Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trujillo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trujillo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lipca 2013

Mogę powiedzieć, że byłam w północnym Peru



...mimo faktu, że nie udało nam się zwiedzić dżungli. Sporo jednak zobaczyłam. Nie mogę ponoć powiedzieć, że byłam w Peru, mimo że w moim pokoju w akademiku będzie zapewne wisiała flaga tego kraju. A wszystko przez to, że nie byłam w Machu Picchu. Postaram się te niewybaczalne braki nadrobić. Być może wkrótce :).

A zimą w Peru jest tak...
 Z 2 dni w Trujillo na koniec, dziwnym trafem zrobiło się dni 5. Przyjechaliśmy 23.07, który cały przespałam umierając z powodu własnej choroby. 24 – go kiedy czułam się już lepiej i zrezygnowałam ze szpitala wybrałam się na pożegnalny spacer. Dzięki temu dowiedziałam się, że wysłanie za granicę kartki z Peru jest droższe od ogromnego obiadu. Nie w restauracji oczywiście, ale liczy się. Odniosłam jednak sukces ostatecznie znajdując w tym nie do końca turystycznym mieście kartki pocztowe. Większość oczywiście z Cusco. 
Okolice Huanchaco są jedną z najlepszych serferskich miejscówek w Peru
 Wieczorem były urodziny Fiorelii. Kiedy tak siedziałam, a dookoła wszyscy mówili po hiszpańsku pomyślałam, że to piękne. Rok temu poznawałam co znaczy impreza po gruzińsku, kim jest tamada i co mówi Gruzin wznosząc toast. Tym razem patrzyłam na szaleństwa w Peru. Bo nawet urodziny są inne. Na początku miała być sama rodzina, ale kiedy zaczęto zapraszać znajomych, tylko tych bliższych, zrobiło się ich 50, a rodzina zamieniła się w kelnerów. Wszystko działo się w zaprzyjaźnionej knajpie. Były tony balonów, czapeczek, piana i szaleństwa. I DJ. Co chwile coś nowego, nie pozwolono mi więc wyjść mimo zmęczenia. Najpierw siedzieliśmy i gadaliśmy przez 2 godziny. Następnie wszystkim zaserwowano tamal i chicha morada. Do tego porządna porcja cabrito (czyli kozy). Kiedy już pojedzono, usunięto stoły i zaczęły się tańce. W zasadzie głośna muzyka, DJ i dyskotekowe światła były od początku, szacownym seniorom jakoś to nie przeszkadzało. W pewnym momencie ogłoszono „hora loca”. Nie do końca rozumiem funkcję tej części wieczoru, ale chyba wtedy wszyscy mają się najlepiej i najbardziej szalenie bawić. Były też życzenia składane bardzo oficjalnie z mikrofonem przez tatę, mamę, siostry, dziadka i przedstawicielkę znajomych. Pojawiła się też kula, którą podwiesza się pod sufitem, a solenizantka ma walić w nią pałką aż pęknie i wysypie się cała zawartość, którą stanowią zwykle różne kolorowe rzeczy i cukierki. Zwykle coś takiego pojawia się na imprezach dzieci (na przykład dzisiaj u Malu). U Fiorelli były tam też „rzeczy dla dorosłych”. W ogóle Fiorella pomijając brak prawa jazdy dostała samochód, który od razu zaczęła prowadzić. Mogę poszczycić się byciem pasażerem przez 5 minut :D. Przeżyliśmy. Tata Fiorelli jest policjantem.
Przy okazji urodzin powiedzmy też o rzeczy, która niesamowicie mnie tu zadziwia. Są tu noże. Nawet w domu je mamy. Ale nikt ich nie używa. A przecież codziennie prawie jemy mięso. Jak więc wszyscy dają radę tym kurczakom, cuy’om i cabritom? 
Caballitos de totora, czyli trzcinowe koniki. Wciąż używane przez peruwiańskich rybaków, którzy za drobną opłatą zabiorą na przejażdżkę :)
 Następnego dnia, ponieważ czułam się już całkiem w porządku, wybrałam się do szpitala. Na początku nic się nie działo, strajk trwał nadal, dr Caballero dalej nikt nie widział. Później jednak przywieziono 15-letniego chłopaka, który złamał piszczel. Znaleziono też na jego dłoni opatrunek. Opatrunek był z uwagi na odcięcie naprawdę sporego kawałka skóry przy pracy osiem dni temu. Teraz rana nadawała się już tylko do przeszczepu skóry z innej części ciała. Mieliśmy też kolejnego młodziana, który przenosząc kamienie, jeden z nich upuścił sobie na palec. Wyglądało to makabrycznie i makabryczne było też postępowanie. Początkowo chciał zająć się tym Max, ale dla mnie od początku wyglądało to na zbyt skomplikowane dla nas, jakby nie było bardzo początkujących (bo dzisiaj odkryłam, że większość kitli kręcących się po Emergencia nie ma jeszcze tytułu lekarza i jest na stażu). Nie życzę Wam oglądania procesu zdejmowania paznokcia.
Po tym nieoczekiwanie intensywnym dniu w szpitalu wybrałam się do Huanchaco, gdzie jeszcze nie byłam. I bardzo żałuję, że nie dowiedziałam się wcześniej jak dobrze można się tam zrelaksować. Ot zwykłe, zaniedbane miasteczko przy oceanie. Sporo surferów i szkół dla nich, nawet teraz w zimie. Do tego, że jest relaksująco doszłam jednak dopiero po chwili siedzenia i wpatrywania się w ocean, kiedy zapomniałam o tym co mnie otacza. Bo w Huanchaco niespodziewanie, patrząc na tą biedną plażę, stałam się wojującym ekologiem. Z resztą może zauważycie na zdjęciach.
 Zaczęłam od mola, gdzie na spokojnie 30 minut uziemiła mnie konwersacja z Amerykaninem peruwiańskiego pochodzenia. No, w sumie wyemigrował kiedy miał 18 lat. Czy można uznać go za Amerykanina? Paszport ma. Chwaliłam mój piękny, tani kraj. Powinnam dostać od MSZ nagrodę. Dzięki mnie zdecydowanie wzrosną dochody z turystyki w całej Europie Wschodniej. Bałkany też promuję, bo tutaj nikt o nich nie słyszał. Kiedyś nawet puściłam Kalashinkova, na imprezie, ale nie przypadł nikomu do gustu :(.
Kiedy udało mi się zakończyć tę jakże przyjemną, acz długą konwersację (przyspieszoną tym, że okazałam się taka młoda, rozumiem, że to komplement dla mojej psychicznej dojrzałości, ale mimo wszystko wciąż jakoś mi smutno) udałam się na wzgórze z kościołem skąd roztacza się widok na miasteczko i ocean. Jest tam też wymarzone miejsce ostatniego spoczynku dla każdego surfera. Nad takim grobem słońce codzienne zachodzi tonąc w pełnym idealnych fal oceanie.
Będąc przy surfingu przypomniała mi się też historia usłyszana i obejrzana tego samego dnia w szpitalu. Poznałam tym razem dziewczynę z Recife z Brazylii, a wiadomo – w Brazylii się serfuje. Tylko uważajcie i nie róbcie tego w Recife. Są tam rekiny. A zdjęcie nogi za którą takie stworzonko złapało nie wyglądało apetycznie. Mniejsza o to jak wyglądało, bo ofiara zmarła.
 Kiedy wracałam z Huanchaco spotkałam kolejną postać z autobusu. Czy pisałam już o ludziach, którzy nie sprzedają niczego, tylko żebrzą w autobusach? Robią to jednak z klasą. Zawsze za datek dają Ci jakiegoś cukierka. Tym razem nie było cukierków, a występy magika. W tym pędzącym autobusie. Sporo jest też żonglerów, którzy kiedy samochody zatrzymują się na światłach wychodzą przed nie i prezentują swoje umiejętności. W jeden z pierwszych dni usłyszałam, że to ludzie którzy przyjechali tu i nie mają za co wrócić. I tak zbierają na dalszą podróż. Myślę, że ja zarabiałabym jednak inaczej.
Dzisiaj udało mi się w szpitalu, w którym nie działo się kompletnie nic, dorwać w końcu doktora Caballero. Trzy dni szukania i słuchania, że nikt tak naprawdę nie wie gdzie jest szef. Nie ma. Tyle. Wczoraj, postawiona pod ścianą, już nawet napisałam mu wiadomość na facebook’u, że bardzo go potrzebuję. Bo dzisiaj był mój ostatni dzień i bez jego podpisu moje praktyki w zasadzie by się nie liczyły.

Ze spraw szpitalnych podczas wczorajszej imprezy, ale jeszcze absolutnie na trzeźwo usłyszałam bardzo interesujące doniesienie z Belen, innego szpitala. Ponoć jakiś miesiąc temu była tam mała epidemia dżumy i zmarło nawet parę osób z personelu i studentów. Ciekawe.
Wracając natomiast odkryłam miejską alternatywę dla Huanchaco, jeśli bylibyście w Trujillo i chcieli sobie odpocząć od miejskiego zgiełku. Na dłuższą metę to miasto może męczyć. Polecam ogród botaniczny przy ovalo Larco. Hasają sobie pawie i możecie pogapić się na papużki. Choć to najmniejszy ogród botaniczny jaki w życiu widziałam. A w zasadzie każdy skwerek w mieście (są naprawdę świetne) może sprawdzić się tak samo ;). 
Już wiecie dlaczego śmiecenie jest złe?
 I oto, w samym środku kinderbalu Malu kończę pisać, nareszcie na bieżąco. W tym balu już nie uczestniczyłam, obserwowałam tylko przygotowania. Wolałam być bezpiecznie ukryta przed setką dzieci biegających po salonie.Setka to przesada, ale Malu zaprosiła całą klasę. Przygotowania trwały od wczoraj. 
Jutro z Philipem bierzemy kurs na Huaraz, czyli jedne z najpiękniejszych terenów wspinaczkowych w Ameryce Południowej.

wtorek, 16 lipca 2013

Coś się kończy, coś się zaczyna


To jeszcze nie całkiem koniec mojego pobytu w Trujillo, ale w zasadzie za tydzień wrócę tutaj tylko zabrać rzeczy i pożegnać się ze wszystkimi, kto wie na jak długo. Z częścią na zawsze i będę to wrażenie miała po raz pierwszy od kiedy byłam mała, kolonie nad polskim morzem wydawały się na końcu świata, a koleżanki mieszkające w Gliwicach oddalone o lata świetlne. Tu naprawdę jestem na końcu świata i zostawię za sobą osoby, które nigdy na przykład nie wyjeżdżały z Peru. A co ciekawe już przez te dwa tygodnie dość mocno się do tego miejsca i ludzi przywiązałam.
Wszystko dlatego, że za parę godzin, tym samym samolotem co ja dwa tygodnie temu, przyleci mój towarzysz na kolejne dwa tygodnie w Peru o wdzięcznym nazwisku Capone. Ten sam, który zgarnął nas z Robertem o 2 w nocy z jednego z nowojorskich MacDonald’sów (o czym można przeczytać tu). Jego przyjazd do Peru zacznie się z prawdziwym przytupem, gdyż podjedzie z walizkami prosto pod Chan Chan, gdzie wybieramy się z ludźmi z wymiany, a o 22:00 wpakujemy się już do autobusu w stronę miasta Cajamarca.
Ai apaec, najwyższy bóg kultury Moche
Kiedy pakowałam się i ogarniałam pokój przed wyjazdem przypomniała mi się sytuacja z metra w Budapeszcie, kiedy próbowałam kupić bilet na tramwaj. Byłam dość roztargniona, forinty są dziwne, nie zdziwiło mnie więc, że jedna z monet wygląda zupełnie inaczej niż reszta. Zauważył to jednak chłopak w kasie i zaczął jej się przyglądać. Pomyślałam „o nie, zacznie się pewnie o coś czepiać”. On natomiast zapytał z jakiego to kraju i czy może zatrzymać, bo kolekcjonuje pieniądze. Wzięłam monetę do ręki i stwierdziłam, że przez przypadek w tą podróż chciał zabrać się ze mną kawałek Bułgarii. Został jednak w dobrych węgierskich rękach.
widok z Huaca de la Luna na Huaca del Sol i "miasto" między nimi

Idealnie zachowany główny ołtarz
Wracając jednak do Trujillo, miniony weekend postanowiłam spędzić w domu. Częściowo dlatego, że zaplanowaliśmy food and drink party, częściowo ponieważ nie udało mi się w ciągu tygodnia odwiedzić dwóch antycznych miast Moche i Chimu, które są w okolicy. W sobotę, po śniadaniu które polegało na wygrzebywaniu łyżeczką miękkiego avocado, układaniu go na kanapce i soleniu (pyszne i szybkie, spróbujcie ;)!) razem z Fiorellą i jej znajomym wybraliśmy się do Huaca del Sol y de la Luna.  Tym razem zawieźliśmy się taksówką, bo przy 3 osobach ten odcinek akurat wychodził prawie tyle co busik. Tak jak w pozostałych miejscach było tam muzeum w kształcie piramidy, od którego podchodziło się do właściwej huaca. Huaca w języku Quechua (który wciąż jest językiem ludności zamieszkującej Andy) oznacza świątynię. Cały kompleks składał się więc z 2 „świątyń”, jednej poświęconej obrzędom i kapłanom, drugiej dla rządzących i administracji oraz ogromnego miasta między nimi. Uwielbiam, kiedy mogę wyobrazić sobie jak coś dawniej wyglądało, tak żeby nawet jeśli mam przed sobą tylko kamole, w moich oczach nabrało to wszystko sensu i ożyło.
Myślę, że tam można sobie takie antyczne miasto Moche wyobrazić, czego w żaden sposób nie byłam w stanie zrobić w Sipan. Wydaje mi się z resztą, że w tych moich National Geographic wyczytałam o znacznie mniejszych rozmiarach Sipan, co było też przyczyną nie zauważenia go przez rabusiów. Niestety Huaca del Sol y de la Luna zauważyli i archeolodzy w grobach znaleźli już tylko drewno, glinę i kości. Przysypane piaskiem i gliną ocalały jednak przepięknie zdobione ściany piramid. Zdjęcia nie oddadzą jednak momentu kiedy pojawia się przed Wami oświetlone promieniami słońca gigantyczne dzieło sztuki. Narazie udostępniona do zwiedzania jest tylko Huaca de la Luna, na terenie miasta i Huaca del Sol wciąż trwają wykopaliska. Zwiedzaliśmy z obowiązkowym hiszpańskim przewodnikiem, pomimo wycieczek po francusku i angielsku odpowiednio za 10 i 15 minut, z uwagi na to, że 2/3 naszej grupy było hiszpańskojęzyczne i zostałam przegłosowana ;).
Tego samego dnia miało być national food and drink party, czyli impreza, która ma miejsce podczas prawie każdego międzynarodowego spotkania czy to z IFMSA, czy z „Młodzieży w działaniu”. Przywozimy więc z naszego kraju coś do jedzenia lub gotujemy (ja zawsze zabieram kabanosy, które zwykle są przebojem, również dlatego, że jest ich dużo i świetnie nadają się do zagryzania alkoholu. Niestety w tym przypadku, gdy wszyscy coś ugotowali wyglądały cokolwiek biednie) oraz coś do picia, wiadomo – alkohol. Chociaż podczas pierwszego wyjazdu z „Młodzieży w działaniu”, czyli programu jakby nie było poważnego i unijnego miałam wątpliwości. Rozwiały się nad litrami gruzińskiej chachy. Problem polegał na tym, że zapomniałam przed wyjazdem kupić żubrówkę. Okazało się, jednak że Justyna która była tu miesiąc wcześniej ją znalazła, co dało mi pewną nadzieję. Ja jej nie znalazłam, ale trafiłam na innych reprezentantów naszego kraju. Do domu wracałam więc triumfalnie z Wyborową i sokiem pomarańczowym pod pachą, bo pomyślałam, że
będziemy też pić po polsku – w shotach. Okazało się, że wszystko tak piliśmy, ale sok przydał się, bo nikt nie pomyślał o zakupieniu czegoś na przepitę. Wybierając się na samą imprezę padł na mnie blady strach – Fiorella przeziębiła się i stwierdziła, że nie idzie, a nikt nie znał adresu miejsca, w którym miała być impreza. Ja natomiast będąc tu w zasadzie już dwa tygodnie jeszcze nigdy sama nigdzie wieczorem się nie wybierałam. Przyszedł po mnie jednak znajomy Fiorelli i dobrze się stało, bo inaczej nie wiem czy moja wódka i kabanosy kiedykolwiek, by tam dotarły. Dopiero trzeci taksówkarz odważył się zaryzykować i szukać tego adresu. Kiedy impreza w mieszkaniu miała się już ku końcowi, próbowaliśmy przenieść się do klubu, ale że w późniejszych godzinach trzeba płacić za wstęp, poddaliśmy się. A ja zaliczyłam pierwszy spacer do domu nocną porą. Przeżyłam. Nie szłam oczywiście sama i tu należy się słówko na temat tego jakimi
dżentelmenami są Peruwiańczycy. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Kumpel Fiorelli na przykład obiecał jej, że się mną zaopiekuje, całą imprezę sprawdzał więc czy wszystko w porządku i mówił, że kiedy tylko zechcę, zamówi mi taksówkę i wszystkim się zajmie. Kiedy stwierdziłam, że jednak przejdę się z kimś innym, musiał się upewnić czy zostanę odstawiona pod same drzwi, co też miało miejsce. Kiedy następnego dnia wychodziłam natomiast na „randkę” Fiorella była zdziwiona, że nie kazałam mu po siebie przyjść, tylko umówiłam się w centrum. Takie standardy. Które są jednak dobrym zabezpieczeniem, kiedy weźmiemy pod uwagę jak koszmarnie wszyscy się tutaj spóźniają. Już lepiej siedzieć przed fejsem niż obchodzić po raz dwudziesty plac dookoła (ja wygrzewałam się akurat na ławce z wyciągniętymi nogami wzbudzając pewne zainteresowanie). Spóźnianie się nie jest oczywiście wyrazem złego wychowania, taki styl. Wracając jednak do szarmanckich Peruwiańczyków wielokrotnie też zdarzyło się, że taki właśnie kolega Fiorelli, kiedy jechaliśmy gdzieś w trójkę brał na siebie płacenie za taksę. Przykłady można by pewnie jeszcze mnożyć.
Przed imprezą miała miejsce jeszcze moja osobista tragedia. Od jakiegoś czasu wspominałam, że chciałabym pójść do fryzjera. Nie zdążyłam zrobić tego przed wyjazdem, poza tym przeczytałam lub usłyszałam kiedyś, że pewien przedstawiciel przeciwnej płci (to istotne) podróżując zawsze idzie do fryzjera, bo można tam całkiem nieźle zajrzeć w kulturę, z którą się ma do czynienia. Jednak mężczyznom nie robi to aż tak kolosalnej różnicy myślę. Wybrałyśmy się do znajomej mamy Fiorelii tuż za rogiem. Salon, gdzie poszłyśmy już po zmroku, mieścił się w ciemnej uliczce, w kącie na drugim, prawie pustym piętrze centrum usługowego. Razem z fryzjerką siedziała jej córka i syn, na fotelu zaś kientka. Czekałyśmy chyba z godzinę gadając i czekając aż z nią skończy, chociaż mieszkałyśmy tuż za rogiem. W między czasie mama Fiorelli wyposażyła wszystkich w typową, peruwiańską przekąskę z ziemniaków. Kiedy pani fryzjerka usłyszała, że nie jestem stąd, od razu, bez skrępowania zapytała czy mam chłopaka, podobają mi się Peruwiańczycy i nie chciałabym może jej syna, siedzi o tam.
Okazało się, że w Peru nikt nie słyszał o tak popularnym w Europie farbowaniu do połowy, nikt więc nie dał się zmylić, że moje to nie odrosty. Połowa moich włosów (mimo że powiedziałam, że chcę uciąć tylko troszeczkę) została uznana za zniszczone kołtuny, zebrana na czubków głowy i odcięta w magiczny sposób. Fryzjerka trzmając nożyczki przy garści moich włosów okrążyła mnie kilka razy, przy każdym okrążeniu przycinając trochę bardziej. Na koniec posiedziałam jeszcze w maseczce i ciekawym urządzeniu grzewczym na głowie. Tadam! Wszyscy nagle zamienili się we wstrętnych kłamców, którzy twierdzili, że wyglądam dobrze. Ja natomiast twierdziłam, że to już nawet nie Stevie. To co miałam na głowie po wyjściu z salonu kojarzyło mi się z ekspedientką z mięsnego z lat 70. To nic, że nigdy takiej nie widziałam, Stevie’go też, dlatego przypisałam mu fryzurę wokalistów z Modern Talking, po czym sprawdziłam i okazało się, że Stevie to obecnie dość łysawy przedstawiciel rasy czarnej. Niemniej jednak jestem na wakacjach, nie muszę się niczym przejmować, a podczas podróży możemy uczyć się stopniowo tego, jak przestać brać życie zbyt serio. I fryzury też.
Wracając jednak do mojej „randki” sprawa była dość frapująca. Zamiast wyprawy do Chan Chan i na plażę w Huanchaco, którą zasugerowałam zaproponowano mi czy może nie chciałabym wybrać się na... zakupy. Nie, nie. Nie szłam spotkać się z dziewczyną. Okazało się, że tym razem miałam doradzać prezent dla dziewczyny kumpla, który co prawda studiuje w Trujillo, ale wrócił już do domu w Chachapoyas, które będąc małym miasteczkiem nie ma dobrego zaplecza. Prezent był z okazji 2 miesięcy bycia razem. Od razu nasuwa się pytanie czy tak samo świętuje się miesiąc 3, 4, 5, 9? Swoją drogą bardzo popularne jest tu też dostawanie w prezencie od ukochanego gigantycznych pluszaków, stwierdziłam że wrzucę zdjęcie jednego z rogów mojego pokoju. Po zakupach musieliśmy szybko zawieźć pakunek na busa, który jechał do Chachapoyas. Dzięki temu zobaczyłam, co mają na myśli w i Peru (czyli informacji turystycznej) podając mi, że jest na przykład tylko jedna firma jadąca do Tarapoto. Jedna zaufana. W miejscu, w którym się znaleźliśmy firm obsługujących trasę do Tarapoto było chyba z 5. Już wiecie gdzie szukać tych pijanych kierowców autobusów pędzących po andyjskich serpentynach. Drogami, które w porze deszczowej są nieprzejezdne z uwagi na osuwiska. Czasem zdarzy się, że taki autobus spadnie. A taki wypadek to prawie jak katastrofa lotnicza, której nikt nie przeżywa. W polskich mediach pojawiło się doniesienie o jednej jakiś miesiąc przed momentem kiedy dowiedziałam się, że jadę do Trujillo. Wtedy myślałam, że wybieram się do Arequipy i bardzo się cieszyłam.
Myślę jednak, że gdyby rzeczywiście było tak źle, tutejsza ludności i zapewne hard core’owi podróżnicy nie jeździliby nimi. Na wszelki wypadek pojedziemy jednak z Philipem autobusem poleconym przez i Peru. Będzie można wtedy winić ich, a nie moją głupotę ;).
a tu już na terenie szpitala
Z okazji poniedziałku wracamy jednak do szpitala. Tym razem poszła ze mną Fiorella, w związku z czym zbieranie się trwało ze dwa razy dłużej. Kiedy dotarłyśmy, zapomniałam o dobrym wychowaniu, buziaku na powitanie i pytaniu jak leci, SOR tak zawalony był ludźmi. I w środku i na zewnątrz. Max i Dominik nie potrafili jednak powiedzieć co się stało, sami też nic nie robili. Charli już przecież z nami nie ma. Poszłyśmy więc do dr Caballeros na blok, gdzie operował ranę postrzałową. W momencie kiedy przyszłyśmy kończyli szyć przestrzelony żołądek, kula leżała na tacy, a mi kazali się myć, bo cała operacja trwała jeszcze kolejne 4 godziny. Rany postrzałowe, powiem Wam, to pewien problem. Teoretycznie przy każdej operacji może okazać się coś, czego nie oczekiwaliśmy. Ale tu? Moja ręka nurkowała pod wszystkim na drugą stronę brzucha, przesuwając i przytrzymując co tylko pan miał w środku. Nigdy nie widziałam takiego majtania rękami wśród... wszystkiego. A to dlatego, że kula po żołądku przepołowiła trzustkę i dotarła do śledziony, trzeba je było więc wyeksponować. A potem... usunąć. Moje przerażenie rosło w miarę jak odessany „płyn” wynosił chyba ze 4 litry, a panu nikt nie serwował krwi. Był w normie. Później ktoś stwierdził, że coś może jednak mu przetoczą. W międzyczasie Fiorella z Caroliną robiły zdjęcia dla dra i zrobiły wywiad na innych salach. Na innej sali szyto przestrzelone płuco. Bo to moi drodzy, było starcie dwóch gangów, 2 osoby
Bez tej panienki będzie musiał dalej radzić sobie pacjent
zginęły na stole, a jedna w drodze. Nie wiem czy ktoś jeszcze czekał w kolejce, ale kto wie? Może Ci z SORu byli ich kolegami? Ponoć poza tym zajściem było jeszcze jakieś starcie z policją. Po raz kolejny żałowałam, że nie mówię po hiszpańsku, dlatego męczyłam strasznie Fiorellę, żeby dowiedzieć się gdzie całe zdarzenie miało miejsce, ale nie wiedziała.
Bo w sumie nic nie mając, nie boję się złodziei, tylko broni, maczet i strzałów. „Tylko właśnie próbuję powiedzieć Ci, że każdy złodziej nosi tutaj broń”, powiedziała Fiorella. „Aha” powiedziałam ja. W takim razie, kiedy już się spotkamy mogę im odstąpić o co tylko poproszą.


Przy okazji strzelanin przypomniała mi się anegdotka Charli o tym jak była trzy lata temu w Demokratycznej Republice Konga. Pracowała w szpitalu i uczyła angielskiego. Pewnego razu poszli na koncert i siedzieli przy piwku. Sekundę później wszyscy uciekali i chowali się pod stoły, bo ktoś zaczął strzelać do tłumu.
Jednak nie jest tak, że strzelaniny, czy ataki z bronią na ulicy dzieją się tylko gdzieś daleko. Wszyscy przecież słyszymy o różnych doniesieniach z Europy. Wczoraj wieczorem poznałam nową dziewczynę z wymiany – Annę z Czech. Miałyśmy te same obserwacje na temat panującej w Europie psychozy związanej z tymi niebezpieczeństwami, które czyhają na człowieka w Ameryce Południowej. Fakt, trzeba uważać. Tak jak w Pradze, gdzie jej koleżankę również napadnięto z nożem. I w zasadzie mnie (a raczej całą grupę) w Anglii. Nie wspominając o strzelaninach typu przy tej w 1997 roku w świątyni Hatszepsut w Egipcie (choć niektórzy pewnie Egipt też uznają już za trzeci świat).
Tak czy siak, nie ma się czego obawiać, nasz szpital po prostu zbiera wszystkie wypadki i porachunki z miasta i okolicy, a inne oddziały chirurgii obsługują dzieci, nowotwory i serca. 
Dominik, chłopak z Niemiec, stwierdził dzisiaj jednak, że jego rodzina poinformowała go na początku, że dzielnica koło szpitala jest szczególnie niebezpieczna. A zwłaszcza o tutaj, ta ulica. No, ta którą zwykle wracałam w pełnym zdrowiu do domu. Pytanie – ktoś przesadza czy ja jestem hardcorem?
Dzisiaj w szpitalu biegałam przez 2 godziny szukając, pytając o dr Caballeros i poznając masę ludzi. Pojawiła się bowiem masa peruwiańskich studentów i nowa dziewczyna ze Szkocji. Przemieszczaliśmy się więc gadając z kąta w kąt, aż okazało się, że lekarze strajkują i dlatego nikt nie ma co robić. Poszliśmy w związku z tym na kawę.
Dowiedziałam się też jak skomplikowane może być IFMSA. Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce, w Krakowie mamy zbyt dużo „koordynatorów” – tutaj wręcz ciężko ich ogarnąć, a uważają, że trzeba więcej. Są tu więc 3 uniwersytety kształcące w medycynie, mimo że miasto jest – teoretycznie – małe. Na Uniwersytecie Cesar Vallejo jest APEMH jedna z dwóch organizacji z Peru zrzeszonych w IFMSA. Drugą organizacją jest IFMSA – Peru, mająca swoje Local Committees odpowiednio na uniwersytecie UPAO (prywatnym) i UNT (państwowym). Ludzie się znają, ale dziwnym trafem nie organizują razem spotkań, wyjść itd. Przyjeżdża więc masa ludzi z zagranicy, którzy co pewien czas na siebie wpadają i zastanawiają o co chodzi.

piątek, 12 lipca 2013

Odkrywanie Ameryki



Musicie mi wybaczyć tak długą przerwę. Po prostu albo byłam zbyt zmęczona imprezami, albo nie działo się nic konkretnego co dałoby się opisać. Zgromadziłam za to sporą kolekcję swoich spostrzeżeń i już nawet nie wiem od czego zacząć. W latynoskie klimaty wprowadzi Was Daddy Yankee, a w andyjskie William Luna.
 
przed wejściem do szpitala
Poniedziałek był w zasadzie spokojną rozgrzewką przed resztą tygodnia. W szpitalu jeszcze nie pojawił się nikt nowy, byłam więc przede wszystkim z Charli, która tym razem wpadła na pomysł wypisywania zleceń do kasy. W naszym szpitalu leczy się przede wszystkich biedniejszych ludzi i trudniejsze przypadki, okazuje się, że pozostałe, prywatne szpitale mają się ponoć o wiele lepiej (chociaż nasz blok operacyjny został w zasadzie oddany pół roku temu i sam, zapominając o reszcie szpitala przedstawia się całkiem nieźle). W związku z brakiem funduszy nasz szpital niedobory w igłach, gazach itp. rozwiązuje po prostu wypisując pacjentowi kwitek do kasy (tudzież sklepiku), gdzie może nabyć wszystkie niezbędne do wykonania procedury elementy. Przynosi je w siateczce (częściej robi to jego rodzina) i można zaczynać. Bez pieniędzy wszystko jest niesamowicie opóźnione, a i tak nie dostnie się zbyt wiele. O tym, że najprawdopodobniej nie jest to absolutnym peruwiańskim standardem dowiedziałam się kiedy (dopiero w 4 dniu moich praktyk!) trafił do nas pacjent, który zaczął awanturować się, że przecież zapłacił już za konsultację.  A o tym, że mimo przebywania w szpitalu i obecności lekarzy ofiara wypadku może zostać odstawiona do czekania aż zjawi się rodzina z pieniędzmi dowiedziałam się właśnie w poniedziałek. Kiedy przyszłam akurat przyjęto staruszkę, którą potrącił samochód. Przywiozła ją policja i jakiś rodzaj opieki społecznej. Nie znała numeru do rodziny, jedynie adres (cud, że była przytomna!)sporo czasu zajęło więc jej sprowadzenie. W międzyczasie załatano jej rozpłatany łokieć i ramię z dziurą głęboką na 4 centymetry. Zaklejoną gazą twarz odsłoniliśmy orientacyjnie kiedy już skończyły się nici i można było jedynie czekać. Czekała więc bez słowa skargi z odpadającym nosem i dolną wargą. 
z Charli na bloku
Właśnie takie kwitki zaczęła wypisywać i wręczać pacjentom Charli, podpisując się i podbijając pieczątką losowego lekarza, który akurat nieopacznie zostawił pieczątkę na SORze.
Następnego dnia pojawiły się nowe osoby, które na stałe dołączyły do naszej grupy. W weekend przyjechała Carolina i Lucas z Brazylii, mówiący przede wszystkim po hiszpańsku i portugalsku oraz Max z Austrii. Zjawił się też Dominik, który w Trujillo był już od 3 tygodni i przyjechał na własną rękę, bo na Erasmusie w Hiszpanii poznał chłopaka z Trujillo, który pomógł mu wszystko załatwić.
Był to też mój pierwszy dzień na chirurgii i bardzo go przeżyłam. Rano zjawił się na SORze dr Caballeros stwierdzając, że w zasadzie powinnam podążąć cały czas za nim skoro jest moim tutorem. To naprawdę niesamowite po Francji i Włoszech, gdzie albo nikt do mnie się nie przyznawał, albo pomimo pracy w tym samym laboratorium i mijania się w drzwiach, windzie i przy kawie nawet mi się nie przedstawił. Zaczęłam więc część chirurgiczną. I od razu kazano mi się myć i ubierać, bo będę asystować. W Peru nie ma istniejącej w całej Europie i Stanach funkcji „scrub nurse” czyli pielęgniarki operacyjnej. Okazało się, że mam pełnić tą funkcję. Plus trzymanie haków, choć z hakami radzą sobie na różne sposoby. Problem polegał na tym, że nie dość, że nie pamiętam nazw wszystkich instrumentów po polsku to tym razem polecenia leciały po hiszpańsku. Skończyło się na tym, że wszystko ostatecznie leżało w zasięgu ich ręki na pacjencie. 

Czekajcie, czekajcie!
Jeśli homoseksualizm jest tabu, co oznacza środkowa flaga?
Ale nikt nie okazał swojej irytacji, lekarka miała tylko nieco chmurne spojrzenie. Przestraszyłam też nieco moją zatroskaną rodzinę, która czekała na mnie z obiadem i wydzwaniała do mnie. A ja, jak zwykle, miałam wyłączony głos i plątałam się po mieście zakładając, że jak zwykle odgrzeję sobie później. Wchodzę, a przy stole chyba z 9 osób – wszystkie 3 siostry, brat mamy, znajomi. Ci sami, których spotkałam poprzedniego dnia wieczorem. Te obiady i gościnność jest tutaj niesamowita. Naprawdę codziennie kogoś mamy, a kiedy pojawiły się wyniki egzaminu z chirurgii i okazało się, że zdał mieszkający sam znajomy Fiorelli, który myślał, że po raz kolejny uwalił też zaproszono go na obiad, żeby to świętować. Minusem obiadów w moim domu (bo ponoć reszta Peruwiańczyków wcale tak nie je) jest to, że to jedyny i podstawowy posiłek dziennie, który jest tak wielki, że pomimo ciągłego machania sztućcami daję mu radę dopiero po godzinie. 

Umarłam jednak kiedy szłyśmy na imprezę i żeby posilić się przed nią postawiono przede mną młodszego brata tego co jadłam raptem 4 godziny wcześniej. Niestety musiałam oprotestować go i zadowoliłam się kanapkami, choć nie lubię marnowania jedzenia. Po prostu nie mogłam, a to uczucie, którego myślałam, że nigdy nie doświadczę. Siedzę, patrzę i nie mogę. Na podstawie obiadów i tego co słyszałam wyszłam z założenia, że spożycie mięsa w Peru na osobę konkuruje ze Stanami. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że pomimo zwyczajów, jest coś co może ograniczać sporą część Peruwiańczyków – pieniądze. Dzięki temu znalazłam ciekawy artykuł, do którego można wejść przez zamieszczoną mapę. 

Dobre serce przejawia się jednak nie tylko w przypadku gości, których z resztą traktuje się tu nieco inaczej. U nas, kiedy już kogoś zaprosimy, siedzimy z nim cały czas, planujemy co damy mu do jedzenia i przywiązujemy do całego wydarzenia sporo uwagi. Do Fiorelli wpadają co chwila znajomi i zawsze siedzi z nimi w głównym pokoju nie przejmując się znikaniem na 15 minut w celu na przykład wzięcia prysznica, kiedy gość zostaje sam przed telewizorem albo z jej mamą. 
Wracając jednak do dobroci, byłam naprawdę pod wrażeniem, gdy szalona 27-letnia siostra Fiorelii (mająca 8-letnią córeczkę, z którą wciąż mieszka u mamy) wróciła ze szkoły ze swoją córką (Malu) i jeszcze jedną dziewczynką. Okazało się, że to zaniedbywane przez rodziców dziecko z sąsiedzctwa, które Joanna wzięła żeby umyć i ogarnąć. Ubrała ją w ciuchy małej Malu, która nie protestowała i wydawała się rozumieć sytaucję. Nie oczekiwałabym tego od zbyt wielu polskich dzieci, choć w zasadzie słyszałam o równie pozytywnych przypadkach u nas. 

Plaza de Armas za dnia...
W Peru odkryłam nowy, nieznany mi wcześniej problem. Problem transportowy. W Krakowie, mimo mieszkania w centrum, a w zasadzie przez to, spędzam na maszerowaniu w różne miejsca około godziny dziennie. Tutaj dystans 500 metrów to już daleko, ten kawałek trzeba więc podjeżdżać taksą. W związku z tym, mimo że taksówki są niesamowicie tanie, jesteś w stanie wydać dziennie ze 20 zł na taksówki. Jest to jednak dobre na tak krótki okres czasu jak tydzień, kiedy poznajesz miasto i kulturę. Dzięki temu można przeżyć niesamowitą przygodę polegającą na wypadzie z dziewczętami do oddalonego 10 minut marszu centrum handlowego taksówką. Po prostu Uptown Girls. Nic to, że wyprawa była po skarpetki. Aby oddać sprawiedliwość całemu procederowi należy dodać, że rzeczywiście w nocy wozi się taksami w celu ochrony przed grabieżą. Nocą akurat, jak już wspomniałam, może to być obawa uzasadniona. 
...i w nocy
Wyprawa do centrum handlowego była wstępem do mojego pierwszego wyjścia. Najpierw w 6 dziewczyn udałyśmy się na karaoke, gdzie z uwagi na wczesną porę byłyśmy jedynymi klientkami. W pośpiechu wertowałyśmy grubą, hiszpańską i znacznie chudszą, angielską książkę z dostępnymi hitami, ponieważ kelner bezlitośnie ranił nasze uszy. Śpiewał, bo to co działo się w knajpie, miało swoje nagłośnienie wychodzące na ulicę i zwracające uwagę „O – tu jest karaoke”. Nie potrafił jednak śpiewać. Z karaoke udałyśmy się na piwo, a ja (nie przewidując tego co wydarzy się w kolejne dni) obawiałam się, że wracamy o 1:00, kiedy muszę rano stawić się w szpitalu. Usłyszałam też piosenkę bardzo popularnego chilijskiego zespołu z lat 80. „Los Prisioneros” o wdzięcznym tytule „Sexo”. Zaintrygowana tytułem, nie rozumiejąc absolutnie słów wyszukałam je i ku swojemu zdziwieniu stwierdziłam, że są krytyką seksu jako dźwigni handlu i idiotów, którzy na to idą. Tu można posłuchać.
W środę nie miałam już wielkiego szczęścia jeśli chodzi o szpital, bo skończyło się jedynie na obserwowaniu. Tym razem z dr Caballeros operował dr Lynn wstawiając swoich studentów na asystę. Po paru godzinach tej amerykańsko-chirurgicznej gatki (przepraszam, ale nie wiem czy można wymyśleć bardziej nadętą postać niż amerykańskiego chirurga, który kiedyś pracował na Harvardzie) myślałam, że nie wytrzymam. Doceniam jednak uniwersalność przekonań chirurgów z całego świata, którzy są jednogłośni w kwestii niekopetentnych półgłówków z gastroenterologii i swojej wspaniałości. Oczywiście nie wszyscy są tacy i tu ukłon w stronę naprawdę sympatycznych i skromnych Peruwiańczyków, którzy sami wpychają obcych studentów na operację. Dr Lynn natomiast, kiedy następnego dnia byłam asystą, bo jego studentka zemdlała, mówił na temat przypadku, który operujemy zwracając się do mnie plecami, a na moje pytania odpowiadał mówiąc delikatnie zdawkowo. Bo przecież nie będzie strzępił języka na jakąś obcą z Polski. Nie po to tu jest.
Co gorsza w środę przed imprezą wszyscy nieopatrznie wpakowaliśmy się na jego wykład o chirurgii laparoskopowej i układu pokarmowego. W zasadzie od początku wiadomo było, że będzie to katastrofa, gdyż nawet na plakacie było napisane po prostu „chirurgia laparoskopowa”. I nic więcej (poza pełnionymi przez doktora funkcjami). On sam nie wiedział o czym chcą żeby mówił. Nie zna też hiszpańskiego, choć myśli że zna. Połowę wykładu, mimo stojącej dzielnie u jego boku studentki 2 roku (znającej hiszpański, ale niekoniecznie dział medycyny o którym on mówił), przedukał więc w Spanglishu, którego nie rozumieli ani Peruwiańczycy, ani ja. Całą imprezę uratowały rozdawane między rzędami kawa i mini kanapeczki :D. A jakie wygodne mają fotele na sali wykładowej!
Wchodząc na wykład każdy musiał złożyć podpis i podać swoje imiona i nazwiska. Wyglądałabym przy nich wszystkich (z dwoma nazwiskami, jedno po matce, drugie po ojcu) tak ubogo, że podpisałam się tym co mam, czyli dwoma imionami. Muszę pomyśleć nad pisaniem trzeciego następnym razem.
Jedna z moich ulubionych mozaik

Środa była też dniem mojego wielkiego bulwersu, kiedy dopadła mnie chwila zwątpienia co do tego czy kiedykolwiek uda mi się zrozumieć „Południe”. Obawy te nachodzą mnie w zasadzie od mojego wolontariatu we Włoszech 4 lata temu. Czasem nie potrafię po prostu zrozumieć ich toku rozumowania, niektórych wniosków i założeń. W środę na przykład szukaliśmy się przez 15 minut w tym samym miejscu. Najpierw moi towarzysze spóźnili się (normalnie też bym to zrobiła, ale to był wykład), później nie potrafili mnie znaleźć. Cały czas czekałam przed wejściem na teren uniwersytetu. Głównym, przy av. America Sur. Przy tej ulicy nie ma innego. Słyszałam nawet w słuchawce te same odgłosy klaksonów, ale dalej twierdzili, że na pewno nie mam pojęcia gdzie jestem i się zgubiłam. 15 minut. Okazało się, że nie pofatygowali się o przejście bezpośrednio pod bramę, stali więc po przeciwnej stronie ulicy, bardzo ruchliwej ulicy. Mogli więc widzieć bramę, ale nie ludzi przed nią. Zauważyłam ich ja. Byliśmy spóźnieni, ale to nie stanowiło ponoć problemu, bo na Południu zawsze zaczyna się z poślizgiem. Wykłady też? Nawet rzeczy które chcesz jak najszybciej skończyć? 
tu jedna z dziwniejszych
 Myślałam, że po przeszkoleniu z Włoch jestem już w zasadzie zupełnie odporna na płynność czasu. Dwie godziny czekania w zwarciu i pełnej gotowości do wyjścia na imprezę zakończone informacją, że chyba nie idziemy, bo nikt się nie odzywa uświadomiły mi jednak jak wiele wciąż dzieli mnie od buddyjskich mnichów. Wkurzyłam się, powiedziałam Fiorelli co o tym wszystkim myślę, bo uważałam, że od początku nie chciała iść o czym mogła poinformować, kiedy wszyscy jechali na imprezę bezpośrednio z wykładu (później miałam wyrzuty sumienia) i załatwiłam sprawę w ciągu 10 minut. Wystarczyło zadzwonić do osoby, która wiadomo, że zabrała komórkę. Stanęło w zasadzie jednak na tym co mówiła Fiorella. Impreza niby już trwała, ale i tak rozkręciła się dopiero koło północy, nikogo nie obchodził szpital następnego dnia (i też nikt poza mną się w nim nie zjawił). Wyszłyśmy w zasadzie jako ostatnie i dotarłyśmy do domu o 6:30. Wstałam po 2 godzinach snu i zastąpiłam omdlałą Amerykankę na hakach. Zasadniczy postęp w stosunku do mdlenia podczas praktyk pielęgniarskich na pierwszym roku. 
Calle Pizarro

Czwartek był dniem pod znakiem IMPREZY. Ale imprezy w dyskotece, na którą trzeba się porządnie przygotować. Na przykład kupić nową sukienkę (Fiorella zrobiła to już na spokojnie we wtorek). I buty. I kolczyki, sztuczne rzęsy, bransoletki, lakiery. Wszystko nowe. Na każdą imprezę w dyskotece. Ja kupiłam sobie kolczyki, bo jak tu się oprzeć ulicznemu sprzedawcy z biżuterią za 3 soles. W dyskotece zjawiłyśmy się o 23, chociaż spotkanie przed nią umówione było na 22:30. W środku okazało się, że nikogo nie było i tym razem to Fiore była trochę wkurzona na mnie, że wyszłyśmy za wcześnie. Taki południowy timing. Nie wiedzieć czemu stresowałam się całym wyjściem, patrząc na wszystkie te przygotowania i obawiając, że będę w moim stroju znacznie odstawać od reszty towarzystwa. Była na szczęście spora grupa obcokrajowców ubranych w znany mi sposób. Peruwianki były natomiast, podobnie do Fiorelii, w obcisłych kreacjach tuż za pupę i butach z platformą i kilometrowym obcasem, w których marzysz o pampersie, żeby nie musieć chociaż iść do toalety, nie mówiąc o tańczeniu.
Przy całej tej śmiałej stylizacji zwyczaje pozostają dość konserwatywne, jeśli więc prześpisz się z kimś cały rok (bo jesteśmy wśród samych studentów medycyny) dowie się o tym i okrzyknie Cię puszczalską. Zaczynam mieć powoli wrażenie, że panuje w naszym świecie taka ogólna zasada, że (spośród tych które już zjawiają się na imprezie) im bardziej kokieteryjny strój, tym mniejsze szanse na one night stand. Być może się mylę. 
kościół św. Franciszka
Nie wiem w jaki sposób dyskotece się to opłaca, ale do 00:30 cosmopolitan i wódka z sokiem były za darmo. Trzeba było więc uwinąć się z wprawianiem w nastrój co też niezwłocznie uczyniłyśmy. Tym razem spałam 4 godziny, ale sumując dwa ostatnie dni wychodziło 8h/2 doby co sprawiło, że już dzisiaj byłam chodzącym zombie. Kiedy zjawiłam się w szpitalu dziękowałam Bogu, że jest laparoskopia, a ja mogę siedzieć na krzesełku i tępo patrzeć się w ekran. Mój słuch doszedł do siebie dopiero dzisiaj, rano bałam się wręcz, że to już trwałe uszkodzenie – po polskiej imprezie dochodzę do siebie po 15 minutach. Kolejną zabawną sprawą związaną z imprezami tutaj jest donoszenie o nich na facebook’u. Gdziekolwiek nie wyjdziesz, musisz o tym napisać na fejsie, oznaczyć miejsce i wszystkich znajomych. W moim świecie (nie chcę mówić „w Europie” czy „w Polsce”, bo u nas niektórzy też to robią ;)) trend jest inny i zostałam dziś zmuszona do popełnienia zamachu na moim facebookowym image. Taka moja mała tragedia. Fiorella zmusiła mnie, żebym wrzuciła nasze zdjęcie zrobione przed wyjściem na dicho i oznaczyła ją. I oznaczyła też na zdjęciach innej dziewczyny, do których nie ma dostępu. I czemu nie oznaczam siebie?
W miarę odkrywania Trujillo i jeżdżenia autobusami dowiaduję się też więcej na ich temat. Zauważyłam na przykład, że kierowcy siedzą na stelażu poprzeplatanym miękkim drutem, który stanowi prowizoryczne siedzenie. W każdym autobusie, poza kierowcą jest też instytucja nawoływacza, wykrzykującego co 100 metrów kierunek, wpół wychylonego przez ciągle otwarte drzwi. Pomaga też wpakować się co wolniejszym pasażerom wnosząc za nimi siaty i dzieci.
Okazało się niestety, że jest jeden minus zatrzymywania busów machnięciem ręką, co przytrafiło mi się dzisiaj. Tak się składa, że na dwupasmowych ulicach mogą Cię nie zauważyć, kiedy na twojej wysokości akurat wykonują manewr wyprzedzania. I czekaj dalej! 
przed imprezą
Z nowych odkryć, dzisiaj jadłam przysmak podawany od święta – mięso z kozy. Czy to nazywa się kozina? 
Będąc już przy zwierzętach chciałabym powiedzieć słówko o wdziankach psów. To nie jest tak, że moja rodzina jest szalona i dlatego codziennie każda z jamniczek ma inne ubranko. To zjawisko ogólnokrajowe myślę. Nawet sporym psom wyglądającym na bezpańskie zdarza się mieć przykrótką narzutkę.
Godne uwagi są też zagadnienia językowe. Narazie nie doszłam przyczyn tego, dlaczego połowa imion tutaj to Angie, Brenda, John (chociaż ulica JP II nazywa się Juan Pablo II, więc to imię istnieje) itp. pozostaje to jednak faktem.
Dowiedziałam się też, że mojego pierwszego dnia nie podano mi adresu „nazwa dzielnicy, numer kwartału, numer budynku” bez nazwy ulicy (która swoją drogą istnieje), żeby utrudnić mi życie lub dlatego, że ktoś niekoniecznie ma kontakt z rzeczywistością. Jeśli podasz taki adres taksówkarzowi on naprawdę Cię pod niego zawiezie, a kwartały są mniej więcej poopisywane. Wciąż tego jednak nie rozumiem i wolę zostać przy korzystaniu z nazw ulic.
- A co jeśli pies jest płci męskiej?  - Jak to co? Nosi męskie ubranka.

Moim dzisiejszym odkryciem jest natomiast odszyfrowanie nurtującego (i irytującego) mnie od dawna południowoamerykańskiego ”jajajajajajaja”. Ponieważ w IFMSA jest sporo osób stąd, „jaja” często pojawiało się na facebook’u w komentarzach, a dla mnie było jakąś skończenie idiotyczną wstawką. Okazuje się, że oznacza to „haha”. Bo przecież w hiszpańskim „j” wymawiamy jak „h”, a „h” jest nieme. A nikt nie chciałby chyba śmiać się „aaaaa”. Świat nabiera sensu ;).
A jeśli chodzi o miasto? Nie udało mi się niestety dotrzeć do Chan Chan ani Huaca del Sol y de la Luna. Wykonanałam natomiast parę spacerów w drodze ze szpitala, fotografując mur otaczający Uniwersytet w Trujillo i przedstawiający historię Peru oraz - mam wrażenie - dość losowe obrazki. Możecie je zobaczyć powyżej :). Znalazłam też tutejszy deptak – calle Pizarro, gdzie nie ma ruchu drogowego, a kamieniczki przeszły renowację.