niedziela, 15 lipca 2012

Las Batumi welcome to!

Gruzja to szalony kraj z wielkim temperamentem. Przekonaliśmy się o tym wczoraj podczas naszych dwóch supr. Ale o tym nieco później.
na granicy

Wracając jednak do Batumi - kiedy zobaczyliśmy granicę wyglądało to tak, jakbyśmy zaraz mieli znaleźć się w innym, niesamowicie eleganckim świecie. Na złość Turcji Gruzja zrobiła przejście wyglądające niemalże jak terminal międzynarodowy. Dalej było już nieco bardziej gruzińsko. Żeby jednak móc to zobaczyć trzeba było przekroczyć granicę, a to okazało się nie być proste. W naszej drużynie były dwie problematyczne grupki. Jedna, o której wiedzieliśmy od początku - Ania i Ola, które przypadkiem pokonując granicę grecko- turecką osobowym, tureckim samochodem zostały wzięte za Turczynki i zapomniano dać im wizy. Wytłumaczyły sytuację, zapłaciły i problemu nie było. Problem okazało się, że stanowię ja. Kiedy w lutym leciałam do Stambułu dostałam bowiem wizę półroczną na łączny pobyt w wysokości 90 dni na terenie Turcji. Myślałam, że po prostu zmieniono zasady. Okazało się jednak, że również padłam ofiarą pomyłki. Na granicy na początku przybito mi więc pieczątkę, po czym celnik zamykając stwierdził, że coś jest nie tak. Wziął więc długopis, przekreślił pieczątkę i kazał mi kupić wizę. Ja natomiast szłam w zaparte, że skoro tak mi przybito wcześniej powinno to dalej obowiązywać. W związku z tym zostałam skierowana na policję. Myślę, że z tego względu nie zamieściłam tej historii wcześniej - nie pamiętałam, czy opowiadałam rodzinie o niemiłej historii, która spotkała pewne dziewczyny na granicy z Turcją i wolałam nikogo nie martwić. Sama jednak historię znałam, więc z pewną niepewnością, zadowolona że tym razem jadę akurat z Łukaszem poszłam na komisariat, gdzie zabrano mi paszport. Z gruntu wierzę jednak w dobre intencje ludzi i to, że tak naprawdę nie chcą nam zrobić krzywdy. I okazało się, że mam rację. Po krótkiej rozmowie, dostałam swoją upragnioną pieczątkę i zakaz ponownego wjazdu na tej wizie do Turcji. Jak też dobrze się składało, że wracałam samolotem!
tu noclegu nie polecamy, choć wygląda zachęcająco

Batumi zostało określone przez Rumunów, których tam spotkaliśmy jako gruzińskie Las Vegas. Częściowo jest to prawdą. Dla mnie miasto było tak kosmiczne, ze aż ładne. Nowe budynki w dużej części budowane są w starym, lekko baśniowym stylu, a Turkowie z Trabzonu i innych okolic przyjeżdżają się tam rozerwać. Żyjąc w kraju z ograniczona konsumpcja alkoholu i zakazem hazardu mają to ponoć bardzo utrudnione, a Batumi jest namiastką raju. Ponieważ przyjechaliśmy z Łukaszem jako pierwsi przeszliśmy się nieco po mieście, a po spotkaniu z drugą grupą założyliśmy obozowisko przy tańczących fontannach, gdzie spędziliśmy sporo czasu. Nie mieliśmy w zasadzie gdzie iść. Z naszymi znajomymi z Turcji, których opuściliśmy tego samego dnia, byliśmy umówieni na imprezę na plaży, która miała trwać całą noc i skończyć się przejechaniem poranna marszrutką do Tbilisi, a stamtąd do Signagi (gdzie znajomi Jamie'go mają hostel). Mieliśmy jednak zapewnione rozrywki. Dzięki naszemu obozowisku mogliśmy się na przykład przekonać o specjalnych umiejętnościach gruzińskiej policji, takich jak cha-cha radar. Cha-cha to bimber pędzony przez prawie każdego Gruzina, który można dostać na bazarach, na przykład w butelkach po wodzie czy soku. Nic więc nie jest tu oczywiste. A jednak kiedy siedzieliśmy z kilkoma butelkami na widoku, w tym tylko jedną z cha-chą, policja cały czas ostrzegała nas o konsekwencjach picia w miejscu publicznym.
Ostatecznie kiedy już wszyscy byliśmy razem, zaczęliśmy szukać bardziej dogodnego miejsca na plaży dla naszej imprezy. W międzyczasie zaczęło padać, trzeba było więc znależć coś zadaszonego. Po eksperymentach z plażowymi parasolami, skończyliśmy pod budka słonecznego patrolu. Z uwagi na to, że większość jeszcze ani razu nie kąpała się podczas tej wyprawy w morzu, a woda miała 27 stopni urządziliśmy nocne pływanie, po którym udało nam się znaleźć plażowy prysznic z baniaka obok dość ładnej restauracji. Klienci, którzy przebywali w "San Remo" w okolicach 23 mogli się wiec nieco dziwić. Zwłaszcza, że kąpaliśmy się na czarno, magicznie odkręcając zawory bez kurków. Ale tego nie mogli zobaczyć.
w tle Alphabet Tower
Imprezy nie trzeba chyba opisywać, bo była bardzo podobna do większości. No, może nie do wszystkich. Było tak sympatycznie, że dla nikogo nie stanowiło już problemu spanie pod chmurką z latającymi dookoła owadami i bagażami pozostawionymi bez zabezpieczenia obok nas. Gruzja okazała się jednak krajem bezpiecznym, a obudziło nas piękne słońce i wkurzeni ratownicy.
Następnego dnia dość długo włóczyliśmy się po mieście w poszukiwaniu portu lub miejsca, w którym można kupić bilety na prom - część korzystająca z tego środka transportu chciała mieć coś pewnego. Po znalezieniu okienka okazało się jednak, że panie pomimo przesiadywania w nim nie mogą nic sprzedać w niedzielę i odprawiły nas z kwitkiem. Od tego wszystkiego nasi tureccy towarzysze całkiem stracili cierpliwość i postanowili nas opuścić, a my wracając do naszych plecaków zauważyliśmy dodatkowy. Okazało się, że należał do, w zasadzie bezdomnego, hipisa z Ukrainy jeżdżącego od zlotu do zlotu, z trąbką i gitarą, zarabiając nimi na dalszą podróż. Podczas spotkania z nami  był akurat zupełnie pozbawiony środków na wizę do Turcji, musiał więc jeszcze 2 lub 3 dni zostać w Batumi zbierając na nią pieniądze.

fontanny wprawiają nieprzywykłych w zdumienie
Po tym spotkaniu podjęliśmy decyzje o naszych dalszych planach i po 2 godzinach szaleńczej jazdy rozwalającą się marszrutką dotarliśmy do Kutaisi.
nasza marszrutka i pierwsze dachowanie naszych bagaży
Tego jak Gruzini jeżdżą nie można porównać do niczego. Wyprzedzają na jednym pasie i zakręcie 2 samochody i tira naraz,  slalomują miedzy stojącymi na drodze krowami, hamują do zera przepuszczając samochód jadący na czołówkę, który wyprzedzając akurat by się nie zmieścił. Podczas naszego krótkiego pobytu zdarzyło nam się nawet dobić do tyłka krowy. Ciężko te doświadczenia w zasadzie opisać, zdecydowanie lepiej przeżyć. Dosłownie.

piątek, 13 lipca 2012

Od Amisos do Trapezuntu

jedziemy!
7-go dnia naszej wyprawy, czyli w zasadzie tego samego w którym odwiedziliśmy Burgazadę, w okolicach 22:00 wsiedliśmy niedaleko mieszkania Sebastiana w busy, które zawiozły nas na spory dworzec autobusowy. Dworzec znajdował się po azjatyckiej stronie Stambułu i był idealnym przedstawieniem obezwładniającego, totalnego chaosu. Wysadzono nas bez jakichkolwiek informacji, a dookoła kotłowały się setki innych pasażerów spieszących się na kolejne autobusy. Pytaliśmy o nasz kilku pracowników, z których każdy mówił coś zupełnie innego. Całkowicie straciliśmy już nadzieję na odnalezienie naszego autobusu, kiedy w końcu udało nam się na niego trafić zupełnym przypadkiem. I wtedy znaleźliśmy się w innym świecie - świecie luksusu tureckich autobusów dalekobieżnych, który jest rzeczywiście prawdą. Podroż autobusem poza dość ładnymi widokami nie była szczególnym przeżyciem. Dojechaliśmy około 8 rano do Samsun, gdzie po ogarnięciu się na dworcu autobusowym, postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę autostopem.
Sumela
Poszło nam dość prosto, pierwszy stop którego złapaliśmy, wziął aż piątkę z naszej 7-osobowej grupy. Później musieliśmy się rozdzielić, co sprawiło, ze razem z Ania i Jamie'm  złapaliśmy transita. My siedziałyśmy z przodu, natomiast Jamie na pace, która pozbawiona była światła i tlenu. Chłopak jednak radził sobie znakomicie, co pewien czas widziałyśmy jak otwiera sobie przesuwane drzwi pędzącego 90 km/h samochodu i je zamyka. Za każdym razem byłyśmy pełne obaw czy tym razem przypadkiem nie wypadnie na kolejnym zakręcie. Kierowca był również uroczym człowiekiem - co pewien czas zatrzymywał się, żeby sprawdzić czy Jamie żyje, a kolejnego dnia kiedy spotkaliśmy go przypadkiem wciąż nas pamiętał. Zostaliśmy wysadzeni w Trabzonie, wjeżdżając do miasta z istnym przytupem podkręconej na maksymalną głośność piosenki "Call me maybe". Jako pierwsi znaleźliśmy się też na Ataturk Alani, gdzie wszyscy mieliśmy się spotkać.
I tu należy się dygresja na temat tego jak ustalaliśmy miejsca spotkań. Nie było to takie proste z uwagi na niechęć uczestników wyprawy do korzystania z telefonów i nieznajomość miasta. Po raz pierwszy tą metodę wykorzystaliśmy w Trabzonie, po raz drugi w Batumi. Polegało to na zerknięciu jednym okiem na bardzo zgrubną mapkę miasta według Pascala a drugim na tekst. Lokalizowaliśmy coś co miało być w ścisłym centrum i tam się umawialiśmy. Jednym problem polegał na tym, że maleńki placyk okazał się ogromnym, porośniętym drzewami, wypełnionym schodami i fontannami placem, na którym ciężko było stwierdzić czy jest się pierwszym czy ostatnim, i w ogóle się znaleźć. Nasze przypuszczenie o byciu pierwszymi wynikało jedynie z fakt, że komuś wydawało się, że wyprzedziliśmy resztę.
Trabzon
Nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić w oczekiwaniu na resztę, siedzieliśmy przy pomniku. Cały czas byliśmy zaczepiani przez miejscowych - ewidentnie odstawaliśmy wyglądem, ubiorem i zachowaniem. To była już nieco inna od Stambułu Turcja. W końcu doszłam do wniosku, że warto zorientować się czy wzbudziliśmy zainteresowanie któregoś z lokalnych couch surferów naszym zapytaniem i mamy gdzie spać. W ten sposób, bardzo nie milo odrzucona przez panów z kafejki internetowej, trafiłam na centrum kultury, gdzie rezydował bardzo przyjazny ochroniarz. Pozwolił mi skorzystać z wifi, własnego telefonu, żeby zadzwonić do dziewczyny, która nam odpisała, a dodatkowo zamówił mi herbatę. W ten sposób zyskaliśmy miejsce do spania dla 4 osób u Martyny - Polki, która robiła w Trabzonie praktyki Erasmusa. U Martyny spały wiec wszystkie dziewczyny, dla chłopaków nie udało nam się jednak znaleźć miejsca. Mój wspaniały znajomy z centrum kultury zgodził się jednak przechować ich bagaże na resztę dnia i ponownie zaprosił wszystkich na herbatę. Stamtąd udałyśmy się do naszego lokum, a na koniec dnia z Martyną i jej współlokatorem- Otkurem (będącym Ujgurem) wybraliśmy się na shishę do knajpki gdzie poznaliśmy gry w rodzaju "ok" i tryktraka. "Ok" to gra ciesząca się ponoć ogromną popularnością w Turcji, działająca na zasadzie remika i wykorzystującą płytki zamiast kart. Wieczorem pożegnaliśmy się z chłopakami, którzy spędzili noc w parku pod namiotem i w -ostatecznie przerobionym- hamaku myjąc się przy pomocy niezakręconego węża ogrodowego.
Kolejnego - 9-go dnia spotkaliśmy się u nas, chłopcy zostawili rzeczy, a później razem zjedliśmy śniadanie na ławkach kampusu uniwersytetu. Naszym celem była przede wszystkim Sümela - klasztor, do którego udało nam się złapać przedziwnego stopa, w którym jechaliśmy w piątkę nie wliczając dwójki kierowców (co okazało się wcale nie być rekordem wyjazdu). Co dziwne, kierowcy Ci czekali na nas kiedy zwiedzaliśmy klasztor, po czym zawieźli nas z powrotem i -wbrew naszym obawom- nie zażądali żadnej zapłaty. Po prostu zwykła turecka ciekawość i gościnność. Resztę dnia spędziliśmy szukając dla chłopców noclegu (który udało się znaleźć u studenta medycyny z Trabzonu), ja dodatkowo samodzielnie włóczyłam się po mieście, dowodząc, że przynajmniej za dnia Turcja jest dość cywilizowanym miejscem, gdzie odpowiednio ubranym dziewczętom nie dzieje się nic złego, nawet na przedmieściach.  Wieczorem spotkałyśmy się ponownie z Martyną i dwoma znajomymi Otkura. Razem z nimi poszliśmy zwiedzić przedziwny kościół "otwarty zawsze dla obcokrajowców i chrześcijan", gdzie poznaliśmy Lucę, który dołączył do nas na resztę wieczoru. Luca był studentem inżynierii i  stanowił 50% wszystkich trabzońskich chrześcijan, w związku z czym pomagał w opiece nad jedynym funkcjonującym kościołem, w którym ponoć parę lat wcześniej zamordowano księdza opiekującego się parafią. Stąd zaskakujące napisy nad zaryglowanym wejściem. Jak na studenta politechniki miał niesamowitą wiedzę na temat historii miasta (z którego nie pochodził), w związku czym jeszcze trochę pooprowadzał nas po mieście. Po pewnym czasie dołączyli do nas też chłopcy ze swoim hostem Ismailem, w związku z czym była nas już 12-tka. Tak liczną grupą wybraliśmy się do jedynego pubu w mieście, gdzie można było nabyć piwo. Kolejnego dnia z piwem, albo nie, z alkoholem było już nieco łatwiej.
10-go dnia rano zebraliśmy się już tylko w naszym mieszkaniu na wspólne śniadanie, po czym podzieleni w kolejne pary pojechaliśmy w stronę Batumi. Łapanie stopa w mojej parze szlo wyjątkowo łatwo i przyjemnie, tak że do Batumi dotarliśmy najprawdopodobniej jako pierwsi.