne. Wszystkie rzeźbienia w Pair-non-Pair są skupione w początkowej części groty, wokół naturalnego świetlika który najprawdopodobniej istniał w prehistorii umożliwiając pracę ówczesnym twórcom. We dalszej części Pair-non-Pair odkryto natomiast ponad 15000 narzędzi i fragmenty kości 60 różnych gatunków zwierząt jako dowód jej funkcji mieszkalnej jak i kolejny świetlik, który spełniał rolę naturalnego komina.

Mimo że niepozorna, grota pozostawiła nas pod sporym wrażeniem. No, a jeśli nie interesuje Was historia, możecie zawsze zrobić sobie zdjęcie z gigantycznymi rogami megalocerosa, który wyginął z ich powodu gdy tundra zaczęła zmieniać się w tajgę, albo kupić urocze pluszowe mamuty.

Kolejnym miejscem, które udało nam się odwiedzić na tych samych zasadach był pałac w Cadillac. Polecam szczególnie osobom zakochanym w słodkich winach typu likierowego, gdyż w pobliżu można znaleźć znane regiony jego produkcji w pobliżu Bordeaux - Sauternes i Loupiac. Dojazd autobusem (501) jest nieco trudniejszy niż do Pair-non-Pair, zwłaszcza w niedzielę, dlatego żeby się nie nudzić i nie maszerować dobrych kilku kilometrów najlepiej mieć samochód.
Calvaire de Verdelais
 Wysiedliśmy w Verdelais idąc za zachętą rozkładu autobusu, który twierdził, że znajdziemy tam prawdziwe skarby. Trafiliśmy na "cudowną" bazylikę Notre-Dame de Verdelais z tysiącami podziękowań za otrzymane łaski. Co ciekawe tuż obok niej, przy drodze na całkiem ładną kalwarię, na terenie parafialnego cmentarza spoczywają doczesne szczątki grzesznego (i nieszczęsnego jednocześnie kiedy poczytać biografię) Toulouse Lautrec'a, którego matka miała majątki w tych okolicach.
Pałac w Cadillac
 Z Verdelais mieliśmy 8 kilometrów do Cadillac, zaczęliśmy więc maszerować w pełnym słońcu, ostatecznie łapiąc stopa może 2 kilometry przed naszym celem. Cadillac jest dość ładnym miasteczkiem, a pałac nie robiłby większego wrażenia, gdyby nie jego mroczna XIX-wieczna historia prezentowana w pałacowych podziemiach. Do tych czasów jego historia nie przyciąga uwagi. Z wcześniejszych lat, na wyższych poziomach w apartamentach książęcych i królewskich, prezentowane są ogromne kilimy, unikatowe kominki i kasetonowe sufity.
Hotel de Ville w Cadillac
W XIX wieku pałac został natomiast jednym z największych kobiecych więzień we Francji obsługując właściwie całą jej południowo-wschodnią część. Cadillac - prowadzony przez siostry zakonne - był znany z braku dostępu do nauki, maltretowania więźniarek i największej śmiertelności wśród nich. Co jeszcze smutniejsze większość z nich trafiała tam przez zwykłą biedę, zabijając swoje nowonarodzone dzieci lub kradnąc. W podobnym miejscu można ekspresowo wyleczyć się z fascynacji światem Jane Austen. Ostatecznie drogę ucieczki z tego piekła stworzył pewien niedawno kanonizowany zakonnik, Jean-Joseph Lataste, tworząc Zakon Sióstr Dominikanek Betanii. Uważał, że te upadłe kobiety mogą podążyć śladami Marii Magdaleny wstępując do klasztoru po odsiedzeniu wyroku. Siostry Betanii wciąż istnieją odwiedzając więźniarki i opiekując się pielgrzymami.

czwartek, 10 lipca 2014

Z Bordeaux na plażę!

Dune du Pyla
Tym razem post będzie nieco inny. Będzie zbiorczy, z mniejszą ilością głupich historyjek, a większą mniej lub bardziej przydatnych informacji. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś z czytających znalazł się w Bordeaux, miał ochotę na plażing, a nie wiedział gdzie się udać. Bo Panie i Panowie, wbrew temu co mogłoby się wydawać osobom mieszkającym na codzień daleko od morza (mój przypadek), Bordeaux jest oddalone od wielkiej wody o co najmniej 56 kilometrów, mimo że na mapie jest już prawie tuż, tuż. Daje nam to od 40 minut do 4 godzin jazdy, zależnie od szczęścia. Szczęście zależy oczywiście od tego jakim środkiem transportu dysponujemy (choć samochód nie zawsze jest najszybszy), pory roku, dnia i tygodnia. Najgorsza jest zdecydowanie ciepła, słoneczna, letnia niedziela.

Oczywiście jest w Bordeaux możliwość udania się na plażę tramwajem, ale niestety z uwagi na kiepskie recenzje jeszcze nie udało mi się tam dotrzeć. Lac de Bordeaux wygląda mniej więcej tak:
Tak, tak przez sam środek jeziora biegnie autostrada
W związku z tym nie pozostaje nam nic innego jak wsiąść w autobus transgironde, covoiturage, pociąg lub łapać stopa i jechać na prawdziwą plażę nad Oceanem Atlantyckim. A tam, jeśli tylko uda nam się pogoda, która bywa kapryśna, jest naprawdę cudownie. Wybrzeże Gironde tworzy tak zwane Côte d'Argent i składa się w większości z płaskich piaszczystych plaż.
Jeśli tylko było to możliwe podczas naszego Erasmusa korzystaliśmy z transgironde (tu mapka). Co prawda ich autobusy grzęzną w korkach jak wszyscy, wyjazd z samego Bordeaux zajmuje im godzinę i czasami możemy przez nadmiar chętnych nie zmieścić się do autobusu, ale przynajmniej mamy pewność, że autobus nas dowiezie i to w najniższej cenie (w jedną stronę: 2,6 euro, w dwie: 4,2 euro, z możliwymi przesiadkami na kolejne linie; dobrą opcją są też bilety tygodniowe - solo i w opcji 2w1 z biletem tbc - nawet jeśli wybieracie się tylko na weekend). 
Odkrywaliśmy więc plaże do których można dotrzeć z transgironde, czyli Lacanau, Carcans, Andernos-les-Bains, Cap Ferret i Soulac-sur-Mer (choć tu połączenia zajmują tyle czasu, że - teoretycznie - łatwiej dotrzeć stopem). Niestety w przypadku Arcachon i Dune du Pyla jest się - najprawdopodobniej przez złośliwość SNCF - skazanym na pozostałe środki transportu.
Andernos-les-Bains
Bassin d'Arcachon słynie z obserwacji ptaków,
ale można natknąć się też na inne zwierzęta
1. Andernos-les-Bains
Z wymienionych miejsc zdecydowanie najgorsze na plażowanie jest Andernos-les-Bains z tej przyczyny, że nie znajduje się nad otwartym oceanem tylko nad zatoką - Bassin d'Arcachon. Na brzegu, w stojącej wodzie, można więc znaleźć sporo atrakcji. 
Myślę jednak, że warto się w tamte okolice przejechać ze względów przyrodniczo-krajoznawczych - są tam dwa rezerwaty, ruiny rzymskie - każde miasteczko ma coś do zaoferowania. Na przykład prom do Arcachon i Dune du Pyla. Wybierając tą atrakcję można po drodze zobaczyć bardzo charakterystyczne dla Bassin d'Arcachon chatki rybackie na palach - cabane tchanquée 

Cabane tchanquée

W Andernos i sąsiednim Arès trafiliśmy też na dwa porty ostrygowe - port ostréicole. W jednym było najwyraźniej tak uroczo, że zastaliśmy w nim nawet wesele. 


Andernos ma również tą zaletę, że znajduje się na początku półwyspu Cap Ferret na którym jak dotąd - z uwagi na jedną, bardzo wąską drogę wyjazdową - zastaliśmy największe korki. Jeśli więc nawet musimy czekać 2 godziny na autobus przemieszczający się 4 km/h robimy to na świeżym powietrzu, a nie kisząc się w jego wnętrzu.

2. Cap Ferret
Trzeba jednak przyznać, że i Cap Ferret ma niezaprzeczalne zalety. Po pierwsze odpływa stamtąd spora ilość promów na drugą stronę Bassin d'Arcachon. Po drugie plaże, plaże, plaże. Mają nie tylko atmosferę dzikości i widok na Dune du Pyla, ale i kosmicznie rozrzucone bunkry o których już kiedyś wspominałam :).

Lege, Cap Ferret - La Pointe
3. Lacanau
Najbliższą Bordeaux plażą, którą udało nam się odwiedzić jest Lacanau. W podobnej odległości jest też La Porge w którym podobnie jak w Carcans podjeżdża się prawie pod samą plażę. Do obydwu miejscowości jest dość częste (jak na warunki transgironde), bezpośrednie połączenie. Lacanau to normalna, dość skomercjalizowana plaża z małym miasteczkiem, centrum informacji turystycznej i sporym zapleczem barowo-sklepowym w drodze z przystanku na plażę. Według mnie najnudniejsza.
Lacanau Ocean
4. Carcans
Do Carcans autobusy jeżdżą rzadziej i jest nieco dalej, ale lądujemy zdecydowanie bliżej plaży, a "miejscowość" jest bardziej kameralna - składa się z kilku domków na krzyż mieszczących może trzy knajpy i dwie wypożyczalnie. Jest mniej tłoczno, a na półce z książkami znajdującej się przy wejściu na plażę (półki z książkami są też w każdym parku w Bordeaux, genialny pomysł!) można znaleźć angielskie wydanie National Geographic z lat 70 i grzejąc się w słoneczku czytać o Grenlandczykach. 

W pobliżu obydwu plaż - Carcans i Lacanau - znajdują się jeziora, można więc wybrać między nimi, a oceanem.
Carcans
5. Soulac-sur-Mer -- Le Verdon-sur-Mer -- Royan
Być może jednak (nie licząc Arcachon, a raczej Dune du Pyla, które po prostu trzeba zobaczyć) najprzyjemniejszym miejscem jest cypel stanowiący południowy brzeg ujścia Żyrondy. Tworzy go region Medoc, na północny-wschód od Bordeaux. Po drugiej stronie ujścia leży już inny departament i inny region - Poitou-Charentes.
Wybrałyśmy się tam z Esterą w ostatnią niedzielę, żeby choć z daleka spojrzeć na "Latarnię królów" bądź "Królową latarń (morskich)", czyli Phare de Cordouan, w której ogromne zdjęcie mogłyśmy się wpatrywać przez cały rok stojąc w kolejce do recepcji akademika. Przedstawiana jest jako jeden z cudów Gironde, ale niestety z uwagi na jej umiejscowienie 7 kilometrów od brzegu, kasa jest zdzierana niemiłosiernie z turystów chcących ją odwiedzić. Niektóre firmy potrafią życzyć sobie nawet 40 euro za rejs tam i z powrotem z Verdon-sur-Mer (Gironde) lub Royan (Charente Maritime). Później, kiedy już dotrzemy do latarni, czeka nas spacer w jej stronę w wodzie i zwiedzanie samego zabytku (8 euro).
Phare de Cordouan
Okazało się jednak że dotarcie do Soulac-sur-Mer czy Le Verdon nie jest takie proste. Transgironde dociera tam dwoma różnymi autobusami, spędza się więc w nich 3 godziny w jedną stronę. Postawiłyśmy na autostop, ale... jak to w niedzielę rano - nic nie jechało z naszego ukochanego zjazdu na autostradę w stronę Arcachon. W związku z tym postanowiłyśmy karkołomnie przedostać się na vcub'ie (rowery) w stronę właściwej drogi na Medoc po drugiej stronie aglomeracji. Po półtorej godzinie zaczęłyśmy iść właściwą drogą łapiąc stopa i pocieszając się myślą, że autobus i tak jeszcze nie wyjechał podczas gdy my zaraz coś złapiemy. Nie wiedziałyśmy, że mamy przed sobą aż 100 kilometrów.
Marina w Royan
Trafiłyśmy jednak na bardzo sympatycznych ludzi i wciąż przed autobusem (choć różnica zmniejszyła się z 2 godzin do 40 minut) dotarłyśmy do Soulac-sur-Mer. Soulac, jak wiele miasteczek we Francji szczyci się zabytkiem UNESCO. Kluczem jest tutaj fakt wpisania całego szlaku do Santiago de Compostela na terenie Francji na listę. Każdy maleńki kościółek miał więc szansę stać się zabytkiem światowej klasy (podobnie z resztą do "Drewnianych kościołów południowej Małopolski"). Ku naszemu zaskoczeniu bazylika o bardzo odpowiedniej nazwie Notre Dame de la Fin de Terres (czyli Notre Dame Końca Ziem), była centrum pielgrzymkowym już w XII wieku i naprawdę warto ją zobaczyć.
Na plaże często dociera się przez wydmy
Soulac to miasteczko w typowym nadmorskim stylu podobnym do Arcachon choć mniejsze. W pewnym sensie sprawia wrażenie jakby jego najlepsze czasy już minęły. W centrum informacji turystycznej znalazłyśmy trasę z obiektami godnymi uwagi i tak trafiłyśmy na kolejne dwie atrakcje Soulac - petit train i bunkry. Zabytkowa ciuchcia odjeżdżając z punktu dość oddalonego od centrum Soulac łączy go z Pointe de la Grave i Le Verdon-sur-Mer. Prawdziwą atrakcją są według mnie jednak bunkry, które wyrastają jeden po drugim, można po nich swobodnie chodzić i oglądać stworzone na nich murale. Możliwe jest też zwiedzenie ich z przewodnikiem, okazuje się bowiem że stanowią część stworzonego przez Niemców w czasie II wojny światowej Wału Atlantyckiego ciągnącego się od Hiszpanii do Norwegii.

Idąc dalej wzdłuż nadmorskich wydm doszłyśmy z powrotem do torów ciuchci i stwierdziłyśmy, że nadszedł czas na ponowne łapanie stopa. Miałyśmy szczęście trafiając na pana, który powiedział nam o promach na drugą stronę Żyrondy. Okazuje się, że rzeczywiście istnieje coś takiego jak FerryGironde, kosztuje tylko 3,2 euro i łączy Verdon z Royan, a głębiej w lądzie - Lamarque z Blaye. Było po 16:00, ale takiej okazji nie mogłyśmy przepuścić. Postanowiłyśmy więc przeprawić się, rzucić okiem na Royan i... zobaczyć co będzie. I w jednym i w drugim przypadku miałyśmy około 100 kilometrów do Bordeaux, a w okolicach Royan przechodzi autostrada (chociaż nie ma autobusów, którymi wciąż mogłyśmy wrócić z Verdon). 
Na podbój Poitou Charentes!
Royan okazało się kolejnym kurortem z mnóstwem hoteli, przyjemnymi plażami z parasolami w starym stylu i festiwalem country (no, to akurat tylko w minioną niedzielę). Rozejrzałyśmy się dosyć pobieżnie i już mnkęłyśmy z powrotem. Na stopa wziął nas Rom, rodowity Francuz. Urodził się w Bordeaux, a od dziesięciu lat mieszka w Royan. To znaczy zakupił tam ziemię na której stoi jego przyczepa, a pół roku spędza w trasie po całej Europie. Wtedy żona prowadzi samochód a on campera. No właśnie. Gdyby nie żona, która będzie się czepiać to zawiózłby nas i do Bordeaux.
Uczestnicy atelier z tańca country :)
Wjeżdżając do Bordeaux zauważyłam, że dotychczas nie wiedziałam o istnieniu cabanes wzdłuż brzegu Garonne - po obu stronach rzeki na pewnym odcinku rozsiane są domki na palach. Wysadzono nas w okolicach Gare St Jean i jak zwykle nasza kochana 10 zbrała nas do domu...
a na koniec 2 x Royan...


piątek, 16 maja 2014

StEmi czy nie StEmi?


W pierwszym tygodniu po moim pojawieniu się na oddziale chirurgii pokarmowej okazało się, że Francuzi są nieco zakręceni. Ponieważ był to ostatni tydzień pobytu na tym oddziale dwójki internów płci męskiej (czyli lekarzy w trakcie specjalizacji, którzy rotują między oddziałami i szpitalami mniej więcej co pół roku) psotne, młode pielęgniarki postanowiły ich stosownie pożegnać. W związku z tym przez cały dzień kontakty, klamki do pokojów pacjentów i wszystkie inne obiekty, których możnaby potencjalnie dotknąć, nasmarowane były różnego rodzaju pastami, kremami z wazeliną i maściami. O tak dla zabawy, jak w zieloną noc. Później chłopcy się włączyli i już wszyscy (poza nami – studentami, którzy po prostu staraliśmy się w odpowiednim momencie uchylać) biegali po oddziale prowadząc regularną wojnę przy pomocy wypełnionych solą fizjologiczną strzykawek do lewatywy i prowadząc jednocześnie wizytę. Co najlepsze, wszystko spotkało się z pełną akceptacją ze strony pacjentów.
Saint Emilion
Jak więc widać, atmosfera nawet na dość poważnej chirurgii przewodu pokarmowego (ale zawsze chirurgii) jest całkiem, hm, luźna. Niemniej jednak, kiedy na oddziale zjawia się profesor żarty idą na bok.
Dzisiaj natomiast, koło 9 rano kiedy na dworze było po prostu chłodno, a podwórko szpitala wciąż było zacienione, wybraliśmy się - externi, interni i chef de service - na kawę. I kiedy mieliśmy je już w ręce ktoś zaproponował wypicie ich na dworze. Byliśmy w samych fartuchach z krótkim rękawkiem, ale nikomu, nawet Arthurowi z Tahiti czy Kevinowi z Reunionu, nie było zimno. Poza mną, która trzęsłam się jak osika. Powoli dochodzę do wniosku, że to ludzie z "południa", nawet takiego jak Hiszpania, są bardziej przyzwyczajeni do zimna niż my, rozpieszczeni ciepłymi ubraniami i cudownie grzejącymi kaloryferami, których oni nie posiadają.
Post ten powstał jednak przede wszystkim dla nas – tu będących – ku pamięci, aby w przyszłości nie umnęły nasze perypetie w drodze do pobliskiego Saint Emilion, w którym akurat w pierwszy majowy weekend były drzwi otwarte winnic, a w którym podczas Erasmusa jeszcze nikt nie był. Jechała nas 5, więc niestety musieliśmy przeprowadzić selekcję kto pojedzie autobusem i stopem (bo bezpośrednie kursują do Saint Emilion z Bordeaux tylko latem), a kto bezpośrednim covoiturage’m z dziewczyną z którą udało mi się umówić poprzedniego dnia. Z uwagi na przypadłości takie jak niepokonana (później wbrew wszystkiemu jednak pokonana) niechęć do jazdy autostopem, samochodem miała jechać Aga, Estera i Esteve, a stopem ja z Matt’euszem.
jedna z winnic w pobliżu miasteczka
Z Matt’em wyruszaliśmy wcześniej i potrzebowaliśmy nieco ponad godziny, żeby dotrzeć w miejsce odjazdu autobusów w La Buttiniere. Niestety mieliśmy lekki poślizg, ale ponieważ do autobusu (którym jadąc mieliśmy sporą szansę na spóźnienie) było wciąż 9 minut, postanowiliśmy sprawdzić czy tramwajem nie będzie szybciej. Po dotarciu na przystanek, okazało się że tramwaj przyjedzie jeszcze później, zaczęliśmy się więc cofać do najbliższego przystanku autobusu. I wtedy pojawił się w zasięgu wzroku. Zaczęliśmy biec, ale ponieważ – jak wiadomo – jestem wyśmienitym biegaczem, zostałam mocno w tyle, krzycząc do Matt’a żeby poprosił kierowcę o zaczekanie aż dobiegnę. Widziałam jak Matt’eusz wsiada, a autobus jak gdyby nikt, wypluwając płuca, za nim nie
słowo o butelkach (francuska wikipedia)
biegł, wrzucił migacz i... odjechał. Z Matt’em który tak naprawdę nie wiedział gdzie, w co i jak ma się dalej przesiąść. Okazało się że wskoczywszy coś tam burknął do kierowcy, ale ten – być może nie usłyszawszy – odjechał, a Matt zamiast blokować drzwi, krzyczeć i błagać, zaczął... się śmiać. Sytuacja była poważna. Kolejny autobus za pół godziny, w Saint Emilion już byłam, ale ponieważ inni też jechali, Matt żyje nieco we mgle, a a ja już mimo wszystko wstałam o tej 7:15, wzięłam miejski rower i zaczęłam „gonić” autobus. Ostatecznie, po godzinie jazdy i jednej zmianie roweru dotarłam na miejsce przed Matt’em wyprzedzając go na etapie przesiadki.

Kiedy po tej porannej rozgrzewce wsiedliśmy do autobusu, napisała do mnie właścicielka samochodu, informując pół godziny przed wyjazdem, że skoro nie potwierdziliśmy przejazdu (a dokładnie się z nią umawiałam), zgodziła się poprzedniego wieczoru wziąć jeszcze dwie osoby i w związku z tym zostały jej dwa miejsca. A oczywiście cała trójka była już na miejscu, czekając na nią. Postanowili się z nią spotkać i zobaczyć co się wydarzy. Skończyło się na tym, że czekali jeszcze 10 minut na dziewczynę, która się spóźniała, ale ostatecznie – niestety – przyjechała. Z ekipy odpadała nam więc chora Estera.
Tymczasem my już dojechaliśmy do Libourne i idąc przez miasteczko udawaliśmy, że łapiemy stopa. Ostatecznie udało się chyba po ładnych 40 minutach marszu i do Saint Emilion wjechaliśmy z panią, która już biorąc nas była spóźniona na chrzest siostrzeńca swojego brata :p.
Kiedy udało nam się znaleźć z Agą i Esteve, zrobiliśmy rundkę po zapchanym turystami miasteczku i udaliśmy się na degustację win, która była naszym celem. Pierwsza „cave”, jeszcze w mieście, miała (zaskoczenie!) śliczne piwnice z poukładanymi w eleganckie ściany butelkami z różnych roczników i dysponowała wyborem win z różnych winnic z okolic Saint Emilion. Degustacja w niej zdecydowanie odstraszyła Polaków, którzy przyszli w trakcie naszej prezentacji, bo należało albo kupić butelkę wina albo zapłacić 4 euro od osoby. Niestety nie wymienię nazw win, które były degustowane, bo oficjalnie przyznaję się, że nieszczególnie interesuję się winem.
Aga i Matt degustują
Po szybkich ustaleniach, że nie mamy ochoty zabierać się z powrotem ze znienawidzoną dziewczyną z covoiturage, zaczęliśmy iść w stronę Libourne (około 8 kilometrów) zawijając po drodze do winnic uczestniczących w dniach otwartych. Tam było już nieco bardziej swojsko, wina prezentowali nam właściciele, opowiadali o tym jak je smakować, a w jednej można było też przejść się po zabudowaniach do których przygotowano przewodniki audio, objaśniające etapy produkcji wina.


Dowiedzieliśmy się na przykład, że „butelka” to tak naprawdę nazwa rozmiaru 0,75 l wina, inne są na zdjęciu powyżej. Z wielu instrukcji obsługi wina zapamiętałam jedną – jeśli wino jest młodsze niż 10 lat należy je wczesniej otworzyć, przelać do karafki i zostawić do oddychania na 4-6 godzin przed degustacją. Zdecydowanie zastosowaliśmy tą poradę kupując parę dni później wino w drodze na imprezę.
krużganki jednego ze starych klasztorów Saint Emilion
(w średniowieczu było ważnym ośredkiem religijnym w regionie)
Poprzednim razem, kiedy byłam w Saint Emilion poza dniami otwartymi, taką mini wycieczkę po winnicy i chateau zorganizowano nam osobiście, zupełnie za darmo i specjalnie dla nas, a dla mnie, szczerze mówiąc jest to ciekawsze od degustacji ;).
Po przejściu ładnego kawałka drogi i z odpowiednim poziomem alkoholu we krwi przy całkiem ładnie świecącym słońcu, niektórych już bolała głowa, ale mimo mojego zrezygnowanego machania kciukiem nikt nie chciał wziąć nas na stopa. Więc szliśmy. Ostatecznie, po jakichś 5 kilometrach ktoś zatrzymał się i zabrał mnie z Esteve, będąc – wbrew wielkiej niechęci – pierwszym autostopem jego życia. Chwilę później Aga z Matt’em poszli w nasze ślady i odnaleźliśmy się na dworcu, skąd już całkiem normalnie pojechaliśmy z powrotem autobusem.

czwartek, 6 lutego 2014

Od Sibona do Dupona

„A gdzie mamy wyrzucać fartuchy ochronne?”
„Do kosza w pokoju pacjenta” Szybkie spojrzenie na kosz znajdujący się na końcu pokoju.
„Ale wtedy przechodzimy przez pokój niechronieni, więc jaka różnica czy od początku mamy fatruch czy nie?”
„Nie zawracaj mi głowy. Takie są procedury”

Tyły cygańskiej osady koło akademików
We Francji na setki badań i procedury wydaje się mnóstwo pieniędzy. Mnóstwo. Bilans skutków przewlekłego nadciśnienia u pacjentki u której nadciśnienie pojawiło się przedwczoraj, co potwierdził lekarz rodzinny. Fartuchy i rękawiczki ochronne przy wizycie u pacjenta ze świerzbem, którego nawet nie dotykamy. No bo może to latające świerzby, nigdy nie wiadomo. A potem elegancko przechodzimy przez pokój bez rzeczonego fartuszka. Cóż. Takie procedury.

Na szczęście, po 2,5 miesiąca na neurologii, której mam nadzieję już zbyt często nie oglądać, zmieniłam oddział na choroby zakaźne. Choroby zakaźne również zaskakują. Po pierwsze dlatego, że póki co po raz pierwszy jest miło i naprawdę dogaduję się z francuskimi studentami, po drugie – tu niespodzianka nie jest już tak miła – zakaźne działają zupełnie
Ulewy cały czas zamieniają łąki w jeziora...
inaczej niż w Polsce. Jak sporo oddziałów z resztą. Na tutejszych zakazach sporą grupę pacjentów stanowią ropnie i zakażenia po operacjach ortopedycznych. Poza tym zapalenia płuc i – oczywiście – chorzy z wirusem HIV. Gdzie te egzotyczne przypadki, gdzie te malarie na które tak liczyliśmy idąc na zakazy? Może na oddziale chorób tropikalnych (który okazuje się korzystać z naszych łóżek) chociaż on jest regionalnym ośrodkiem ds. anemii sierpowatej. Tak samo interna, która w Polsce jest w sumie dość ogólno – geriatryczna. Tu natomiast autoimmunologiczna.
Wnętrze Grand Theatre de Bordeaux
Zatem wśród moich pierwszych zakaźnych pacjentów znalazł się pan z zapaleniem płuc wskutek obniżonej ruchomości przy paraliżu czterokończynowym (żegnaj neurologio?), pacjent z zapaleniem mózgu jako powikłaniem AIDS o którym mieszkając wesoło na Wybrzeżu Kości Słoniowej nie wiedział i pacjentka z zapaleniem płuc i zaostrzeniem POChP. Dzisiaj natomiast dołączyła pacjentka, która po nieszczęsnej transfuzji płytek na hematologii (gdzie jest leczona z powodu ostrej białaczki mieloblastycznej) trafiła na dwa dni na oddziale ratunkowym skąd przesłano ją do nas z powodu infekcji płuc. Ogólnie jestem jednak ze stażu zadowolona, choć nazwy szefów są nieco mylące - neurologią rządził prof Sibon, a zakazy ma we władaniu (nieobecny jak to zwykle bywa u "wielkich" szefów katedr) prof Dupon (bez t).

Poza szpitalem i podróżami w Bordeaux również wiele się dzieje. Poprzedni miesiąc skupiony był głównie na egzaminach, pożegnaniach (tych którzy kończyli Erasmusa) i powitaniach (tych nowych). W międzyczasie jednak przyjechała do Bordeaux grupa operowa z RPA, która zaprezentowała „Porgy and Bess” George’a Gershwin’a. Standardem jest już to, że kiedy tylko zobaczysz afisze spektaklu w Grand Theatre de Bordeaux z pewnością wszystkie miejsca są już dawno wyprzedane. Nie pytajcie jak to możliwe. My miałyśmy szczęście, bo dostałyśmy się dzięki CROUS, organizacji która zarządza życiem studenckim we Francji i współorganizuje niektóre wydarzenia. Poza spektaklem była to też dobra okazja żeby obejrzeć imponujące wnętrza opery. Przywodzą mi na myśl czasy królów lub bogatych, XIX-wiecznych mieszczan, którzy podglądali się lornetkami i pozdrawiali z drugiego końca sali. Pięknie!
 
Czekając na transport
Miniony tydzień upłynął z kolei pod bardzo ciekawym znakiem dość przypadkowego pozyskania sobie współlokatorki. Tak więc panie i panowie, nie donieście na mnie, mam nielegalną współlokatorkę Esterę z ŚUM. Mamy już więc w naszym Village 6 całkiem spore Towarzystwo Polskie. Wiązał się z tym również piątkowy wypad do dzielnicy Chartrons po łózko dla niej (i tych wszystkich którzy zamierzają odwiedzić mnie jeszcze w Bordeaux przy nieco bardziej sprzyjającej aurze). Miałam niesamowite szczęście, bo dokładnie w dniu kiedy pomyślałam, że może lepiej poszukać łóżka na boncoin.fr, teraz kiedy sporo ludzi się wyprowadza, zamiast kupować dmuchany materac, dziewczyna z Reunionu która przyjechała tylko ogarnąć i wynająć swoje mieszkanie wrzuciła je do sieci w nieprzyzwiocie niskiej cenie. W 2 godziny od pomysłu byłam już szczęśliwą posiadaczką superciężkiego sprzętu, z którym czekałam pół godziny w korytarzu na nadejście tragarskich posiłków. Łóżko (materac i stelaż) obklejone taśmą pakową jechało więc w tramwaju ze mną, Agą i PJ, zaliczając nawet z przesiadkę. Nikt się temu nie dziwił. Przecież nie takie rzeczy w tramwaju Bordeaux widziało!
Mimo monsunowych ulew u nas już takie niespodzianki

Ostatnio napisała do mnie wiadomość moja przemiła host z Perpignan. Pytała co u mnie, pisała co u niej i że wkrótce przechodzi na pełny, 35-godzinny etat i troszkę się obawia, że nie znajdzie przez to czasu na przyjemności, siebie, ogólnie życie. Taka to ta Francja.

Już tylko dzień do weekendu. I parenaście godzin do kolejnej mini wyprawy :).