Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IFMSA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IFMSA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

Dlaczego nie mogę być panią (tradycyjnego, nepalskiego) domu?

Poranne widoki w Nagarkot, później było nieco lepiej :) 
To będzie już chyba ostatni post z Katmandu i Nepalu, między innymi dlatego, że zwiniemy się stąd nieco szybciej. Tym razem to nie trzęsienie ziemi, ale konflikty społeczne, barykady na drogach i godzina policyjna w regionach przez które mamy jechać do granicy. W większości stanów graniczących z Indiami (Terai) został wprowadzony stan wyjątkowy, po tym jak w ciągu ostatnich kilku dni m.in. w stanie Kailali na zachodzie, w czasie zamieszek spalono żywcem 8 policjantów, gdzie indziej podpalono parę ciężarówek i zaatakowano autobusy. Kailali rząda autonomii i w perspektywie widzi się ponoć jako część Indii, ale wszystko zaczęło się niewinnie od tego, że (nie wiedzieć czemu) Nepalczykom nie podoba się pomysł stworzenia 7 dużych regionów z kilkunastu obecnych. Dla nas te strajki w zasadzie – jako turystów – nic nie oznaczają i jesteśmy absolutnie bezpieczni cokolwiek by się nie działo (jako główne źródło dochodów zgodnego lub podzielonego narodu), ale w związku z tym nie określiłabym Nepalu jako oazy spokoju. Dodam do tego jeszcze to, że w czasie naszego pobytu odbyło się parę strajków pracowników transportu, Katmandu najeżone jest wojskiem i policją, a dziewczyny z SOR przyjmowały 3 postrzelonych gangsterów (w tym jednego śmiertelnie przez policję, co wzburzyło Nepalczyków). Najeżony ochroniarzami jest też szpital i w tym przypadku już nie wiem po co, bo tylko irytują, kiedy nie chcą nikogo przepuścić z jednej części szpitala do drugiej bez przepustki. Z pewnością nie buduje to zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Dobre jest natomiast, że protestują tu też studenci, rzecz u nas dość rzadka, a szkoda. Ci których zobaczyliśmy dzisiaj mieli transparenty tylko po nepalsku, ale innym razem studenci medycyny krzyczeli, że „We are students, not ATMs”. Absolutnie się zgadzam, student nie bankomat i naszą cudowną, bezpłatną edukację będę chwaliła do końca życia (oczywiście ma dużo problemów i wymaga naprawy, ale rozwiązaniem nie są pieniądze studentów). Oczywiście w porównaniu z Indiami, Nepal wciąż jest krainą ciszy i spokoju. 
droga do Nagarkot
Update: Dzisiaj poszliśmy w końcu zapytać o cenę autbusów do Khakarbitty na granicy z Indiami, ale żadnego targowania nie było... Bo ani do Khakarbitty ani do Janakpuru żadne autobusy nie jeżdżą, pod eskortą lub bez. Nie istnieje, poza lotniczym, żaden transport na wschód i rozwiązał się nasz problem czy odwiedzać Janakpur czy nie. Zamiast tego wyjedziemy z Nepalu tak jak przyjechaliśmy i w Gorakhpurze zadecydujemy co robimy dalej – jedziemy do Darjeeling czy do Varanasi.

Update 2 z Varanasi: Kolejnego dnia kiedy poszliśmy zarazerwować bilety do Sonauli okazało się że autobusy do Kakarbitty jeżdżą, ale jest ich mniej, więc niestety nie było już miejsc i pojechaliśmy do Sonauli. I może dobrze się stało, bo dzisiaj od niesłyszących Hiszpanek, które spotkaliśmy ponownie, dowiedzieliśmy się że na tej trasie stały łącznie 24h z innymi autobusami, w trakcie których niezadowoleni mieszkańcy zaczęli podpalać niektóre autobusy, a pasażerowie z ich własnego zaczęli uciekać w popłochu nie bardzo tłumacząc im co się dzieje.

W międzyczasie w ciągu naszego ostatniego tygodnia w Nepalu odwiedziliśmy Nagarkot (słynny z uwagi na widoki roztaczające się stamtąd na Himalaje) i Patan. Do Nagarkotu zebraliśmy się w pośpiechu - planowaliśmy się tam wybrać w sobotę i niedzielę, a musieliśmy wyjechać w piątek, bo Esteve był potrzebny w Katmandu w niedzielę. Wiedząc tylko że powinniśmy jechać przez Bhaktapur, wyszliśmy z domu koło 14. Okazało się że część do Bhaktapuru jest dłuższa niż z niego do Nagarkot (bez 40 minutowego czekania aż zbierze się nam autobus ;)) i koło 17/18 wjeżdżaliśmy już na wzgórza. Naszym problemem było to, że nie mieliśmy zielonego pojęcia gdzie wysiąść, a kilkukilometrowa wieś jaką jest Nagarkot nie pomagała. Byliśmy jednak wytrwali i przekonani, że lepiej jest schodzić, niż wchodzić i tak dotarliśmy do Nagarkot Bus Park, gdzieś w chmurach. O cenach z Chitwan mogliśmy jedynie pomarzyć, chociaż i tak próbowaliśmy je ugrać. Najlepsze co udało nam się jednak załatwić to pokój z dzieloną łazienką (i ciepłą wodą tylko kiedy dwa razy zapytałam pana dlaczego jej nie ma, który dopiero wtedy podłączył nową butlę z gazem do piecyka, którą zaraz po moim prysznicu z nieznanych powodu odłączył) za 500 rupii. Kiedy wracaliśmy z rytualnego chow mein otaczały nas chmury i ciemność. 
deszcze sprawiają problemy...
Z uwagi na pogodę stwierdziliśmy że ustawimy budzik na 5:00 z przyzwoitości (wschód słońca na który właśnie wszyscy się do Nagarkot zjeżdżają, żeby po godzinnym marszu do wieży widokowej podziwiać pierwsze promienie na ośnieżonych szczytach) sprawdzimy jak się chmury mają i pójdziemy z powrotem spać. Ponieważ poszliśmy spać o godzinie mniej więcej podobnej do Pokhary, wstaliśmy ostatecznie o 7:30 i zebraliśmy się do wieży nie oczekując zbyt wiele. Widoki były ładne, przede wszystkim doliny Katmandu, o Himalajach możemy w zasadzie zapomnieć. Człapiąc spotkaliśmy też parę Polaków, którzy za pierwszym razem kiedy ich mijaliśmy, tajniacko przerzucili się na angielski (wyglądam na aż tak typową Polkę ;D?!). Wybraliśmy sobie trasę spokojną, cały czas w zasadzie asfaltem (z jednej strony rozczarowanie, bo co to za trekking, z drugiej dzięki temu 1,5 naszych zadków nie była w błocie, bo Esteve i tak zaliczył glebę w błotku, a ja bezbłotnie). Po drodze musiało nas też oczywiście zlać (łącznie padało tego dnia 3 razy) i popołudniem dotarliśmy do świątyni Changunarayan skąd był bezpośredni autobus (przez Bhaktapur ;)) do Katmandu.
Ulewa 3 razy dziennie nam niestraszna, wiejskim dzieciom i suszącym się kukurydzom też nie
Drepcząc do domu postanowiliśmy zabic głód mięsnymi kąskami przy wiadukcie, które za każdym razem kiedy tamtędy przechodziliśmy sprawiały że ciekła nam ślinka. Były też podejrzanie tanie i ostatecznie okazały się podrobami, miejmy nadzieję z kurczaka, wśród których udało nam się zdiagnozować jedynie wątróbkę.

W niedzielę, kiedy Esteve miał być zajęty (a okazało się że i drużyna i babeczka z PSD zmienili plany nie informując go) oblałam egzamin na tytułową panią tradycyjnego, nepalskiego domu. Bo otóż w takim domu nie używa się pralki (choćby takowa stała na 3 piętrze domu, tak jak to jest w naszym przypadku). W związku z tym pierze się w zimnej wodzie ze studni w rękach własnych lub wynajętych (i to nauczyło nas szacunku do tych 50 Rs za odświeżenie kilograma naszych brudnych skarpet). Ja prałam we własnych i przypuszczam, że choćbym miała Vanish lub inne cuda, nie usunęłabym plam, które jak były tak są. Ale za to pranie pachnie jak nigdy w ciągu ostatniego miesiąca.
Changunarayan
Druga, półdniowa wycieczka do Patanu była naszym ostatnim zabytkiem z listy UNESCO w dolinie Katmandu. Patan jest w zasadzie przedłużeniem Katmandu i szczęśliwą wyspą miliona ambasad, siedzib UN i NGOsów. Poza tym, jako jedyny posiada bezpłatny i ocalały z trzęsienia w dużej części Durbar Square (płaci się za muzea, co jest już bardziej w porządku). Zaczęliśmy od podziwiania nowoczesnego laboratorium diagnostycznego starszego syna naszych gospodarzy, pierwszego laboratorium w Nepalu, które ma certifikat ISO. Dostaliśmy też parę porad dotyczących dalszej podróży i błogosławieństwo na dalszą drogę. Co ciekawe wiele osób w szpitalu, kiedy dzisiaj się żegnałam i mówiłam że jadę do Indii, przestrzegało mnie jak tam niebezpiecznie, że trzeba uwazać, a najlepiej podróżować w towarzystwie kogoś „lokalnego”.
Co kupić wyjeżdżając?
W szpitalu, podczas tygodnia, który spędziłam na pulmonologii (a w zasadzie przy niej, bo jest przecież jeden wielki oddział gdzie neuro leży przy gastro, który leży przy pulmonologii) odkryłam zjawisko jakim jest POChP u niepalących. W Nepalu nikogo to nie dziwi z uwagi na kopcące piecyki, na których gotują matki, żony i kochanki, a kiedy poszperałam POChP okazuje się być 3 zabójcą w skali świata (po zawale i udarze). Sam pobyt w Katmandu, nawet jeśli nie zamierzacie gotować, może być ciężką przeprawą dla kogoś o wrażliwych oskrzelach. Powietrze jest tak zanieczyszczone i pełne pyłów (ponoć po trzęsieniu ziemi), że większość ludzi nosi maseczki, ale kto wie czy cokolwiek one dają. Z innych ciekawych przypadków... myśleliśmy – poza tym jednym przypadkiem kiedy BP poczęstował nas lokalnym trunkiem – że w Indiach i Nepalu za bardzo się nie pije. My nie pijemy, alkohol drogi, więc nawet go nie spróbowaliśmy... no ogólnie myśleliśmy że piciu nic nie sprzyja. A tu proszę. Endokrynologia jest kopalnią alkoholików, którzy nabawili się cukrzycy (tu cukrzyca to endokrynologia, więc siłą rzeczy nawet tarczyca jest przemiłą odmianą). Jeden pacjent przyznał się nawet, że daje radę 3 butelkom bimbru dziennie, jesli dobrze zrozumiałam.
Patan
Nie tylko przypadki chwytają w szpitalu za serce. Jest to pierwszy szpital, w którym widzę całe rodziny, często z małymi dziećmi, które przebyły setki kilometrów i długie godziny drogi, koczujące na podłodze korytarzy. Mają karimaty, koce, rozkładane na noc, zwijane na dzień, tam jedzą, ładują komórki, piorą ubrania swoje i chorych, jednym słowem czekają i żyją. W tej sytuacji myślę, że cudownie się dzieje, że w Prokocimiu wybudowano pierwszy dom Ronalda McDonald’a dla rodziców chorych dzieci, ale byłoby cudowniej, gdyby zauważono że Ci ludzie są biedniejsi i przebyli dłuższą drogę. Do tego za wszystko muszą płacić. Co prawda są to psie pieniądze w porównaniu z wyceną łóżek w polskich szpitalach, czy nawet tutejszych prywatnych, ale dla biednych rolników nawet 250 rupii za dzień może być wyzwaniem. A to za samo łóżko, nie licząc diagnostyki i leków. Na szczęście w każdej części szpitala są 2 czy 3 darmowe łóżka, w których wpłaca się tylko minimalną kaucję a badania są darmowe, ale żeby się na nie załapać trzeba naprawdę nie mieć nic.
Patan, Durbar Square
W ostatnim tygodniu praktyk trafiłam też prawdziwej przychodni, nie zakamuflowanego jako „poradnictwo” punktu kontroli i wydawania leków antyretrowirusowych. Prawdziwa przychodnia to dopiero próba dla nerwów. Po pierwsze przyjmują tam tylko i wyłącznie lekarze w trakcie specjalizacji. Specjalizacji z medycyny. W Nepalu pierwsze 3 lata po studiach polegają na ogólnej medycznej lub chirurgicznej specjalizacji. W związku z tym w skład „medycyny” (interna) wchodzi nawet neurologia, a między oddziałami rotuje się mniej więcej co 2-3 miesiące. Nie uwłaczając lekarzom w trakcie specjalizacji, podczas wizyty w szpitalu w Katmandu zdarza się , że nie potrafią zreferować przypadku (nie żebym ja była mistrzem, ale przecież wciąż mam czas ;)). Sami jednak muszą analizować przypadki w przychodni, ustalać leczenie i diagnostykę od pierwszego roku. Są otoczeni przez wszystkich pacjentów czekających w kolejce z rodzinami, bo zamiast czekać na zewnątrz, wszyscy, razem z zabłąkanymi jednostkami, stoją okręgiem dookoła biurka przy którym będą za pół godziny przyjmowani. Aktualny pacjent musi się więc spowiadać przy wszystkich, nawet jeśli są to problemy z zajściem w ciążę lub skierowanie z poradni psychiatrycznej. Badanie natomiast ogranicza się do pulsu i ciśnienia. Kiedy siedziałam udo w udo z lekarzem z lewej i pacjentem z prawej i jeszcze miałam sprawdzić puls na stopach to dopiero było wyzwanie. 


W całym szpitalu trochę śmierdzi też typowym szowinistycznym podziałem na mężczyzn lekarzy i kobiety pielęgniarki (wołane sister, w związku z czym każdą kobietę w fartuchu, również mnie, tytułuje się sister, co musi mocno irytować lekarki). Wśród 22 osobowej grupy z którą uczęszczam na zajęcia są tylko 3 dziewczyny, nie licząc mnie. Wydaje się więc że lekarki starają się różnymi sposobami podkreślić swoją odrębność (tak mi się wydaje ale może też wynikać to z tego, że po prostu pochodzą z bardziej postępowych rodzin). Salowe i pielęgniarki na przykład noszą sari, ale żadnej z lekarek nie uświadczy się w niczym innym niż kurcie, albo zwykej bluzce i dżinsach. Pielęgniarki, jak większość hinduskich kobiet, noszą też bindi świadczące o opiece mężczyzny – ojca lub męża. Nie ma go za to żadna ze studentek czy pań doktor.

Przy okazji praktyk w Katmandu uczę się też na temat innych krajów, przede wszystkim Malediwów. Poza wiedzą z wikipedii dowiedziałam się na przykład, że można tam studiować wszystko...poza medycyną. Zainteresowani zostaniem lekarzem muszą więc studiować zagranicą, w czym czasem pomagają rządowe stypendia. Mój kolega z oddziału studiował na przykład w Egipcie (musiał nauczyć się arabskiego), po czym udał się na specjalizację do Nepalu (w Egipcie ciężko zdać egzaminy specjalizacyjne). Stypendia rządowe mają tam (podobnie do Nepalu) ten minus, że między studiami i specjalizacją trzeba wrócić i odrobić pańszczyznę w zabitej deskami wiosce (która na Malediwach musi być całkiem przyjemna i nigdy nie dalej niż 100 metrów od rajskiej plaży;)).
W ciągu ostatnich dni uświadomiliśmy sobie też że Katmandu żyje nocą (przede wszystkim piątkową). Ale nie tylko tak jak widzieliśmy wracając o północy z Chitwan, choć wtedy też nas to zaskoczyło. Otóż są w Katmandu prawdziwe imprezownie z których zdjęcia, jak na Jamajce (bo jak dotąd tylko stamtąd słyszałam podobne doniesienia) są zamieszczanie w oficjalnej gazecie Kathmandu Post. I nie trzeba być gwiazdą lub wkręcić się na VIP party. Po prostu trzeba być w klubie. Żałowałam bardzo że my nie byliśmy, bo przecież nie zawsze dostaje się szansę bycia w gazecie.
Goodbye (a bit polluted) Kathmandu!
To by było na tyle z Katmandu. Piszę to już tydzień (ponad?) po naszym wyjeździe z niego, w podobnym Sikkimie. Pisanie w ruchu nie jest prostą rzeczą. Na pożegnanie z Katmandu powiem jeszcze, że dzięki niemu odkryliśmy że giełdy papierów wartościowych są w wielu krajach – w Nepalu też. Ostatnią rewelacją, zostawioną na koniec przez przypadek jest to, że zimna wojna trwa dalej. Nie tyko NGOsy i działy UN marzą o podbiciu Katmandu – Rosja i Stany Zjednoczone też. W związku z tym uzbrojone są w najlepsze działki w Katmandu – obydwa kraje mają po dwa ogromne, otoczone wojskiem, murem i drutem kolczastym tereny, z czego jeden znajduje się dokładnie naprzeciwko dawnego pałacu królewskiego (i nie wiadomo co tam się dzieje, bo o wizę ubiega się gdzie indziej).

czwartek, 6 sierpnia 2015

Pierwsze dni w Katmandu

W Katmandu nasze życie zwolniło. Dookoła wciąż można usłyszeć jazgot klaksonów, ciężko przejść przez ulicę, a samochód zatrzymujący się żeby przepuścić nas przez przejście dla pieszych nawet kiedy jesteśmy na środku jezdni jest niebywałym zjawiskiem, ale życie (i ludzie) i tak wydaje się spokojniejsze. 
jedna ze stup w Katmandu
Pierwszego dnia ograniczyliśmy się do wizyty w szpitalu w celach zapoznawczych – my, bo był ze mną też Esteve, któremu przemili Nepalczycy zaraz zaczęli szukać możliwości odbycia wolontariatu (z różnym skutkiem, ale kto wie czy nie wyląduje jako trener dodatkowy najlepszego nepalskiego klubu piłkarskiego... dzisiaj z nimi grał!). Okazało się, jak zwykle, że w szpitalu nie tylko nie ma oddziału chorób tropikalnych na który mnie przyjęto, ale i oddziału chorób zakaźnych, bo w Nepalu nie ma takiej specjalności. Zakazy (razem z neurologią zresztą!) są więc podpięte pod choroby wewnętrzne. Kiedy czekałam na wszystkie papiery i akceptacje w towarzystwie pana z sekretariatu zaczęliśmy standardową pogawędkę, podczas której powiedziałam, że moja jedyna siostra wyszła niecały miesiąc temu za mąż. „Miała aranżowane małżeństwo, tak?” trochę mnie zaskoczyło. Pana z kolei zaskoczyła i chyba ucieszyła wieść, że w Polsce nad „arranged” króluje „love marriage”. Tu zwykle jest odwrotnie i albo małżeństwo aranżuje się młodym, albo (jak w przypadku naszego hosta z Jaisalmeru) już na etapie kiedy dzieci mają... 4 latka. Ciekawie musi się żyć 20 parę lat ze świadomością, że twój mąż/żona już tam gdzieś jest, dawno dla Ciebie wybrany...
Małpeczki w Swayambhu
W okolicy szpitala znajduje się parę knajpek, z których jedną postanowiliśmy wypróbować. Esteve zamówił colę, a ja brzmiący kusząco specjał ”fresh lemon soda”. Po 5 minutach na stół wjechał śmierdziący zgniłymi jajami specyfik, z bąbelkami ale i unoszącymi się między nimi kawałkami czegoś czarnego. W smaku było słone i przy odrobinie dobrych chęci zgniłe jaja znikały, ale cytryny nie dało się doszukać. Zapytaliśmy co to. „Fresh lemon soda”, a czarne to czarna sól. Stwierdziliśmy, że jednak następnym razem postawimy na sprite’a.

Po szpitalu wybraliśmy się na nieudane poszukiwanie pralni, podczas którego Nepalczycy prowadzili nas w coraz to węższe i węższe, błotniste uliczki, wskutek czego niespodziewanie zakręciliśmy pętlę i po 3 godzinach wylądowaliśmy koło domu. Po drodze odkryliśmy że tybetańskie pierożki momo, w odpowiednio ubogiej scenerii, mogą kosztować nawet 60 rupii (czyli jakieś 2 zł). 

Drogi w Katmandu mnie przerastają, drugiego dnia wracając ze szpitala weszłam w nieodpowiednią uliczkę i jako zmokła kura (akurat zaczęło padać) dotarłam do domu po godzinie (na szczęście mieszkamy przy dość charakterystycznym bloku). Dzięki bogu mam Esteve i od wczoraj mapę, z czym czuję się znacznie pewniej. 
Swayambu
Plan dnia w naszej rodzinie jest bliski naturze, czyli chodzi się spać i budzi z kurami. Nie byłoby w tym nic złego – po 21 kiedy wszyscy śpią jesteśmy cichutko - gdyby nie pompa na podwórku pod naszym oknem idąca w ruch równo o 5 rano. Jej eksploatacja trwa koło 10 minut po czym możliwa jest drzemka na około 40 minut kiedy zaczyna się krzątanie w domu, a my możemy już tylko obracać się z boku na bok. W Nepalu jest też inny, księżycowo-słoneczny kalendarz „Bikram Samvat”, według którego jest dzisiaj 21.04.2072, tak więc pozdrawiamy z przyszłości:P.
We wtorek w szpitalu poznałam osławionego dr Andrew, specjalistę chorób zakaźnych ze Stanów, pracującego od dwóch lat ot tak w Katmandu na wolontariacie. Miałam być pod jego opieką całą wymianę, ale akurat zatrudnił się w prywatnym szpitalu i przychodzi do uniwersyteckiego tylko 2 dni w tygodniu. Przyjechał do Nepalu zaraz po specjalizacji (podczas której był też w Indiach i Afryce), nie zdążył więc na szczęście zostać „amerykańskim profesorem” i standardowym bubkiem jak profesor z Florydy, którego spotkałam w Trujillo, ale i tak czuć amerykański klimat. Pomagają mu w tym nepalscy lekarze, który traktują go jako najwyższy poziom referencyjności.
Kiedy rozumiem co się dzieje, szpital jest fascynujący, bo nie dość że i on jest referencyjny (dla całego kraju), to zdarzają się przypadki tak zaawansowane, że w Polsce byłoby ciężko je spotkać. Po części jest to pewnie spowodowane tym, że chociaż w kraju przeważają ugrupowania komunistyczne nie istnieją tu ubezpieczenia zdrowotne ani publiczna służba zdrowia. Za wszystko trzeba płacić w kasie. Szczęście w nieszczęściu, ze względu na zdrowie publiczne, mają dotknięci AIDS i gruźlicą których będę oglądać najwięcej, a którym przysługują standardowe leki z rządowych programów. Pozostałe albo się kupuje za normalną cenę rynkową (nie mówiąc o badaniach i pobycie w szpitalu) albo liczy, że akurat szpital ma i może coś dać.

widok na stupę Bouddanath
Dzisiaj dowiedziałam się, że nawet w Nepalu są dobrze ubrani, wręczający szeleszczące prezenty przedstawiciele firm farmaceutycznych - napadli na nas kiedy szliśmy korytarzem. Dr Andrew powiedział mi, że w Nepalu dostaje się pieniążki za wszystkie uprzejmości - firmy przez kontakty w aptekach wiedzą co kto przepisuje i mogą odpowiednio nagradzać, a kilka miesięcy temu była afera z udziałem lekarzy uniwersyteckiego SORu którzy wyłapywali co bogatszych pacjentów i kierowali ich do zaprzyjaźnionych prywatnych klinik. Wywiązała nam się rozmowa na temat tego, że wszelkie kontakty przedstawicieli firm z lekarzami powinny być zabronione, jak to ma ponoć miejsce w Stanach (Stany w oczach dr Andrew to taki prawy i dobry kraj). Zgodziłam się z nim z całego serca w moim fartuchu z wyszytą reklamą Risperidonu. Ale tak serio - naprawdę uważam że to jest kierunek w którym powinniśmy zmierzać.  
Bouddhanath
Z dobrych wieści, dowiedziałam się od dra, że jeśli zamiast Australii lub Stanów (fuj!) marzy Wam się po studiach lub specjalizacji bardziej egzotyczny kierunek albo niesienie pomocy światu, to nie będziecie potrzebować nostryfikacji, egzaminów itd. - w Nepalu uważają wasz dyplom za ważny (więc może w pozostałych ciekawych krajach też) i trzeba jedynie przebrnąć przez całą biurokrację.

W zasadzie chciałam coś napisać o przypadkach jakie widziałam tylko we wtorek (wczoraj i dzisiaj niewiele zobaczyłam, bo byłam ze studentami mówiącymi po nepalsku), ale może tylko tak wspomnę. W zasadzie kręcąc się po miejscach w których spędzamy większość czasu nie widać wielu zniszczeń wskutek trzęsienia ziemi. Trochę domów runęło i albo usunięto zgliszcza, albo powoli są odbudowywane, na innych widoczne są pęknięcia, ale w zdecydowanej większości da się mieszkać i tymczasowych namiotów, dziś, ponad 3 miesiące od katastrofy nie widać zbyt wiele. Poza tym domy są tutaj o wiele pożądniejsze i ładniejsze niż te, które widzieliśmy w Indiach, ale może jest to kwestia tego, że jesteśmy w stolicy. Niemniej jednak chodziło o pacjentkę, która po trzęsieniu trafiła do szpitala z urazem głowy razem z tysiącami innych osób. Była w szpitalu trochę za długo i przy rutynowej wizycie ktoś dowiedział się że nawet przed trzęsieniem bolała ją głowa. Zaczęła się diagnostyka w trakcie której pacjentka straciła wzrok i okazało się, że ma kryptokokowe zapalenie mózgu w przebiegu nowo wykrytego AIDS. W ogóle pacjenci – nosiciele HIV są ponoć w kraju mocno napiętnowani, tak że u większości wykrywany jest na etapie AIDS z powikłaniami, a kolejna pacjentka (z CIN3) postanowiła nie poddawać się żadnym zabiegom bojąc się reakcji ginekologów, którzy pacjentki z AIDS po prostu odsyłają.
Wczoraj przeżyłam kolejne, medyczne zaskoczenie. Studia trwają tu 5,5 roku (po których przez 2 lata obowiązkowo pracuje się w oddalonej od cywilizacji wiosce, gdzie nikt nie chce pracować) i ostatni rok spędza się na zasadach podobnych do naszego stażu. Zorientowałam się, że podczas porannej „odprawy” Ci stażyści, po dyżurach nie referują przyjęć, a...zgony. Wszystko referowane jest po angielsku.

Z uwagi na to, że nasza poprzednia wyprawa zakończyła się fiaskiem, we wtorek wybraliśmy się z naszym praniem w odwrotnym kierunku – w stronę turystycznego Thamel, gdzie wiedzieliśmy że już na 100% można prać. Nie są to jednak pralnie samoobsługowe, tylko punkty które za 50 rupii za kilogram przyjmują nasze śmierdzące skarpety, zabierają w nieznane miejsce i za 24 godziny oddają nieco mniej śmierdzące. Ok, nasze powiedzmy ni to pachną, ni to śmierdzą. W ciągu tych dwóch dni odkrywaliśmy Thamel, stanowiący zaplecze dla wszystkich dzielnych turystów uderzających w góry. To co się tam sprzedaje dużo mówi o tych podróżnikach. Poza wyposażeniem niezbędnym w górach (śpiwory, namioty, kurtki) i pamiątkami jest to chyba największe skupisko sklepów z drogimi, dobrej jakości rzeczami hippie jakie kiedykolwiek widziałam. Te wszystkie sklepy które we Francji sprzedają gacie pozwalające za 60 euro wystylizować się na hipisa zaopatrują się najpewniej w tych samych miejscach. Poza tym są tam niespotykane ilości pierdółek z filcu, cale sklepy z filcu! Nie mówię, masa rzeczy nam się tam podoba, ale jakoś z indyjską tandetą czuliśmy się bardziej autentycznie (no i była znacznie tańsza). Tutaj można kupić nawet djembe... bo czemu nie!
Wczoraj odwiedziliśmy też Swayambhu – świątynię małp – olbrzymią buddyjską stupę, znajdującą się z paroma innymi zabytkami w dolinie Kathmandu na liście UNESCO. Znajduje się na wzgórzu, do którego od strony Thamel prowadzą 350 bardzo strome schody (ale nie liczyliśmy).
Dzisiaj dotarliśmy do kolejnego zabytku znajdującego się na liście UNESCO, będącego kolejną, jeszcze większą stupą - Bouddhanath. Co ciekawe wikitravel twierdzi, że w obu miejscach płaci się za wstęp, ale wczoraj nawet nie widzieliśmy okienka biletowego, a dziś na plac ze stupą prowadziło kilka uliczek, z których tylko niektóre były przegrodzone kasą. Nie mieliśmy złych intencji, nawet nie zauważyliśmy, kiedy weszliśmy na plac. Cała okolica jest usiana buddyjskimi klasztorami ukrytymi między domami, a ze znajdującego się na przeciwko stupy roztacza się ładny widok na cały plac.

Thamel
Stopniowo zacieśniamy też więzi z naszą rodziną, Babu przestał się nas wstydzić i zamiast tego zaczął skakać po naszym łóżku, a BP poczęstował nas dzisiaj nepalską brandy z jabłek z regionu Mustang (chociaż początkowo zaproponował alkohol tylko Esteve ;)). 

niedziela, 2 sierpnia 2015

Dotarliśmy do Nepalu

Sonauli, granica  od strony indyjskiej
Po 40 godzinach drogi. Ale wiecie, to nie taka droga jak do Trujillo, w klimatyzowanych lotniskach i samolotach. Samolotem droga zajęłaby nam zaledwie godzinę (za jedyne 3 razy więcej rupii kupując z jednym dniem wyprzedzenia wiec warto się jednak zastanowić nad drogą powietrzną, następnym razem :p). Tymczasem nasza droga pociągiem do Gorakhpur (13 godzin na dolnej pryczy ogólnej, wcale nie tak złej klasy sleeper, ze specyficzną hinduską rodziną, które zamieniło się w 16 godzin), autobusem do granicy w Sonauli (3 godziny zwieńczone próbą przejścia przez bitą drogę, która dzięki monsunowi zmieniła się w marzenie każdego prosiaczka), pieszo przez granicę zgadując gdzie też między sklepami przycupnął punkt odprawy paszportowej (mieszkańcy Indii i Nepalu nie muszą
nasza straż graniczna
pokazywać żadnych dokumentów więc jest to dość podrzędny budynek), po drodze, jeśli chodzi o mnie, w całej rozpaczliwej świadomości, że przez zarwany most i nepalskie drogi (tysiące serpentyn, a jechaliśmy nocą z kierowcą o ułańskiej fantazji, ale to już standard!) jednak nie dotrzemy w czasie bliskim 24 h, zaliczając, jak zwykle, mistrzowski upadek na śliskiej od błota i glonów ziemi przy pompie (mają tu w Nepalu super publiczne pompy!), ostatecznie lądując w autobusie, którym po 14 godzinach jazdy niczym na jachcie w sztormowej pogodzie dotarliśmy do celu. Katmandu.

 
Welcome to Nepal!
w tym pięknym domeczku dostaje się wizę
Nepalska granica nieco nas zaskoczyła (w zasadzie cały kompleks, który ma być jednym z największych przejść granicznych między krajami, ale przypomina bardziej targowisko niż stereotypową granicę). Zaskoczyło nas jednak to (może powinniśmy w Polsce więcej doczytać) że płatność za wizę akceptowana jest tylko i wyłącznie w dolarach. Żadnych euro, rupii indyjskich czy nawet własnych – nepalskich. Jak można się domyślić nie dysponowaliśmy tą walutą (ani prawie żaden z granicznych kantorów), a tam gdzie w końcu udało nam się wymienić, okazało się że są miejsca gdzie dolar stoi wyżej od euro i zdarto z nas kasę okrutnie.
 Kiedy jednak na odcinku między Pokharą a Katmandu wzeszło słońce można było zapomnieć o wszystkim, za oknem pokazały się takie cuda. Tropikalny las, tarasowe uprawy ryżu i woda z monsunu pędząca do rzeki wodospadami większymi niż większość które dotąd widziałam.

 Od samej granicy dało się zauważyć masę różnic między Nepalem, a Indiami (najprzyjemniejszy był asfalt na drodze, ale ogólnie jednak chyba Indiom bardziej należy się order za posiadanie autostrad z więcej niż jednym pasem w jedną stronę :p). Drastycznie zmieniły się rysy twarzy – w Nepalu przeważają chińsko-azjatyckie, ale stroje pozostały dość podobne (może trochę mniej sari), religia też – myślałam że większość społeczeństwa wyznaje buddyzm z uwagi na to, że tu się zaczął, ale okazuje się że jednak 80% to hinduiści (jak na przyklad nasza rodzina, która akurat kiedy przyjechaliśmy modliła się w kole za zmarłą matkę pana domu – każdy z obojga zmarłych rodziców ma przeznaczony dla siebie jeden dzień modlitwy w roku, kiedy rodzina zbiera się w domu najstarszego syna).
Różnicą która rzuciła nam się od razu w oczy były puste ulice – widok niespotykany w małym indyjskim miasteczku koło 18:00. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, ale ten ścisk naprawdę przeszkadza w Indiach i nawet nieświadomie może doprowadzać do skrajnej irytacji. Bez tłumów nawet oddycha się lepiej :p. Oczywiście wjeżdżając do Katmandu stanęliśmy w 1,5-godzinnym korku, tak żeby nie było za dobrze. Ale w zasadzie podróżując w tej części świata ćwiczy się intensywnie cierpliwość i tolerancję dla opóźnień, tak żeby 280 km w 9 godzin (lub więcej) podczas przejazdu przez góry nikogo nie dziwiło. Nasz przejazd był jeszcze dluższy z uwagi na zerwany (chyba przez rwącą rzekę) most na głównej drodze z granicy do Katmandu. Ze względu na tą okoliczność nie obowiązują przeprosiny ze strony przewoźnika, jak pewnie by było w Europie, tylko dopłata za dłuższy przejazd. W sumie jest w tym sens, bo nie jest to niczyja wina, a za benzynę ktoś musi zapłacić.
W Indiach oczekiwaliśmy muzyki, dużo muzyki. Miało jej być dużo, ludzie mieli tańczyć na ulicach (i nie jest to wiedza czerpana z Bollywood tylko z opowiadań tych którzy w Indiach byli), a ostatecznie nie było jej prawie wcale. Kontroler z nepalskiego autokaru nadrobił te zaległości puszczając lokalne kawałki przy maksymalnej głośności przez całą noc, stwierdzając najwyraźniej że wyłaczone światła nam wystarczą, a muzyka tylko nas utuli do snu.
 
Mając już przestudiowane docieranie do miast na couchsurfingu i odszukiwanie hosta, układaliśmy w głowach co zrobimy gdy będziemy na miejscu. Ale nie musieliśmy robic nic – Shankar, koordynator wymian z IFMSA, czekał na nas na dworcu na podstawie mojego mglistego smsa że wyjeżdżamy z granicy o 21:00 i powinniśmy być rano. Jak dobrze być w domu z dala od domu.
Z Shankarem i szalem, który dostaliśmy w prezencie, ja czerwony, a Esteve niebieski
Wbrew temu co dzieje w IFMSA na całym świecie (zabronione jest zabieranie na wymianę kogokolwiek z rodziny), już wcześniej ustaliliśmy że nie ma najmniejszego problemu, żeby Esteve mieszkał ze mną u naszej nepalskiej rodziny (która nieprzerwanie jest etatową host family od kilku(nastu) lat, kiedy w IFMSA był starszy syn, który teraz już skończył specjalizację z patomorfologii). Rodzina składa się z dziadków (póki co najdłużej gadaliśmy z BP, nie takim znowu dziadkiem, który jest emerytowanym urzędnikiem), młodszego syna z żoną i 2,5-latka (który narazie się nas za bardzo wstydził). Jest też pies – kolejna różnica z Indiami, gdzie żeby mieć psa (w sensie uważać psa za pupila, bo jedyne, które w Indiach widzieliśmy były cudne ale absolutnie wolne, wygłodzone i bezpańskie) trzeba chyba być bajecznie bogatym.

Całe popołudnie w zasadzie przespaliśmy, więc już więcej o Nepalu póki co nie napiszę :) A Indie postaram się nadrobić wkrótce - rodzina chodzi spać o 21 a do pracy chodzi się na 9/10, więc jest sporo czasu na pisanie.

sobota, 10 stycznia 2015

Plany, plany!

Taki post nietypowy, bo jeszcze mnie tam nie ma... i przez 7 kolejnych miesięcy wciąż nie będzie. Po drodze jeszcze pomieszkam w Hiszpanii, ale tak się cieszę, że muszę się tym podzielić z całym światem.
(pożyczone do sierpnia z wikitravel)
 Nie jestem wielką miłośniczką gór (i nawet Dolina Pięciu Stawów to wciąż -niestety!- coś co tylko widziałam na zdjęciach), ani tym bardziej himalaistką (i dodatkowo utwierdzają mnie w przekonaniu o tym, że nigdy nią nie będę informacje o kolejnych zwiezionych z górskich okolic ciałach), jednak jakoś tak wypada, że zawsze ląduje w cieniu tych najwyższych. Byłam więc w okolicach Aconcaguy, w okolicach Mount Blanc, a teraz... czas na Himalaje! Dostałam się na ostatnie w życiu praktyki z IFMSA w Nepalu :).

A co najlepsze, nie jadę sama. Jedzie nas dwójka i będzie pięknie!

środa, 12 marca 2014

Trochę mniej francuskiego...

Dawno nie pisałam i bardzo mi wstyd, bo wszystko ucieka. Na szczęście mam dobre wytłumaczenie w postaci powrotu do Polski i związanego z tym sporego, organizacyjnego zamieszania. 
Chciałabym też w tym krótkim wstępie podziękować moim brazylijskim czytelnikom. Nie wiem skąd się wzięliście, ale cieszę się że jesteście. Odrobina egzotyki :D.


Medina w Tunisie
Droga do Tunezji nie należała do najdłuższych, ale trzeba niestety przyznać, że lotnisko de Gaulla nie należy też do najwygodniejszych do spania. Przynajmniej nie terminal w którym spałam z kilkudziesiącioma innymi osobami. Na szczęście kilkanaście godzin po wyruszeniu z Bordeaux dotarłam, razem ze spotkanymi na lotnisku w Rzymie Julką i Robertem, do Tunisu.  Jechaliśmy na kolejnego GA, czyli międzynarodowe spotkanie IFMSA :).
Całe wydarzenie odbywało się w kompleksie hotelowym z taką mnogością uliczek, pseudo-suków i restauracji, że wiele osób gubiło się w tym całym galimatiasie myśląc, że zdążyli „wyjść w miasto” podczas gdy wciąż krążyli po hotelu. Znajdował się na południowych przedmieściach Hammametu.
Medina w Sousse
Wyjazd w marcu do kraju tak turystycznego jak Tunezja pozwala na spojrzenie na niego poza sezonem, kiedy poza miejscami w których naprawdę żyją ludzie jest dość smutno i brzydko. Wychodzi cała sztuczność tekturowego Las Vegas zbudowanego jedynie dla turystów. I tym właśnie było nasze Yasmine Hammamet.
Natomiast Tunis, w pierwszym kontakcie, wydał się całkiem interesującym miejscem. W zasadzie tylko przez niego przejechałam, ale cóż to była za jazda! Zabrałam się jedną taksówką z Julką i Robertem, po czym wysadzając ich na placu 14 stycznia 2011, pomknęłam z taksówkarzem dalej podążając za wskazówkami Mariem, która przed wyjazdem poradziła mi jak samodzielnie dotrzeć do Yasmine Hammamet. Po drodze taksówkarz nie tylko namówił mnie na jazdę busikiem (louage) zamiast autobusem, ale praktycznie mnie do niego wsadził. I to wszystko mimo niedotrzymania obietnicy, którą przez przypadek mu złożyłam myląc waluty, że zamiast 10 dinarów dostanie 10 euro (co bardzo go ucieszyło, a ja nie wiedziałam czemu).

Busik przemknął autostradami  wśród zaskakująco zielonych krajobrazów do Hammametu. Okazuje się, że w czasach kiedy obszar dzisiejszej Tunezji należał do Imperium Rzymskiego, był jednym z głównych ośrodków rolnictwa zaopatrujących całe państwo. Kiedy wysiadałam z busa pod opieką pewnej pary zauważył mnie chłopak z grupy organizacyjnej GA (widać nie szczególnie wpisywałam się w ogólny klimat, mimo że starałam się mówić po francusku). Razem z nim skierowałam się już do hotelu i tak, bezboleśnie, przebiegła moja pierwsza samotna podróż w kraju arabskim.
Dachy mediny w Sousse
O GA w zasadzie nigdy nie mam za wiele do pisania, bo cieżko wciąż pisać, że jest miło, są imprezy, poznaje się ludzi, je obiady i kolacje. Podczas pobytu wybrałam się na parę przechadzek po okolicy, ale o tej porze roku całość sprawia tak smutne wrażenie, a w morzu tak bardzo nie można się kąpać, że nie wiem skąd biorą się w tych kurortach Ci nieliczni, pozasezonowi wczasowicze.
W jeden z dni w których zajęć było nieco mniej, wybrałam się z Moniką z którą dzieliłyśmy sesje i pokój, do Sousse. Zaczęłyśmy od wielkiej przeprawy w Barakat al Sahel w poszukiwaniu trampek dla mojej towarzyszki, której ktoś przypadkowo poradził, że spokojnie da sobie radę chodząc przez cały tydzień, dzień w dzień, godzina w godzinę, w butach na obcasie. Po trzech dniach wymiękła, uważajcie więc ;). Zakupy były całkiem przyjemne, sprzedawcy bardzo rozmowni, a jeden z nich opowiedział mi nawet o kanale koranicznym, który akurat był ustawiony. Przez 24h na dobę przuszczają w nim czytaną i pisaną w trzech językach (arabskim, angielskim i francuskim) modlitwę.
Odpowiednio wyposażone znalazłyśmy busa i mijając liczne bociany, które z pewnością przygotowywały się do lotu do Polski po 1,5 godzinie dotarłyśmy na bliżej nieokreślony dworzec autobusowy w Sousse. Z odsieczą przyszła nam jednak przemiła dziewczyna z autobusu, która stwierdziła, że i tak wybiera się do centrum taksówką i możemy się z nią zabrać. Żegnając się nie pozwoliła nam  nawet zapłacić za przejazd i życzyła miłego zwiedzania.
Mimo, że wciąż było dość zimno, pogoda była piękna. W Bordeaux od tygodni nie widziałam tak czystego i błękitnego nieba. Zaczęłyśmy się kręcić po starej medinie Sousse, która znajduje się na liście UNESCO. Przeszłyśmy koło ribatu (czyli wg wikipedii wojskowego klasztoru muzułmańskiego), kręciłyśmy się po bazarach. Podziwiałyśmy specjalne, weselne kosze na hennę, które panowie wręczają swoim przyszłym żonom i próbowałyśmy jedzenia. Czasu nie było wiele, a i pogoda zaczęła się stopniowo psuć tak, że zaczął przeganiać nas deszcz i zaczęłyśmy się zbierać do powrotu. Niestety okazało się, że złapanie taksówki w centrum Sousse w godzinach szczytu jest chyba trudniejsze niż w NYC. Wymaga też wielu nieczystych zagrań w celu wyprzedzenia innych chętnych w drodze do zatrzymującej się taksówki. A kiedy już taki pan się zatrzyma i zauważy, że nietutejsze zaproponuje Ci cenę z dwukrotnym przebiciem. Czekałyśmy więc sporo czasu na pojawienie się jakiegoś poczciwca, który zechciałby nas zabrać, ale czekanie się opłaciło. Tym razem kulturalnie kupiłyśmy bilety na busika w specjalnej kasie i wyruszyłyśmy z powrotem. Na miejscu czekała już na nas cała reszta delegacji IFMSA-Poland, która tego dnia dojechała...

Habiba z kociskiem
Ostatniego dnia natomiast, kiedy naprawdę zaczynała się moja krótka, tunezyjska przygoda, obudziłam się wciąż nie mając pojęcia gdzie będę tej nocy spać. Nocleg załatwiała mi Mariem, ale wciąż milczała. Pojawił się też inny problem w postaci kilogramów rzeczy, które odnalazłam budząc się w opustoszałym apartamencie – wszyscy zbierali się na lotnisko w niesamowitym chaosie i pośpiechu. Były więc 3 gigantyczne worki jedzenia i picia wszelkiej maści zwędzonego przez kumpla poprzedniej nocy z wieczorku międzynarodowego. Między nimi moździerz, flagi i masa polskich krówek. Dorzućmy jeszcze zapomniane elementy garderoby i wszystko razem, parę dni później (wraz z dokonanymi w Tunisie zakupami) sprawiło, że musiałam dokupić kolejny bagaż na trasie z Rzymu do Polski.
Zaczął padać monsunowy deszcz – skąd ja to znam? – i w takiej aurze zbieraliśmy się z Egipcjanami do Tunisu. Po drodze zrobiło się ładniej, zdobyłam numer telefonu do mojej gospodyni w Tunisie i świat zaczynał robić się bardziej przyjazny.
Panorama mediny w Tunisie

Malek przyjechała po mnie razem z kuzynką i bratem. Mówiła świetnym angielskim i była bardzo oryginalna. Możnaby wręcz powiedzieć, że w swoich powyciąganych, starannie dobranych na targowisku z second-handem swetrach i krótkich, modnie osrzyżonych włosach była wręcz hipsterska. No, na Tunis na pewno.
Rym, jej kuzynka z Konstantyny w Algierii była z kolei bardzo miłą, „normalną” dziewczyną uzależnioną od facebooka i ukierunkowanych na niego zdjęć. Była akurat u swojej tunezyjskiej rodziny na tygodniowym urlopie. Dowiedziałam się od niej, że o ile w latach 90. wyprawa do Algierii mogła stanowić pewne ryzyko, o tyle jeśli teraz zachowam odpowiednie środki ostrożności nic szczególnego nie powinno mi się przytrafić. A przecież Algieria marzy mi się od tak dawna!
w medresie
Małomówny, starszy brat Malek był równie „normalnym” chłopakiem odbywającym staż po pierwszym stopniu studiów architektonicznych i poszukującym szans dalszego rozwoju we Francji, gdzie studia kończyli też jego rodzice.
Piszę „normalni”, bo na tym normalność w tej rodzinie się kończyła. Był jeszcze najstarszy brat – rezydent endokrynologii – w którego dawnym pokoju przyszło mi mieszkać. Ściany i podłoga pełne były napisów i rysunków, niekiedy dość psychodelicznych. Był – jak siostra – oryginalny, przekonany o swojej racji, poza tym lekko rasta i mocno zakochany w klimatycznych knajpkach i sztuce ulicznej.
W skład rodziny wchodzili oczywiście również mama i tata, których też przyszło mi poznać. Tata, do którego należał gigantyczny dom po dziadkach w samym centrum Tunisu przy wzgórzu z Kasbą, był torakochirurgiem. Mama natomiast, wykazując o wiele bardziej niespokojnego ducha, zaczęła karierę od dziennikarstwa by, przechodząc przez stanowisko specjalistki od HR w rodzinnej firmie, skończyć jako rzeźbiarka. Swoje prace wystawiała z przyjaciółką we własnym przydomowym atelier, a także lokalnych galeriach. Specjalnością, za którą dostała nagrody, były wszelkiego rodzaju rzeźby ryb. I trzeba było przyznać, że niektóre pomysły były całkiem niezłe. Sprawiała wrażenie kobiety o silnym, władczym charakterze, a ja – poza szacunkiem – czułam przy niej lekkie przerażenie i zakłopotanie swoją głupotą jaką zdawała się mi przypisywać. Kazała mi się jednak czuć jak w domu i – biorąc pod uwagę, że był to dom dostatni i w zasadzie przytulny – tak też się czułam. Ale odzywałam się przede wszystkim do Malek i Rym.
W zasadzie powiedzenie, że trzypiętrowy dom ze sporym ogrodem, z którego z łatwością można zrobić 3 niezłe mieszkania jest przytulny może się wydać dziwne, choć to prawda. Jego ogrom mogłam zobaczyć schodząc na mini wycieczkę do atelier. Była to w zasadzie stara rezydencja w całości przeobrażona (przynajmniej wewnątrz) przez mamę Malek. Wszystko zostało wyłożone tradycyjnymi płytkami naśladując tradycyjne, stare tunezyjskie domy. Tak samo urządzono salon, a w łazience z rzymską mozaiką na podłodze woda docelowo miała lać się z paszczy lwa. Wśród tego wszystkiego można było znaleźć dzieła mamy Malek i prace innych artystów, między innymi nietypowe wazony o kształtach Wenus z Willendorfu i awangardowe grafiki. I żeby nie było, wszystko to było naprawdę ładne.
Brama mediny w Tunisie
Wkrótce po przyjeździe wybraliśmy się początkowym składem na kawę, lądując w bardzo eleganckiej, bardzo europejskiej kawiarni „Cosmitto” nad tuniskim jeziorem. Cała dzielnica z promenadą sprawia wrażenie bardzo drogiej i szykownej, a ceny – również jak ze Starbuck’sa. Na tym i jedzeniu pysznych, domowych specjałów na kolację niestety skończył się ten pierwszy dzień. Byłam zbyt zmęczona tygodniem spotkania na szczycie, gdzie zajmowano się największymi wyzwaniami. Nic to, że spora część z ponad tysiąca jego uczestników nie zaprzątała sobie głowy jego rangą i przyjechała na imprezę. Być może zawsze tak jest na podobnych spotkaniach, na obradach parlamentu europejskiego również. O tym przekonam się już wkrótce.
Tajine
Ale wróćmy do jedzenia w moim tunezyjskim domu. Było ono, nie tylko w domu, cudowne. Tego dnia rodzice Malek przynieśli z imprezy zaręczynowej danie z tajine, różniącym się znacznie od znanego mi tajine
z Maroka. Ten jest w zasadzie czymś między tartą, a omletem. Kolejnego dnia w domu skosztowałam klopsików w sosie pomidorowym cudnie doprawionym miętą i domowego majonezu. Nigdy nie jedząc majonezu zajadałam się nim nabierając go po prostu bagietką (też pyszną, zdecydowanie lepszą niż francuskie). Sam fakt, że o tym piszę jest już wystarczającą pochwałą, bo przecież zwykle nie rozwodzę się nad jedzeniem. Dopełnieniem szczęścia była lemoniada – w Tunezji, tak jak we Włoszech czy południowej Francji był akurat sezon na cytryny. W związku z tym najprawdziwsza lemoniada była obecna w domu i na ulicach – za jedyne 300 milimów, czyli około 60 groszy.
Lemoniada :)
Kolejnego dnia obudziłam się i nie znalazłam w domu nikogo poza Habibą. Poprzedniego dnia zostałam ostrzeżona przez Malek, że kolejnego dnia z pewnością się spotkamy i żebym uważała, bo Habiba to najważniejsza osoba w domu. Wiekowo pomiędzy starszą siostrą i ciotką. Przychodząca pomagać w ogólnym ogarnianiu domu, tak jak w Trujillo przychodziła Maria. W rodzinie od 30 lat. Chętnie bym z nią pogadała. Gdybyśmy tylko miały choć jeden wspólny język. Habiba była reprezentantką tej - sporej - części tunezyjskiego społeczeństwa, która – mając do tego przecież absolutne prawo – mówiła jedynie po tunezyjsku, który jest lokalną wersją arabskiego. A ja jadąc do Tunezji łudziłam się, że kraj w którym francuski figuruje jako język urzędowy, mówi po francusku. Świat jest jednak bardziej przewrotny i Habiba była tylko pierwszą z wielu osób, z którymi nie do końca potrafiłam się dogadać. Ba! Nie wychodziło mi nawet dogadywanie się na migi, mimo że w Peru szło to całkiem nieźle. Ustaliłyśmy jednak, że chcę śniadanie, a Habiba opowiadała później wszystkim domownikom jaka jestem śmieszna, bo nie można się ze mną dogadać.
Wybrałam się na zwiedzanie miasta. Ponieważ znajdowaliśmy się bardzo blisko Kasby, była ona pierwszym miejscem do którego się wybrałam, mijając po drodze ministerstwo spraw religijnych, czy ludzi protestujących wesołą piosenką przed którymś ministerstwem. Protest nie wyglądał w żadnym wypadku groźnie. Zdecydowanie groźniej prezentowały się druty kolczaste i zasieki odgradzające wszelkie przestrzenie przed „delikatnymi” ministerstwami i urzędami, gdzie potencjalnie możnaby chcieć przeciwko czemuś protestować. Nieco mniej groźnie prezentowała się policja - chłopcy (i dziewczęta) wyglądali dość przyjaźnie. Czemu zatem przed wyjazdem sprzedaż dinara tunezyjskiego w Bordeaux była zawieszona z uwagi na niestabilność kraju? Naprawdę była, nie żartuję. Skłoniło mnie to wtedy do refleksji nad tym co zastanę na miejscu.
Druty kolczaste na Avenue Habib Bourgiba
Tuż obok ministerstw zaczynała medina i suki, na których bez przerwy się gubiłam. Po pewnym czasie (3 dniach) udawało mi się już jednak znaleźć niektóre miejsca, których szukałam i podążać wyznaczonym szlakiem. Poza tym wydaje się, że w medinie trzeba się zgubić, dać sobie czas i zabłądzić. Jest naprawdę piękna.
Pani domu w pracowni
W każdej chwili można kogoś zapytać o drogę lub też – jak wydarzyło się dwa razy w moim przypadku – zgarną Cię samozwańczy „freelance guides”, starsi panowie którzy twierdzą że ich intencją jest pokazanie Ci miasta, a nie zgarnięcie pieniędzy. No, ale skoro już zobaczyłaś te cuda, to może masz ochotę dać coś dla jego dzieci? Malek i Oussema, z którymi później się spotkałam trochę mnie zgromili za to że dałam się  tak zrobić w konia, bo przecież wszystko wiadomo od początku.
Mlawi grzeje się dla mnie w ulicznej knajpce
Z drugiej strony Ci panowie rzeczywiście dobrze znają medinę mieszkając w niej od urodzenia, czemu więc nie zobaczyć za drobnego pieniążka tego, co mają do pokazania? Zwłaszcza, że glówna atrakcja – panorama na dachu jednego ze sklepów z dywanami jest na tyle trudna do znalezienia, że wymaga kogoś ogarniętego. Poza panoramą jest tam też coś jeszcze – historia według której sklep był tak naprawdę pałacem niejakiego beya. W środku w ramach ekspozycji można było rzeczywiście oglądać jego łoże (w którym sypiał z 4 żonami) i stroje. Poza tym portrety wszystkich bey’ów. Ale kim oni byli? Tu przyda się kilka słów o tym co działo się z Tunezją w średniowieczu i trochę później.

Miejsce imperium rzymskiego na terenach Tunezji zajęli dość szybko Arabowie. Tunezja przestała być dalekim krańcem państwa czy jego spichlerzem. Stworzono Kirouan (pierwsze muzułmańskie miasto Północnej Afryki) w którym do dziś można znaleźć najstarszy minaret na świecie. Poźniej Tunezja przechodziła z rąk do rąk, na zmianę rządzili nią władcy z Europy i kręgu arabskiego – to Fatymidzi z Egiptu, to Normanowie z Sycylii (dla których Tunezja, zresztą jak dla wszystkich, którzy „posiadali” Sycylię była kluczem do kontroli ruchu morskiego między tymi dwoma kawałkami lądu).W międzyczasie Imperium Osmańskie wyrosło na taką potęgę, że podeszło aż do Tunezji, którą podbiło, a ze względu na wielkość Imperium musiało mianować namiestnika. Po pewnym czasie namiestnik, pan, czyli właśnie „bey” miał już dziedziczną władzę w Tunezji, która cieszyła się w ramach Imperium Osmańskiego częściową autonomią. Czyli "bey" był w zasadzie królem.

wtorek, 16 lipca 2013

Coś się kończy, coś się zaczyna


To jeszcze nie całkiem koniec mojego pobytu w Trujillo, ale w zasadzie za tydzień wrócę tutaj tylko zabrać rzeczy i pożegnać się ze wszystkimi, kto wie na jak długo. Z częścią na zawsze i będę to wrażenie miała po raz pierwszy od kiedy byłam mała, kolonie nad polskim morzem wydawały się na końcu świata, a koleżanki mieszkające w Gliwicach oddalone o lata świetlne. Tu naprawdę jestem na końcu świata i zostawię za sobą osoby, które nigdy na przykład nie wyjeżdżały z Peru. A co ciekawe już przez te dwa tygodnie dość mocno się do tego miejsca i ludzi przywiązałam.
Wszystko dlatego, że za parę godzin, tym samym samolotem co ja dwa tygodnie temu, przyleci mój towarzysz na kolejne dwa tygodnie w Peru o wdzięcznym nazwisku Capone. Ten sam, który zgarnął nas z Robertem o 2 w nocy z jednego z nowojorskich MacDonald’sów (o czym można przeczytać tu). Jego przyjazd do Peru zacznie się z prawdziwym przytupem, gdyż podjedzie z walizkami prosto pod Chan Chan, gdzie wybieramy się z ludźmi z wymiany, a o 22:00 wpakujemy się już do autobusu w stronę miasta Cajamarca.
Ai apaec, najwyższy bóg kultury Moche
Kiedy pakowałam się i ogarniałam pokój przed wyjazdem przypomniała mi się sytuacja z metra w Budapeszcie, kiedy próbowałam kupić bilet na tramwaj. Byłam dość roztargniona, forinty są dziwne, nie zdziwiło mnie więc, że jedna z monet wygląda zupełnie inaczej niż reszta. Zauważył to jednak chłopak w kasie i zaczął jej się przyglądać. Pomyślałam „o nie, zacznie się pewnie o coś czepiać”. On natomiast zapytał z jakiego to kraju i czy może zatrzymać, bo kolekcjonuje pieniądze. Wzięłam monetę do ręki i stwierdziłam, że przez przypadek w tą podróż chciał zabrać się ze mną kawałek Bułgarii. Został jednak w dobrych węgierskich rękach.
widok z Huaca de la Luna na Huaca del Sol i "miasto" między nimi

Idealnie zachowany główny ołtarz
Wracając jednak do Trujillo, miniony weekend postanowiłam spędzić w domu. Częściowo dlatego, że zaplanowaliśmy food and drink party, częściowo ponieważ nie udało mi się w ciągu tygodnia odwiedzić dwóch antycznych miast Moche i Chimu, które są w okolicy. W sobotę, po śniadaniu które polegało na wygrzebywaniu łyżeczką miękkiego avocado, układaniu go na kanapce i soleniu (pyszne i szybkie, spróbujcie ;)!) razem z Fiorellą i jej znajomym wybraliśmy się do Huaca del Sol y de la Luna.  Tym razem zawieźliśmy się taksówką, bo przy 3 osobach ten odcinek akurat wychodził prawie tyle co busik. Tak jak w pozostałych miejscach było tam muzeum w kształcie piramidy, od którego podchodziło się do właściwej huaca. Huaca w języku Quechua (który wciąż jest językiem ludności zamieszkującej Andy) oznacza świątynię. Cały kompleks składał się więc z 2 „świątyń”, jednej poświęconej obrzędom i kapłanom, drugiej dla rządzących i administracji oraz ogromnego miasta między nimi. Uwielbiam, kiedy mogę wyobrazić sobie jak coś dawniej wyglądało, tak żeby nawet jeśli mam przed sobą tylko kamole, w moich oczach nabrało to wszystko sensu i ożyło.
Myślę, że tam można sobie takie antyczne miasto Moche wyobrazić, czego w żaden sposób nie byłam w stanie zrobić w Sipan. Wydaje mi się z resztą, że w tych moich National Geographic wyczytałam o znacznie mniejszych rozmiarach Sipan, co było też przyczyną nie zauważenia go przez rabusiów. Niestety Huaca del Sol y de la Luna zauważyli i archeolodzy w grobach znaleźli już tylko drewno, glinę i kości. Przysypane piaskiem i gliną ocalały jednak przepięknie zdobione ściany piramid. Zdjęcia nie oddadzą jednak momentu kiedy pojawia się przed Wami oświetlone promieniami słońca gigantyczne dzieło sztuki. Narazie udostępniona do zwiedzania jest tylko Huaca de la Luna, na terenie miasta i Huaca del Sol wciąż trwają wykopaliska. Zwiedzaliśmy z obowiązkowym hiszpańskim przewodnikiem, pomimo wycieczek po francusku i angielsku odpowiednio za 10 i 15 minut, z uwagi na to, że 2/3 naszej grupy było hiszpańskojęzyczne i zostałam przegłosowana ;).
Tego samego dnia miało być national food and drink party, czyli impreza, która ma miejsce podczas prawie każdego międzynarodowego spotkania czy to z IFMSA, czy z „Młodzieży w działaniu”. Przywozimy więc z naszego kraju coś do jedzenia lub gotujemy (ja zawsze zabieram kabanosy, które zwykle są przebojem, również dlatego, że jest ich dużo i świetnie nadają się do zagryzania alkoholu. Niestety w tym przypadku, gdy wszyscy coś ugotowali wyglądały cokolwiek biednie) oraz coś do picia, wiadomo – alkohol. Chociaż podczas pierwszego wyjazdu z „Młodzieży w działaniu”, czyli programu jakby nie było poważnego i unijnego miałam wątpliwości. Rozwiały się nad litrami gruzińskiej chachy. Problem polegał na tym, że zapomniałam przed wyjazdem kupić żubrówkę. Okazało się, jednak że Justyna która była tu miesiąc wcześniej ją znalazła, co dało mi pewną nadzieję. Ja jej nie znalazłam, ale trafiłam na innych reprezentantów naszego kraju. Do domu wracałam więc triumfalnie z Wyborową i sokiem pomarańczowym pod pachą, bo pomyślałam, że
będziemy też pić po polsku – w shotach. Okazało się, że wszystko tak piliśmy, ale sok przydał się, bo nikt nie pomyślał o zakupieniu czegoś na przepitę. Wybierając się na samą imprezę padł na mnie blady strach – Fiorella przeziębiła się i stwierdziła, że nie idzie, a nikt nie znał adresu miejsca, w którym miała być impreza. Ja natomiast będąc tu w zasadzie już dwa tygodnie jeszcze nigdy sama nigdzie wieczorem się nie wybierałam. Przyszedł po mnie jednak znajomy Fiorelli i dobrze się stało, bo inaczej nie wiem czy moja wódka i kabanosy kiedykolwiek, by tam dotarły. Dopiero trzeci taksówkarz odważył się zaryzykować i szukać tego adresu. Kiedy impreza w mieszkaniu miała się już ku końcowi, próbowaliśmy przenieść się do klubu, ale że w późniejszych godzinach trzeba płacić za wstęp, poddaliśmy się. A ja zaliczyłam pierwszy spacer do domu nocną porą. Przeżyłam. Nie szłam oczywiście sama i tu należy się słówko na temat tego jakimi
dżentelmenami są Peruwiańczycy. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Kumpel Fiorelli na przykład obiecał jej, że się mną zaopiekuje, całą imprezę sprawdzał więc czy wszystko w porządku i mówił, że kiedy tylko zechcę, zamówi mi taksówkę i wszystkim się zajmie. Kiedy stwierdziłam, że jednak przejdę się z kimś innym, musiał się upewnić czy zostanę odstawiona pod same drzwi, co też miało miejsce. Kiedy następnego dnia wychodziłam natomiast na „randkę” Fiorella była zdziwiona, że nie kazałam mu po siebie przyjść, tylko umówiłam się w centrum. Takie standardy. Które są jednak dobrym zabezpieczeniem, kiedy weźmiemy pod uwagę jak koszmarnie wszyscy się tutaj spóźniają. Już lepiej siedzieć przed fejsem niż obchodzić po raz dwudziesty plac dookoła (ja wygrzewałam się akurat na ławce z wyciągniętymi nogami wzbudzając pewne zainteresowanie). Spóźnianie się nie jest oczywiście wyrazem złego wychowania, taki styl. Wracając jednak do szarmanckich Peruwiańczyków wielokrotnie też zdarzyło się, że taki właśnie kolega Fiorelli, kiedy jechaliśmy gdzieś w trójkę brał na siebie płacenie za taksę. Przykłady można by pewnie jeszcze mnożyć.
Przed imprezą miała miejsce jeszcze moja osobista tragedia. Od jakiegoś czasu wspominałam, że chciałabym pójść do fryzjera. Nie zdążyłam zrobić tego przed wyjazdem, poza tym przeczytałam lub usłyszałam kiedyś, że pewien przedstawiciel przeciwnej płci (to istotne) podróżując zawsze idzie do fryzjera, bo można tam całkiem nieźle zajrzeć w kulturę, z którą się ma do czynienia. Jednak mężczyznom nie robi to aż tak kolosalnej różnicy myślę. Wybrałyśmy się do znajomej mamy Fiorelii tuż za rogiem. Salon, gdzie poszłyśmy już po zmroku, mieścił się w ciemnej uliczce, w kącie na drugim, prawie pustym piętrze centrum usługowego. Razem z fryzjerką siedziała jej córka i syn, na fotelu zaś kientka. Czekałyśmy chyba z godzinę gadając i czekając aż z nią skończy, chociaż mieszkałyśmy tuż za rogiem. W między czasie mama Fiorelli wyposażyła wszystkich w typową, peruwiańską przekąskę z ziemniaków. Kiedy pani fryzjerka usłyszała, że nie jestem stąd, od razu, bez skrępowania zapytała czy mam chłopaka, podobają mi się Peruwiańczycy i nie chciałabym może jej syna, siedzi o tam.
Okazało się, że w Peru nikt nie słyszał o tak popularnym w Europie farbowaniu do połowy, nikt więc nie dał się zmylić, że moje to nie odrosty. Połowa moich włosów (mimo że powiedziałam, że chcę uciąć tylko troszeczkę) została uznana za zniszczone kołtuny, zebrana na czubków głowy i odcięta w magiczny sposób. Fryzjerka trzmając nożyczki przy garści moich włosów okrążyła mnie kilka razy, przy każdym okrążeniu przycinając trochę bardziej. Na koniec posiedziałam jeszcze w maseczce i ciekawym urządzeniu grzewczym na głowie. Tadam! Wszyscy nagle zamienili się we wstrętnych kłamców, którzy twierdzili, że wyglądam dobrze. Ja natomiast twierdziłam, że to już nawet nie Stevie. To co miałam na głowie po wyjściu z salonu kojarzyło mi się z ekspedientką z mięsnego z lat 70. To nic, że nigdy takiej nie widziałam, Stevie’go też, dlatego przypisałam mu fryzurę wokalistów z Modern Talking, po czym sprawdziłam i okazało się, że Stevie to obecnie dość łysawy przedstawiciel rasy czarnej. Niemniej jednak jestem na wakacjach, nie muszę się niczym przejmować, a podczas podróży możemy uczyć się stopniowo tego, jak przestać brać życie zbyt serio. I fryzury też.
Wracając jednak do mojej „randki” sprawa była dość frapująca. Zamiast wyprawy do Chan Chan i na plażę w Huanchaco, którą zasugerowałam zaproponowano mi czy może nie chciałabym wybrać się na... zakupy. Nie, nie. Nie szłam spotkać się z dziewczyną. Okazało się, że tym razem miałam doradzać prezent dla dziewczyny kumpla, który co prawda studiuje w Trujillo, ale wrócił już do domu w Chachapoyas, które będąc małym miasteczkiem nie ma dobrego zaplecza. Prezent był z okazji 2 miesięcy bycia razem. Od razu nasuwa się pytanie czy tak samo świętuje się miesiąc 3, 4, 5, 9? Swoją drogą bardzo popularne jest tu też dostawanie w prezencie od ukochanego gigantycznych pluszaków, stwierdziłam że wrzucę zdjęcie jednego z rogów mojego pokoju. Po zakupach musieliśmy szybko zawieźć pakunek na busa, który jechał do Chachapoyas. Dzięki temu zobaczyłam, co mają na myśli w i Peru (czyli informacji turystycznej) podając mi, że jest na przykład tylko jedna firma jadąca do Tarapoto. Jedna zaufana. W miejscu, w którym się znaleźliśmy firm obsługujących trasę do Tarapoto było chyba z 5. Już wiecie gdzie szukać tych pijanych kierowców autobusów pędzących po andyjskich serpentynach. Drogami, które w porze deszczowej są nieprzejezdne z uwagi na osuwiska. Czasem zdarzy się, że taki autobus spadnie. A taki wypadek to prawie jak katastrofa lotnicza, której nikt nie przeżywa. W polskich mediach pojawiło się doniesienie o jednej jakiś miesiąc przed momentem kiedy dowiedziałam się, że jadę do Trujillo. Wtedy myślałam, że wybieram się do Arequipy i bardzo się cieszyłam.
Myślę jednak, że gdyby rzeczywiście było tak źle, tutejsza ludności i zapewne hard core’owi podróżnicy nie jeździliby nimi. Na wszelki wypadek pojedziemy jednak z Philipem autobusem poleconym przez i Peru. Będzie można wtedy winić ich, a nie moją głupotę ;).
a tu już na terenie szpitala
Z okazji poniedziałku wracamy jednak do szpitala. Tym razem poszła ze mną Fiorella, w związku z czym zbieranie się trwało ze dwa razy dłużej. Kiedy dotarłyśmy, zapomniałam o dobrym wychowaniu, buziaku na powitanie i pytaniu jak leci, SOR tak zawalony był ludźmi. I w środku i na zewnątrz. Max i Dominik nie potrafili jednak powiedzieć co się stało, sami też nic nie robili. Charli już przecież z nami nie ma. Poszłyśmy więc do dr Caballeros na blok, gdzie operował ranę postrzałową. W momencie kiedy przyszłyśmy kończyli szyć przestrzelony żołądek, kula leżała na tacy, a mi kazali się myć, bo cała operacja trwała jeszcze kolejne 4 godziny. Rany postrzałowe, powiem Wam, to pewien problem. Teoretycznie przy każdej operacji może okazać się coś, czego nie oczekiwaliśmy. Ale tu? Moja ręka nurkowała pod wszystkim na drugą stronę brzucha, przesuwając i przytrzymując co tylko pan miał w środku. Nigdy nie widziałam takiego majtania rękami wśród... wszystkiego. A to dlatego, że kula po żołądku przepołowiła trzustkę i dotarła do śledziony, trzeba je było więc wyeksponować. A potem... usunąć. Moje przerażenie rosło w miarę jak odessany „płyn” wynosił chyba ze 4 litry, a panu nikt nie serwował krwi. Był w normie. Później ktoś stwierdził, że coś może jednak mu przetoczą. W międzyczasie Fiorella z Caroliną robiły zdjęcia dla dra i zrobiły wywiad na innych salach. Na innej sali szyto przestrzelone płuco. Bo to moi drodzy, było starcie dwóch gangów, 2 osoby
Bez tej panienki będzie musiał dalej radzić sobie pacjent
zginęły na stole, a jedna w drodze. Nie wiem czy ktoś jeszcze czekał w kolejce, ale kto wie? Może Ci z SORu byli ich kolegami? Ponoć poza tym zajściem było jeszcze jakieś starcie z policją. Po raz kolejny żałowałam, że nie mówię po hiszpańsku, dlatego męczyłam strasznie Fiorellę, żeby dowiedzieć się gdzie całe zdarzenie miało miejsce, ale nie wiedziała.
Bo w sumie nic nie mając, nie boję się złodziei, tylko broni, maczet i strzałów. „Tylko właśnie próbuję powiedzieć Ci, że każdy złodziej nosi tutaj broń”, powiedziała Fiorella. „Aha” powiedziałam ja. W takim razie, kiedy już się spotkamy mogę im odstąpić o co tylko poproszą.


Przy okazji strzelanin przypomniała mi się anegdotka Charli o tym jak była trzy lata temu w Demokratycznej Republice Konga. Pracowała w szpitalu i uczyła angielskiego. Pewnego razu poszli na koncert i siedzieli przy piwku. Sekundę później wszyscy uciekali i chowali się pod stoły, bo ktoś zaczął strzelać do tłumu.
Jednak nie jest tak, że strzelaniny, czy ataki z bronią na ulicy dzieją się tylko gdzieś daleko. Wszyscy przecież słyszymy o różnych doniesieniach z Europy. Wczoraj wieczorem poznałam nową dziewczynę z wymiany – Annę z Czech. Miałyśmy te same obserwacje na temat panującej w Europie psychozy związanej z tymi niebezpieczeństwami, które czyhają na człowieka w Ameryce Południowej. Fakt, trzeba uważać. Tak jak w Pradze, gdzie jej koleżankę również napadnięto z nożem. I w zasadzie mnie (a raczej całą grupę) w Anglii. Nie wspominając o strzelaninach typu przy tej w 1997 roku w świątyni Hatszepsut w Egipcie (choć niektórzy pewnie Egipt też uznają już za trzeci świat).
Tak czy siak, nie ma się czego obawiać, nasz szpital po prostu zbiera wszystkie wypadki i porachunki z miasta i okolicy, a inne oddziały chirurgii obsługują dzieci, nowotwory i serca. 
Dominik, chłopak z Niemiec, stwierdził dzisiaj jednak, że jego rodzina poinformowała go na początku, że dzielnica koło szpitala jest szczególnie niebezpieczna. A zwłaszcza o tutaj, ta ulica. No, ta którą zwykle wracałam w pełnym zdrowiu do domu. Pytanie – ktoś przesadza czy ja jestem hardcorem?
Dzisiaj w szpitalu biegałam przez 2 godziny szukając, pytając o dr Caballeros i poznając masę ludzi. Pojawiła się bowiem masa peruwiańskich studentów i nowa dziewczyna ze Szkocji. Przemieszczaliśmy się więc gadając z kąta w kąt, aż okazało się, że lekarze strajkują i dlatego nikt nie ma co robić. Poszliśmy w związku z tym na kawę.
Dowiedziałam się też jak skomplikowane może być IFMSA. Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce, w Krakowie mamy zbyt dużo „koordynatorów” – tutaj wręcz ciężko ich ogarnąć, a uważają, że trzeba więcej. Są tu więc 3 uniwersytety kształcące w medycynie, mimo że miasto jest – teoretycznie – małe. Na Uniwersytecie Cesar Vallejo jest APEMH jedna z dwóch organizacji z Peru zrzeszonych w IFMSA. Drugą organizacją jest IFMSA – Peru, mająca swoje Local Committees odpowiednio na uniwersytecie UPAO (prywatnym) i UNT (państwowym). Ludzie się znają, ale dziwnym trafem nie organizują razem spotkań, wyjść itd. Przyjeżdża więc masa ludzi z zagranicy, którzy co pewien czas na siebie wpadają i zastanawiają o co chodzi.