Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 maja 2015

...raz pod wozem


Zagrzeb  
 Mieliśmy szczęście. Dotarliśmy do przystanku dokładnie pół godziny przed odjazdem ostatniego autobusu. Do Zagrzebia mieliśmy dotrzeć na 20:30, bez żadnych znajomych, planów ani mapy. Nikt na nas nie czekał. Doszłam do wniosku, że to w sumie smutne, po tym jak wszędzie kogoś „mieliśmy”. Jest to chyba kolejny plus przedsięwzięć typu couchsurfing. Na szczeście kiedy zagubieni staliśmy na dworcu, bardzo uprzejmi Chorwaci sami podchodzili do nas oferując pomoc i dając wskazówki. Oni też stwierdzili, że zwłaszcza w taki dzień jak 1 maja nie ma szans na kontrole w tramwajach i znów woziliśmy się – i to sporo – darmową komunikacją miejską. Próbowaliśmy znaleźć wolny hostel w centrum. W długi weekend, w jednej z największych stolic Bałkanów. 
Nie do końca chcieliśmy słuchać booking.com więc błądziliśmy i pytaliśmy. Mijały minuty i metry, godziny i kilometry, a wszystko na co trafialiśmy albo nie istniało, albo nie miało wolnych miejsc, albo miało je w 8 osobowej sypialni dzielonej z wycieczką gimnazjalistek. Całkiem zrezygnowani, koło 23:00 wybraliśmy się do hostelu 2 kilometry od centrum i tam dostaliśmy taką sypialnię... tylko dla nas! Chcieliśmy po raz kolejny wrócić do centrum w okolice placu Ban Jelacica na swobodne oglądanie miasta i nocnego życia, ale 3 godziny biegania po mieście z plecakami dały się we znaki. Jednak kiedy zwiedzaliśmy Zagrzeb kolejnego dnia, mieliśmy wrażenie jakbyśmy znali go już od bardzo dawna.
Plac katedralny i kościół św. Marka
Zaczęliśmy od tak dobrze nam znanego placu i powędrowaliśmy w górę do katedry. Znajduje się naprzeciw ogromnego 3 poziomowego targu Dolac powstałego w 1926 roku, kiedy władze miasta stwierdziły, że istnieje zapotrzebowanie na duży targ w centrum miasta i wyburzyły część dzielnicy pod jego budowę. Był to nasz ostatni dzień i skutecznie pozbyliśmy się poprzedniego dnia wszystkich kun... tymczasem piekarnia na targu, która przyprawiała nas o zawrót głowy (w Chorwacji można by chyba żyć przez rok codziennie jedząc inne pyszne ciastko, rogalika czy pasztecik) nie przyjmowała kart. Istna tortura... która zmusiła nas do ponownego wypłacenia pieniędzy. Po prostu nie dało się powstrzymać! 
Licitar (ze strony podanej obok)
Z ciastkami wiąże się też jeden z głównych symboli związanych z północą Chorwacji i Zagrzebiem - ciastko w kształcie serca z lusterkiem w środku. Na starym mieście opowiedziano nam historię o tym, że wzięło się od cukiernika, który zakochał się w pewnej dziewczynie dla której zrobił to własnie ciastko. Kiedy brała je do rąk, powiedział "spójrz kto jest w moim sercu", a ona zobaczyła siebie. Niestety teraz do żadnej podobnej historii nie mogę dotrzeć, okazuje się jednak, że wyrób licitarów to bardzo misterna, trwająca zgodnie z zasadami sztuki miesiąc, robota.
Cały czas podążaliśmy trasą po Górnym Mieście z darmowej broszury centrum informacji turystycznej, a ponieważ niczego wcześniej o Zagrzebiu nie wiedzieliśmy, co chwilę coś nas zaskakiwało. W ten sposób wpadliśmy na przykład na położoną przy przebiegającym pod jedną z kamienic zakręcie ulicy bramę Górnego Miasta (Kamenita Brama) z cudownym obrazem Matki Boskiej. Od pożaru Zagrzebia w XVIII wieku z którego obraz magicznie ocalał, uważa się że czyni cuda, których dowodami są dzisiątki dziękczynnych tabliczek. Dalej natknęliśmy się na kościół świętego Marka z przepięknym dachem. W Słowenii i Chorwacji nieco zmyliło mnie na początku to że „kościół” to „crkva” i myślałam że wobec tego wszyscy są może prawosławni, chociaż krzyże jakoś się nie zgadzały...
Targ Dolac, Kamenita Brama, katedra i oryginalne, nagradzane Museum of Broken Relationship
Była przepiękna pogoda i podążał za nami zespół muzyków grający coś, co bardzo przypominało mi Austrię albo Bawarię. Przechadzkę po Górny Mieście skończyliśmy przy kolejce, któa pozwoliła nam zrozumieć skąd wziął się podział na Górne i Dolne Miasto. Spacer po Dolnym był nieco dłuższy, za to prowadził przez wiele miłych parków, w tym ładny, darmowy ogród botaniczny. Przy nim stwierdziliśmy, że chyba czas już wrócić po plecaki. Jeszcze tylko 15 minut tramwajem do hostelu i 40 z niego do autostrady i mogliśmy jechać do Lublany. Ale... nie tak łatwo.
Kiedy próbowaliśmy zmienić tramwaje na placu Jelacica, tramwaj nie przyjechał. Okazało się że ruch w centrum został całkowicie wstrzymany z uwagi na przejazd tysiąca i jednego motocyklisty w uroczystym, 20-minutowym pokazie. Zastanawiało nas tylko skąd tyle ścigaczy i harley-davidsonów w stolicy kraju liczącego w całości 4,3 miliona mieszkańców. Kiedy wreszcie przejechali mogliśmy kontynuować. W międzyczasie, w tym okropnym hałasie, na placu cały czas śpiewali członkowie Hare Krishna, nie przerwali nawet na chwilę. Teraz wikipedia poinformowała mnie, że swoją Maha Mantrę muszą zaintonować 1728 razy każdego dnia. Lepiej więc pewnie zrobić to w grupie i nie przerywać, żeby mieć za sobą. 
Plac Jelacica i przejazd motocyklistów po nim do rytmu nie przerywających nawet na sekundę hare Krisha
Hitchwiki wyposażyła nas w wiedzę, ale też przestraszyła zapowiadając że w pierwszym miejscu z którego już można łapać stopa zdarzyło się ludziom łapać go 2, a nawet 4 godziny. W związku z tym co pół godziny albo nawet i szybciej przesuwaliśmy się dalej w stronę rzekomych stacji benzynowych z których jakiegoś szczęśliwca ktoś zabrał po 15 minutach... droga coraz bardziej zmieniała się w prawdziwą autostradę. Przekonywałam Esteve żebyśmy szli dalej. I dalej. Przeszliśmy spokojnie z 2 kilometry, minęliśmy dwa hipermarkety, budowę, rzekę. Moje stopy bolały jak nigdy, a nad głowami zbierały nam się ciemne chmury. Stwierdziliśmy, że operacja nie ma sensu i po 3 godzinach wróciliśmy tym samym tramwajem, na ten sam dworzec autobusowy na który trafiliśmy niespełna 24 godziny wcześniej. Tym razem jednak ktoś czekał na nas w Lublanie.
Nie tylko "crkva" można po chorwacku mylnie odbierać...
Danila przenocowała nas na łóżku współlokatorki w akademiku wcześniej próbując zdecydować przez pół godziny co też nam upichcić skoro byliśmy głodni. Tak to już jest kiedy spotka się 3 niezdecydowanych ludzi, a najbardziej niepewnym jest gospodarz. Danila była jednak bardzo sympatyczną osobą i w zasadzie kto wie czy nie spędziliśmy z nią najwięcej czasu, bo tak starała się nami zaopiekować. Zabrała nas na spacer po mieście, dość opustoszałym poza starym miastem. Lublana jest maleńką stolicą i myślę, że przy odrobinie samozaparcia można by wszędzie przemieszczać się w niej na piechotę. Przepływa przez nią malowniczo rzeka, a z góry spogląda zamek. I jeszcze jedno. Metelkova. Centrum imprez, życia towarzyskiego i manifest wolności w zajętych samowolnie dawnych koszarach i więzieniu. Opowiedziały nam już o niej dziewczyny z Opatiji, pokazując film. Możecie przyjść z własnym piwem, tanie piwo kupić, pójść na imprezę do klubu, obejrzeć sztukę w galerii i przespać się w hostelu stworzonym z więziennych celi.
Ogród botaniczny w Zagrzebiu i Teatr Narodowy
Razem z Danilą trafiliśmy też na maraton „Wings for Life World Run”. „Wings for Life” jest w zasadzie fundacją prowadzącą badania nad uszkodzeniami kręgosłupa. Maraton odbywał się równocześnie w kilkudziesięciu miastach na świecie, w tym w polskim Poznaniu. W związku z tym, że wyruszano o dokładnie tej samej porze w niektórych miastach maraton odbywał się w środku nocy!
Kiedy zostaliśmy sami wspięliśmy się na zamek i przede wszystkim zaczęliśmy szukać sobie noclegu na kolejną noc, kiedy współlokatorka Danili, razem z resztą „napływowych” z całej Słowenii, wracała w niedzielny wieczór do stolicy, która ich karmi i uczy chociaż jej nie lubią.
Metelkova
W dzielnicy szpitali trafiliśmy na jedyny hostel oferujący na booking.com dwójkę w zawrotnej cenie 15 euro od osoby (podczas gdy nawet we Francji dało się znaleźć podobne lokum za 10 euro). Kiedy dotarliśmy do nieco odrapanego budynku tuż obok ulicy Mocznikowej okazało się że cena wynosi 20 euro, a nasze apartamenty są kolejnym miejscem, które booking.com robi w konia. Na szczęście rozsądna pani dała za wygraną i zeszła nam do ceny z bookingu, a my nie posiadaliśmy się z radości jaką daje parze pokój tylko, tylko dla siebie. Bez obawy że zaraz do 8-osobowego pokoju dołączy grupa gimnazjalistek. Albo że naprawdę przemiły host będzie w środku nocy po omacku zmierzał do toalety w okolicach twojej złożonej na materacu głowy. Weseli pobiegliśmy odebrać nasze plecaki od Danili mijając po drodze tory kolejowe i bar o fascynującej nazwie „Orto” położony wraz z podłym night clubem koło naszego gniazdka. Na zakończenie udanego dnia wypiliśmy piwo na Metelkovej, a naszymi sąsiadami była ogromna grupa Polaków.
Korzystając ze spokoju naszego lokum i biorąc pod uwagę, że kolejnego dnia mieliśmy się rozstać zaczęliśmy szukać połączeń do Triestu i Polski. O ile do Triestu poszło całkiem szybko, o tyle w miarę dostawania negatywnych odpowiedzi od kolejnych osób z blablacar, które teoretycznie miały wolne miejsca, stopniowo pogrążałam się w rozpaczy. Po naszej złej passie trwającej od trzech dni moim ostatnim życzeniem było wracanie stopem, zdobyłam więc informacje na temat każdego możliwego środka transportu z Lublany do Polski. 
Zamek w Lublanie, park Tivoli i start "Wings for Life"
Był więc pociąg z 2 przesiadkami w Austrii o 16:00 za jedyne 135 euro. Był też Sindbad za 60 euro, jednak dopiero o 23:00 przez co straciłabym kolejny dzień zajęć na co już nie do końca mogłam sobie pozwolić. Blablacar dla porównania przeciętnie wahał się w granicach 80-120 zł. Stwierdziłam, że nie ma sensu czekać, zbiorę się w sobie na to przygodowe zakończenie i dotrę na zajęcia. O 10:00 w poniedziałek, pożegnałam się z Esteve i ruszyłam w stronę obwodnicy. Po 45 minutach czekania i jednej ofercie stopa do przepięknej doliny Logarskiej (która jednak nie byłaby dla mnie dobrym rozwiązaniem) zjawił się koleś jadący do Trojane. Mówił jedynie po słoweńsku więc rozmowa szła nam ciężko. W dodatku cała podłoga pasażera wyłożona była butelkami wódki, a w miarę zbliżania się do jego zjazdu w okolicach Trojane dystans który pan był skłonny pokonać cały czas się wydłużał (aż do momentu kiedy był gotowy jechać do Mariboru). Nie podobało mi się to wszystko, powiedziałam więc żeby się nie kłopotał i zjechał na najbliższą stację benzynową, gdzie już sobie poradzę szukając kogoś jadącego jeszcze dalej niż Maribor. Zabrałam plecak i zapytałam pierwszy samochód o podwózkę, byle dalej. 
Smoczy i potrójny most na rzeką Ljubljanicą
Od tego momentu już nikt nie budził moich podejrzeń, a kolejny człowiek który mnie zabrał - ex-kierowca TIRa - był tak kochany, że jeździł ze mną po wszystkich stacjach i zajazdach dla TIRów szukając czegoś jadącego w kierunku Polski lub Słowacji. Mówiliśmy po polsko-słoweńsko-angielsku, a na pożegnanie zostałam obdarowana gazem łzawiącym, bo na tym świecie nigdy nic nie wiadomo, a jestem przecież piękną, młodą kobietą (co zostało jednoznacznie stwierdzone w odpowiedzi na moje pochwały piękna i uroku Słowenii w rozbrajającym komplemencie: „Slovenia is small but beautiful, Iza is big... but beautiful too”).
I kolejny most w Lublanie - Rzeźnika, ozdobiony rzeźbami giczy i podrobów, który Słoweńcy i turyści zamienili w most zakochanych. 
Na stacji na której mnie zostawił stało już 4 autostopowiczów. Okazało się że jeden był Rumunem, a reszta, jak zwykle, Polakami ;). Był to czas powrotu z dorocznych majowych wyścigów autostopowych, jedni – z Politechniki Śląskiej – wracali z Bośni, a Łukasz - z którym połączyłam siły - wracał z wyścigu SGH do Grado we Włoszech. Podeszliśmy do Austriaka stojącego na stacji i chwilę później jechaliśmy do Wiener Neustadt położonego 50 kilometrów przed Wiedniem. Okazało się że nasz kierowca jest aktorem-amatorem i wracał przygotować się do sztuki o królu Arturze. Wysadził nas koło 15:00 na stacji z której nie było ucieczki. Znaleźliśmy na niej parę z tego samego wyścigu w którym jechał Łukasz. Żaden z samochodów osobowych nie jechał dalej niż do Wiednia, a najbliższą ciężarówkę odjeżdżającą o 20:00 do Polski zarezerwowała już owa para, która była pierwsza. Kolejny był już tylko pan jadący do Sosnowca o 5 nad ranem. Tak czarno nie spoglądaliśmy w przyszłość i między 18, a 19 zabraliśmy się do Wiednia. Miejsce w którym wysiedliśmy było równie złe, miało jednak McDonalds'a, a kawałek dalej pole pełne zajęcy i saren. Byłoby pięknie gdyby wielkimi krokami nie zbliżała się noc i nie zaczęło porządnie lać. Przed nami był więc wachlarz możliwości:
Kościół Franciszkanów za potrójnym mostem
 1. Próbować stopa dalej - na to nie starczyło nam już siły woli. 2. Wracać do centrum Wiednia i czekać na blablacar lub Polskiego Busa do rana na dworcu... albo (3.) spędzić tą krótką noc u znajomych naszych znajomych. Zaczęliśmy więc dzwonić. Kiedy zapytałam siostrę o numer do Dominiki, najlepszej kumpeli Wery, nie minęły 2 minuty, kiedy zadzwoniła do mnie mama mówiąc że zwariowałam chcąc się po nocy wbijać do ludzi niezapowiedziana i mam wsiadać w pociąg o 23:00. Koniec brykania koziołku, mama każe wracać z podwórka. Ale dobrze mieć taką mamę :). 
Nie bez oporu (bo wiedząc że słono zapłacimy, a Łukasz był bez grosza, musiałam więc zaufać komuś poznanemu 5 godzin wcześniej i za niego zapłacić) udaliśmy się na dworzec kolejowy Meidling z którego według PKP miał odjeżdżać nasz pociag. I nawet tam dostaliśmy sprzeczne informacje. Moja informacja mówiła że zapłacimy 75 euro od osoby, koleżanka Łukasza, że 35, a pani z informacji że 96. Ta opcja była ciężka do przełknięcia już nawet nie tylko dla mnie, ale i mojej karty bankomatowej z limitem. Ludzie z blablacaru nie odpisywali, zajęcia kolejnego dnia czekały... Postanowiliśmy spróbować sił mojej karty. Okazało się że bilety były jednak po 65 euro, a wcześniej pani się pomyliła i wołała za nami, ale już byliśmy za daleko. Zadowoleni z obrotu sprawy, z biletami bez miejscówek (które jednak pozwoliły nam się rozciągnąć na kanapach w pustym przedziale i naprawdę spać!) spróbowaliśmy lokalnego specjału - Kebaba z mozarellą! Nie czułam mozarelli, ale kiedy o 5:00 dojechałam do Sosnowca byłam na tyle wypoczęta i pełna energii ze szczęścia, że jestem w domu, że  przepakowałam się tylko i o 6:30 jechałam już do Krakowa.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Koperek i inne słoweńskie, nadmorskie miasteczka

Tak powitał nas Portoroz
Czekamy, czekamy
Dla urozmaicenia autobus, który miał zabrać nas z Triestu do Kopru nie przyjechał. Powód? Święto w Słowenii! Tym razem oni świętowali swoje oswobodzenie spod wpływu różnego rodzaju imperialistycznych potęg mających chrapkę na piękną Słowenię. Na szczęście świętował tylko autobus o 9:00 i 10:00, a ten o 11:15 pracował za nich wszystkich (i zabrał łącznie z nami 3 pasażerów). Zostaliśmy wysadzeni przy wielkim centrum handlowym w Koprze, o którym słyszeliśmy wiele od Włochów jeżdżących tam na znacznie tańsze kręgle i myślałam, że to żart, ale nie, to był ostatni przystanek (i jednocześnie najprawdopodobniej zlokalizowany na parkingu supermarketu koprzański dworzec autobusowy, ale może się mylę:p). W każdym razie podążyliśmy w kierunku, który wskazano nam jako centrum miasta i po pewnym czasie zaczęliśmy wątpić czy z tymi, którzy polecają Koper jako miejsce ładne jest wszystko w porządku. Okazało się, że jednak tak. Znaleźliśmy stare miasto, przekochanych ludzi w informacji turystycznej, którzy bez problemu zgodzili się przechować nasze plecaki i ruszyliśmy na podbój miasta (ucięty w połowie w okolicach targu kiedy zaczęło porządnie lać). 
W sercu Kopru plac Tita
Napiliśmy się więc kawy w knajpie u Milana, a resztę miasta zwiedziliśmy biegiem w stronę plecaków gdzie została moja kurtka przeciwdeszczowa. Myślę, że Koper można z czystym sumieniem polecić jako ładne, małe miasteczko (chociaż na warunki słoweńskie jest najważniejszym portem i siedzibą uniwersytetu Primorska <3).
Koper
Wobec niesłabnącego deszczu wskoczyliśmy w autobus i pół godziny później byliśmy już w Portoroz, gdzie Agata (ta którą znacie z Gruzji :D) załatwiła nam nocleg u dziewczyn, które robią w tym najważniejszym słoweńskim kurorcie Erasmusa (są tam 2 wydziały - nawigacji i turystyki uniwersytetu Primorska). Portoroz jest więc z rozmachem zabudowany wielkimi hotelami z kasynami, a jedynym problemem jest tam - według mnie - komunistyczna myśl estetyczna, która betonowała plaże. Nawet superluksusowy, nieco oddalony od miasta hotel Bernardin mogący poszczycić się własną zatoczką dla jachtów dysponuje takim oto wynalazkiem.
Tartinijev trg w Piranie
Mury obronne i nadbrzeże - Piran
Domek dziewczyn (z którego na początku czerwca będą musiały zniknąć, bo jego głównymi klientami są „letnicy”) jest zlokalizowany na obrzeżach Portoroz dokładnie w kierunku do którego zmierzaliśmy, czyli przy drodze na Piran. Przespacerowaliśmy się do niego betonową plażą i nie rozczarował nas. Jeśli znajdziecie się kiedyś w Słowenii, musicie tam pojechać. Jeśli zwiedzacie urocze miasteczka Istrii i Dalmacji też. Sami patrzcie. Jest przeuroczy, położony na cyplu i pełno w nim małych, wąskich uliczek. 
Piran
Wśród nich można znaleźć takie perełki jak ulica Lenina. Podczas naszego objazdu fotografowałam też w każdym mieście place i ulice Tita. Bo Tito we wszystkich tych krajach został. Wszyscy opowiadali nam, że za Tita było dobrze, lepiej niż teraz, a ludzie żyli w zgodzie. Tylko jedna osoba, która wzięła nas na stopa powiedziała nam zdanie o tym, że bywał brutalny dla przeciwników. A poza tym tęsknota i ulice i place. Bo w dawnej Jugosławii – mówią – nie widzą potrzeby odcinania się od historii i obsesyjnego zmieniania nazw ulic. System był co prawda inny, ale nie można zaprzeczyć, że byli to ważni ludzie (pragnę podkreślić, że w Sosnowcu jednak jest rondo Gierka, który z naszego miasta pochodził, ale to chyba rzadki w Polsce wyjątek).
Prosto, że są wolne pokoje!

Wracając jednak do Piranu, trzeba się po nim powłóczyć. Pójść na cypel. A potem wspiąć na mury, które przy odrobinie szczęścia (które tym razem mieliśmy) okażą się darmowe – trzeba tylko pchnąć bramkę, żeby to sprawdzić. Z murów roztacza się przepiękny widok na całe miasto. O, taki!
Piran w pełnej okazałości
Myślę że warto byłoby też wejść na wieżę kościoła o ile to możliwe – widziałam przepiękne zdjęcia głównego placu i starówki zrobione najprawdopodobniej z niej. Wracając nauczyliśmy się raz na zawsze czym jest i jak smakuje cevapcici, a resztę wieczoru spędziliśmy szukając kolejnego noclegu.  
Na koniec nasz idol z Piranu, a my jedziemy do Chorwacji!

czwartek, 23 kwietnia 2015

Słowenia to mały kraj...

...który można przejechać wzdłuż długiej osi w 2,5 godziny. Jest w nim jednak wszystko - od morza, przez wzgórza i gigantyczne jaskinie, aż po Alpy.
widok z Trojane
 Z regularnego pisania nic nie wyszło. Zbyt dużo było zwiedzania, braku dachu nad głową i jego poszukiwań. Jeśli już jednak znaleźliśmy takie miejsce, było świetne, tak samo jak ludzie których tam spotykaliśmy.
Droga i Trojane
W czwartek moim planem było dotarcie z Mariboru do Sagrado we Włoszech po drodze zwiedzając Słowenię. Na początku planowałam zajrzenie do Celje, które wikitravel opisywało jako jedno z najstarszych miast Słowenii (później dowiedziałam się że najstarszy jest Ptuj), ale ostatecznie zdecydowałam się na obejrzenie Jaskiń Szkocjańskich, będących na liście UNESCO z uwagi na jeden z najgłębszych podziemnych wąwozów w Europie i na świecie.
Jaskinie szkocjańskie
Stop szedł mi idealnie jak nigdy, chociaż zaczęłam od godzinnej wycieczki autobusem po mieście. Nie czekałam pięciu minut, kiedy do Celje zabrał mnie Słoweniec nie mówiący w żadnym innym języku poza ojczystym. Doszłam do wniosku, że zdecydowanie łatwiej jest mi już dogadać się z Czechami i Słowakami (chociaż zawsze wolałam rozmawiać z nimi po angielsku), ale i tak byłam bardzo dumna z tego, że udało mi się zrozumieć że pan był emerytowanym górnikiem z dwójką dzieci, z których jedno mieszka w Austrii. Wiele osób które spotkaliśmy w Słowenii mówiło o tym, że życie nie jest łatwe, a większość młodych marzy o wyjeździe.
Wysiadłam w okolicach wyjazdu z autostrady, na którym teoretycznie niemożliwe było zatrzymanie się, ale i tak dokonał tego zarówno TIR, który zablokował cały ruch po czym odjechał, bo niestety nie udało nam się z kierowcą dogadać, jak i mój kolejny autostop – inżynier mechaniczny o imieniu Peter. Peter pracuje w Lublanie, ale nie lubi stolicy (która zresztą całkowicie wyludnia się w weekendy, kiedy wyjeżdżają studenci i pracownicy, zaskakująco więc łatwiej znaleźć tam imprezy w tygodniu niż w piątek czy sobotę) i mieszka w Alpach Julijskich nad jeziorem Bohinj.
Słowenia robiła się coraz piękniejsza, w środkowej części ma przepiękne małe wzgórza, które nieco przypominały mi Wzgórza Czekoladowe z Filipin, które kiedyś widziałam w jakimś zestawieniu cudów świata. Kraj jest tak mały, że wydaje się najspokojniejszym i najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. 
Mój kierowca zaproponował mi atrakcję w postaci ogromnych pączków z których znana jest mała miejscowość Trojane. Była to w zasadzie jedna piekarnia, ale rzeczywiście były ustawione przed nią rzędy niemieckich autobusów, a pączki były najświeższymi jakie jadłam w życiu.
Skocjan
Wąwóz (zdjęcie stąd)
 Dojechaliśmy razem do Lublany, gdzie wysadził mnie w najlepszym miejscu do łapania stopa na zachód. Rzeczywiście było najlepsze, także według pozostałej trójki autostopowiczów czekających na podwiezienie. Podeszłam do jednego z nich, studenta antropologii z Kopru jadącego na zajęcia na które był już spóźniony. Czekał już od 40 minut, ale dopisujące mi w czwartek szczęście spowodowało, że już po 5 minutach od mojego przyjścia zatrzymał się i zabrał nas włoski student jadący do Triestu. Po wysadzeniu Słoweńca stwierdził, że w zasadzie dawno nie widział jaskiń i pojedzie ze mną skoro ma wolne całe popołudnie, ale zmienił zdanie kiedy dowiedział się że przed nim 2 godziny czekania na zwiedzanie i półtorej samego oglądania jaskiń. Czekając samotnie na wycieczkę wybrałam się do punktu widokowego, z którego roztacza się panorama całej doliny (będącej zapadłą przed milionami lat jaskinią) z wrotami rzeki Reki („reka” po słoweńsku oznacza „rzekę”) i jaskini. Po drodze spod nóg uciekały mi jaszczurki, nieco dalej lis, było pięknie.
Jaskinie robią niesamowite wrażenie. Trasa zaczyna się od nieco mniej spektakularnej Cichej Jaskini i prowadzi do jednej z największych grot na świecie – Jaskini Szemrzącej. Jej nazwa pochodzi od przebiegającej w dole rzeki, która może w całości wypełnić grotę wodą, kiedy wystąpią duże opady przy małych rozmiarów ujściu rzeki na powierzchnię już po włoskiej stronie.

Kiedy wyszłam z jaskini była 18 i zaczęłam się zastanawiać czy zwiedzanie w ostatniej turze na pewno było dobrym pomysłem – droga przy której musiałam łapać stopa była całkiem pusta. Szczęście mnie jednak nie opuszczało i z pomocą trzech osób dostałam się na przedmieścia Triestu, skąd pojechałam pociągiem do Sagrado. Fabio, mój host na czas oczekiwania na Esteve, który miał przylecieć kolejnego wieczoru, okazał się historykiem-pasjonatem zainteresowanym polskimi arystokratami, na temat których pomogłam mu w przetłumaczyć kilka tekstów. Mieszkał z uroczą mamą, elegancką starszą panią, która bardzo dbała o mnie i Esteve podczas tych dwóch dni.

środa, 22 kwietnia 2015

Słowenia na raz

Maribor (Author – Matej Vraniƒ – source www.slovenia.info), znalezione tu
Akcja była szybka. Miałam wczoraj średnio udany dzień, szybko wróciłam do domu i postanowiłam jak zwykle przespać złe humory. Obudziłam sie koło 14 i pogadałam z mamą, która dalej przekonywała mnie żebym zamiast stopa jechała do Słowenii blablacarem. Zajrzałam tam ponownie bez większego przekonania. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się dość tani przejazd "na jutro o 00:40 z Katowic˝. Północ to bardzo dyskusyjna pora jeśli chodzi o jej przynależność do dnia dzisiejszego lub jutrzejszego, szybko zapytałam więc kierowcę czy chodziło o najbliższą czy kolejną noc. Jak można przewidywać oddzwonił, mówiąc że o najbliższą. Dowiedziałam się też że przejazd jest ciężarówką (podczas tej podróży nauczyłam się że to nie TIR) i że będzie za darmo. Brzmiało zachęcająco, zadzwoniłam więc szybko w celach konsultacyjnych i już pakowałam się żeby wrócić do Sosnowca, skąd Kamil miał mnie zabrać. Jak zwykle Wera roztaczała mroczne wizje co do intencji kierowcy, ale na szczęście po raz kolejny, dobro zwyciężyło w ludziach, a Kamil okazał się normalny. Musiałam poodwoływać wszystkie kina, kosmetyczki i pożegnać się z myślą wyjazdu do Zakopanego... o 20:00 byłam już zwarta i gotowa w Sosnowcu.
Maribor może poszczycić się najstarszą winoroślą na świecie :)
O północy wsiadłam do mojego pierwszego zaaanżowanego stopa w życiu (który swoją drogą jeździ co tydzień z Polski do Cuneo we Włoszech). Podczas podróży dowiedziałam się, że TIR to nie ciężarówka, a umowa międzynarodowa, dostałam szkolenie w zakresie kiepskiej widoczności ciężarówki i ich oznaczeń. Nie chciano mnie jednak dokładnie wtajemniczyć w sztukę oszukiwania magnesem elektronicznego tachografu. Cenną informacją było też to, że jeśli jesteście zainteresowani złapaniem ciężarówki kierującej się na Włochy, Słowenię, a nawet Grecję to 80% z nich jedzie nietypowo przez Cieszyn, Żylinę, Bratysławę, a potem pełną wertepów drogą 86 na Szombathely, Lendavę i Maribor (co pozwala ominąć piekielnie drogie opłaty za autostrady w Czechach i Austrii). Do Mariboru dotarłam w czasie nieco dłuższym niż osobówką (mieliśmy między innymi 3 godzinną przerwę na spanie), wysadzono mnie przy autostradzie (bo do Mariboru nie wolno wjechać bez pozwolenia więcej niż 7,5 tonom ;)) i jakoś musiałam dalej radzić sobie sama. Były to przedmieścia więc nikt nie był skory do brania mnie na stopa, a i ja machałam ręką bez przekonania. Ostatecznie dotarłam do przystanku autobusowego skąd był bezpośredni bus pod sam akademik (i jestem bardzo dumna z tego sprawnego ogarnięcia sytuacji, chociaż pewnie prawdą jest że więcej w tym zasługi mariborskiej komunikacji).
Maribor
I tu dochodzimy do pytania gdzie mieszkam. Kiedy wrzucałam informację o poszukiwaniu partnera do stopa na CouchSurfing odezwała się do mnie Turczynka z Mariboru, że byłaby zainteresowana dołączeniem do mnie na słoweńsko-włoski etap stopa. Plan nie wypalił, ale pisałyśmy do siebie dalej. Wydawała się tak sympatyczną osobą, że już przed wyjazdem byłam gotowa przyjechać tu dzień wcześniej, żeby spotkać ją, zwiedzić Maribor i zobaczyć jak w Słowenii żyje się Erasmusom. Kilka razy podawała mi swój numer w mailu (za każdym razem przekręcony) i już myślałam że kontakt stracony, ale na szczęście ostatecznie sama do mnie napisała. Czekając na zakończenie jej zajęć przed akademikiem, położyłam się ze wszystkimi tobołami na ławce i zasnęłam, byłam tak zmęczona. Po około godzinie znalazłyśmy się i zaczęłam odkrywać życie słoweńskich studentów, którzy mają się całkiem nieźle. Ogólnie ceny nie są tu zachwycające (jak na przykład 1,1 euro za jednorazowy bilet autobusowy do którego nie istnieje zniżka studencka), ale za to jaki socjal! Każdy student dostaje od państwa kupony na jedzenie, ktore może wykorzystać nie tylko w obrzydłej restauracji uniwersyteckiej, ale w każdej restauracji w mieście, która przyjmuje bony (Maribor uchodzi w Słowenii za główne miasto uniwersyteckie i nawet istnieją specjalne drogowskazy "Studenci").
W każdej restauracji kupon daje inną zniżkę, my akurat skierowałyśmy się do miejsca w którym jedzenie było za darmo! Ok, głównie gyros, kanapki i tortille, które trudno jeść przez całego Erasmusa, ale mimo wszystko. Akademik jak akademik, mocno zapuszczony, z 3 dwuosobowymi pokojami na skład... ale przynajmniej łazienka i kuchnia dzielone tylko z tymi osobami, a nie 40 obcymi typkami.
Maribor po naszym krótkim spacerze sprawił na mnie dobre wrażenie, coś się w nim dzieje, jest też całkiem ładny, choć kompaktowy (w trybie zwiedzania, na jedno popołudnie z obiadem :p). Zabawne jest to że w zasadzie panuje tutaj atmosfera bardzo małego miasteczka, idąc co 15 minut spotykałyśmy znajomych Ozge, chociaż jest tu dopiero od 2 miesięcy. Wszyscy wychodzą też do jednej dyskoteki - Kms (Kamaszy), Erasmusi w środy, miejscowi we wtorki. Jeśli z kolei spotykasz jednego z liczych Erasmusów będzie to najprawdopodobniej Polak, Czech, Turek albo Hiszpan (tych trudniej spotkać, bo obracają się głównie w swoich zamkniętych grupkach, jak wszędzie). Ponieważ dzisiaj jest środa wszyscy podczas naszego spaceru pytali czy wybieramy się na imprezę do Kamaszy, co bardzo mi się spodobało - brzmiało albo jak wydarzenie tygodnia na które wszyscy czekają (choć muzyka ponoć nie do zniesienia na trzeźwo), albo jak rytualne wyjście dobrych znajomych do baru naprzeciwko.
Rynek Główny. Maribor
Jedno jest pewne - rok spędzony tutaj na Erasmusie to doświadczenie z zupełnie innej bajki niż rok w Bordeaux czy w Walencji. Patrząc na te tysiące wymiarów, tysiące miast i przeżyć Erasmusów w różnych częściach Europy od Turcji po Islandię nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Erasmus zmienia na zawsze nie tylko uczestników wymian, ale też same miasta.
Jutro zamierzam przez Celje przetransportować się już do Sagrado we Włoszech gdzie spotkam się z Esteve.