czwartek, 19 lipca 2012

Gdzie kąpać się w Gruzji?


tak podróżowaliśmy przez pierwszą godzinę

pojawiają się handlarki (zdjęcie pożyczone)
...czyli pierwsze wrażenia z Kachetii.


Signagi
W pociągu z Kutaisi początkowo panowały niezwykle dogodne warunki - mogliśmy rozłożyć sobie na plastikowych, niewygodnych krzesełkach karimaty i spać przez około godzinę. Później zaczęło się robić coraz tłoczniej i musieliśmy wstać, skończyło się natomiast na zupełnym ścisku, ludziach stojących w przejściu i sprzedawczyniach przeciskających się z chrupkami, flamastrami i chaczapuri między nimi. Przez całą drogę towarzyszył nam przyjazny pan policjant, który chciał też nam za wszystko płacić. Ciężko nam było się z nim pożegnać po dotarciu do Tbilisi (głównie dlatego, że uważał nas za sieroty, które nie dadzą sobie rady w mieście), ale ostatecznie się udało. Po naradach stwierdziliśmy, że kończymy z płatnym transportem i wydostajemy się przy pomocy metra i marszrutki na drogę w stronę Kachetii. Po dotarciu na nią byliśmy wykończeni upałem i problemami z komunikacją (znów nie mogliśmy – jak w Kutaisi - przez pół godziny dowiedzieć się którym numerem powinniśmy jechać), ale za to transport znalazł się nam od razu. Był to transit wiozący do pewnej oddalonej wioski wszelkie zaopatrzenie i zamówienia z miasta. Były więc mielonki, kiełbasy, wentylator i agresywne pudła z olejem. A wśród tego, przycupnięci na worku z mąką, bądź ryżem my i jeszcze jeden Gruzin, który nie zmieścił się z resztą w szoferce. Najbardziej skomplikowanym punktem wyprawy do Signagi było jednak zauważenie skrętu (a właściwie miniaturowego znaku) na jedyny hostel, w którym przyszło nam spać podczas wyprawy. Dokładne wskazówki mieliśmy od Jamiego, który już na nas czekał. Hostel okazał się pięknie położonym, nieco rozwalonym domkiem letniskowym jego znajomych poznanych podczas jego poprzedniej podróży. Po dotarciu poszliśmy z Jamiem do klasztoru Bodbe, gdzie wykąpaliśmy się w przeświętej wodzie o temperaturze 3 stopni i magicznych właściwościach. Skorzystanie z tych przyjemności obwarowane było jednak wieloma wymaganiami, jak choćby to, że wchodzić do wody można było jedynie w specjalnych długich, białych szatach nadających całej sytuacji powagi chrztu. Nawiązaniem miało być pewnie i to, że poza szatą było się dokładnie takim, jakim Pan Bóg człowieka stworzył. Dlatego wchodziło się grupami jednej płci. Szaty kosztowały 10 lari, można było jednak skorzystać z mokrych, używanych na okrągło szat second-hand, z których przed nami skorzystali chłopcy. A przed nimi ktoś jeszcze. I jeszcze ktoś. Wchodziliśmy jednak przecież wszyscy i tak do tej samej wody, prawda?!


przedzieramy się do źródeł wodospadu

supra nr 1

Po tej niespodziewanej ablucji udaliśmy się do miasteczka na zakupy, jednocześnie zerkając na nie i do tego w zasadzie ograniczył się nasz kontakt z Signagi (poza przejeżdżaniem przez nie później wiele razy). Następnego dnia wybraliśmy się z Jamiem do Parku Narodowego Lagodechi, gdzie skusiła nas obietnica kąpania w wodospadzie. Kierowcy jednego z samochodów, które nas podwiozły zaproponowali wino i szaszłyki wieczorem, co według Jamiego można juz było nazwać naszą wymarzoną suprą, więc od razu się zgodziliśmy. Po wymianie numerów rozpoczęliśmy wędrówkę, a trasa była piękna i łatwa, byliśmy wiec w raju. Wodospad miał ponoć około 40 metrów wysokości, a rozpryskująca się woda tworzyła wszędzie dookoła tęcze. Kiedy my zażywaliśmy kąpieli, Jamie wyruszył na rozpoznanie terenu i razem ze sporą ilością chachy, która szybko wylądowała w jego wnętrzu znalazł 14- letniego chłopca Giorgiego, będącego Gruzinem mieszkającym w Polsce. Giorgi niesamowicie nas polubił i zaprosił do domu swojego wujka, gdzie rzeczywiście wybraliśmy się następnego dnia. Tego samego jeszcze, razem z jego rodzina, wspięliśmy się na wodospad żeby zobaczyć, co kryje się "na górze".

Wracając, razem z Agatą i Giorgim szliśmy z tyłu i niesamowicie się zdziwiliśmy, kiedy dotarłszy zastaliśmy naszych przy suprze, jednak nie z kierowcami. Na ten poczęstunek zostali po prostu zgarnięci z trasy i skorzystali z zaproszenia, czekając na suprę po suprze. Problem pojawił się kiedy po gorących pożegnaniach, okazało się że supra po suprze czeka na nas w zasadzie w tym samym miejscu, ale 20 metrów dalej. I jedni i drudzy gospodarze czuli się bowiem oszukani. Po kilku butelkach wina i pewnym czasie okazało się, że zniewaga w postaci podebrania gości jest ciężka do zniesienia. Do tego stopnia, że panowie po wstępnej wymianie zdań i razów zaczęli łapać za noże, i zbijać się w jedną przesiąkniętą testosteronem kulę. Doprowadzało to dziewczęta do nieziemskich pisków i fochów, które jednak odniosły skutek - ostatecznie nikt i nic poza koszulką Jamiego nie ucierpiało i odwieziono nas do Signagi. Odwożenie trwało jednak 3 razy dłużej niż powinno, gdyż kierowca (a był nim tamada - wznoszący toasty, a innymi słowy pijący przy każdym z nich) co rusz wpadał na jakis ciekawy pomysł. To urządził kąpiel na środku pola, to zbierał dla dziewcząt kwiatki, tak jednak, żeby każda dostała inny. W Signagi okazało się, że taksówki już nie jeżdżą (hostel był 3 km pod górę, a Jamie w stanie nieużywalności), ale akurat kiedy czekaliśmy nie wiedząc dokładnie na co, zjawił się wóz policyjny, który zgodził się nas podwieźć, zdecydowaną większość pasażerów biorąc na odkryta pakę.

wtorek, 17 lipca 2012

Kutaisi


jak jeść khinkali?
Marszrutka z Batumi wysadziła nas na bliżej nie określonych przedmieściach Kutaisi, gdzie głodnym i zmęczonym zajęło nam dobrą godzinę ustalenie czym, poza taksówką i piechotą, moglibyśmy zabrać się do centrum. Nikt nie mówił w żadnym znanym nam języku (po rosyjsku również) lub sprawiał wrażenie przybysza z odmiennego świata. Ta cechę u Gruzinów udało nam się zobaczyć jeszcze parę razy czy to w mieście, czy na stopie. Zdarza im się jechać przez Tbilisi nie wiedząc, że mogą nas tam podrzucić (przy bardzo dużej chęci pomocy), podawać nam mylne kierunki, numery autobusów i godziny odjazdów. 

Kiedy już jednak znaleźliśmy się w centrum Kutaisi, nie dało się po prostu uwierzyć, że te przedmieścia naprawdę do niego należą, a samo miasto jest drugim co do wielkości po stolicy. Zanim zaczęliśmy martwić się noclegiem, postanowiliśmy skosztować tradycyjnych gruzińskich sakiewek - khinkali. Przy okazji odkryliśmy, że Gruzinki mają naprawdę niezły spust w momencie, gdy filigranowa dość kelnerka stwierdziła, że przestaje być głodna dopiero po 8 khinkali. Każdy z nas tyle zamówił, chłopcy nawet więcej. Okazało się jednak, ze przeciętny Polak będzie miał dość już po 5 sztukach męczyliśmy się wiec tak długo, ze zdążyło poszarzeć za oknem, a my wciąż nie wiedzieliśmy gdzie przenocujemy. Jedną osobę zostawiliśmy więc w parku, a reszta porozchodziła się w różnych kierunkach w poszukiwaniu kwater. Z Anią skierowałyśmy się na powoli pustoszejący targ, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Znalazłyśmy tam niesamowicie dominującą i energiczną Lanę, która porwała nas za ręce i zabrała do pani Anaidy, gdzie w warunkach bardzo podstawowego zakwaterowania nad targiem spędziliśmy 2 dni. A wszystko to za -uwaga!- 2 lari. Lana natomiast została naszą "best friend" na cały pobyt w Kutaisi, nie odstępując nas nawet na krok. Słała nam smsy (nawet po naszym wyjeździe z miasta) i przychodziła, kiedy tylko otwarliśmy oczy. Dużo jednak zawdzięczaliśmy jej targowej przedsiębiorczości. Tego dnia już tylko podarowała nam 2 kilo ogórków i poszliśmy spać. Nasze lokum, z 5 łóżkami dla 6 osób było godne swojej ceny. Zresztą sami oceńcie po zdjęciach. Uzupełnię tylko informacje o łazience, która składała się z tureckiej toalety i wystającego ze ściany kranu (a raczej rurki), z którego woda lała się do wiadra (służącego również jako spłuczka). Nasi gospodarze byli jednak przeuroczymi ludźmi, w związku z czym zareklamowaliśmy ich nawet spotkanym później w David Gareja Czechom. Następnego dnia obudzeni smsem od Lany (numer miała tylko do mnie) rozpoczęliśmy zaplanowane przez nią zwiedzanie, z pomocą załatwionego - również przez Lanę - transport. Było to BMW, jedyne takie w mieście! Pobiliśmy tym samym rekord, którego nie udało nam się już nigdy później pobić w żadnej osobówce (choć mamy teraz już nie lada wprawę) ani nawet na pace rozlicznych transitów. Była nas 6, do tego kierowca i Lana z siostrą, wszyscy w jednym samochodzie. Przez cały dzień zastanawialiśmy się też jakie są relacje Lany i jej żonatego, około 40-letniego przyjaciela z jedynym takim samochodem i rodzinną korporacją taksówkarską.

Monastyr Gelati
z naszymi gospodarzami


rzeka Rioni
fontanna przy głównym placu w Kutaisi
Jazda była jedną z bardziej ekstremalnych w moim życiu, wiodła przez serpentyny, a połączona była ze szpanem przed dziewczętami i wystawaniem nadmiarowych głów przez szyberdach. Wszystko to pozwoliło nam jednak na objechanie klasztorów Gelati, Mocameta i katedry Bagrati w dwie godziny. Po tej szaleńczej jeździe pożegnaliśmy się z kierowca, ale nie z Laną. Oprowadzała nas dalej po mieście, mimo że dla wszystkich jedynym marzeniem stawał się powoli lunch. Ostatecznie udało nam się pożegnać, a my po jedzeniu oddaliśmy się rozkoszom prawie 3-godzinnej siesty. Wieczorem spotkaliśmy się z Laną ponownie na picie wina, co musieliśmy robić w parku ze względu na żelazne zasady naszych gospodarzy. Odpowiednia atmosfera została nam jednak zapewniona przez wcześniej poznanego przyjaciela Lany, który chciał nawet zaparkować swoim BMW w środku parku, żebyśmy mogli słuchać muzyki. Mimo wszystkich tych atrakcji, nie mogliśmy jednak iść zbyt późno spać, bo chcieliśmy wstać o 4 rano na pociąg. Z pociągiem nic nie było pewne zwłaszcza, że informacja o tym, że jest o 5, z małej stacji Rioni gdzieś pod Kutaisi i kosztuje jeden lari wydawała się podejrzana. Sprawę pogarszał fakt pochodzenia tej wiadomości od Lany, która była człowiekiem lekko zakręconym. Postanowiliśmy jednak zaryzykować i taksówką za 10 lari (załatwioną przez przyjaciela od BMW) pojechaliśmy w ciemną noc. Dworzec sprawiał wrażenie opustoszałego - było ciemno, niemal całkiem ciemno i pusto. Udało nam się jednak znaleźć parę świetnie poukrywanych osób, od których usłyszeliśmy że pociąg jest, ale o 6:15. Wobec tego faktu zaczęliśmy rozbijać małe obozowisko. Jakież było więc nasze zdziwienie, kiedy pociąg jednak przyjechał i to o czasie wskazanym przez Lanę! Zebraliśmy się więc w popłochu i ruszyliśmy za 1 lari w stronę Tbilisi.