Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katmandu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katmandu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

Dlaczego nie mogę być panią (tradycyjnego, nepalskiego) domu?

Poranne widoki w Nagarkot, później było nieco lepiej :) 
To będzie już chyba ostatni post z Katmandu i Nepalu, między innymi dlatego, że zwiniemy się stąd nieco szybciej. Tym razem to nie trzęsienie ziemi, ale konflikty społeczne, barykady na drogach i godzina policyjna w regionach przez które mamy jechać do granicy. W większości stanów graniczących z Indiami (Terai) został wprowadzony stan wyjątkowy, po tym jak w ciągu ostatnich kilku dni m.in. w stanie Kailali na zachodzie, w czasie zamieszek spalono żywcem 8 policjantów, gdzie indziej podpalono parę ciężarówek i zaatakowano autobusy. Kailali rząda autonomii i w perspektywie widzi się ponoć jako część Indii, ale wszystko zaczęło się niewinnie od tego, że (nie wiedzieć czemu) Nepalczykom nie podoba się pomysł stworzenia 7 dużych regionów z kilkunastu obecnych. Dla nas te strajki w zasadzie – jako turystów – nic nie oznaczają i jesteśmy absolutnie bezpieczni cokolwiek by się nie działo (jako główne źródło dochodów zgodnego lub podzielonego narodu), ale w związku z tym nie określiłabym Nepalu jako oazy spokoju. Dodam do tego jeszcze to, że w czasie naszego pobytu odbyło się parę strajków pracowników transportu, Katmandu najeżone jest wojskiem i policją, a dziewczyny z SOR przyjmowały 3 postrzelonych gangsterów (w tym jednego śmiertelnie przez policję, co wzburzyło Nepalczyków). Najeżony ochroniarzami jest też szpital i w tym przypadku już nie wiem po co, bo tylko irytują, kiedy nie chcą nikogo przepuścić z jednej części szpitala do drugiej bez przepustki. Z pewnością nie buduje to zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Dobre jest natomiast, że protestują tu też studenci, rzecz u nas dość rzadka, a szkoda. Ci których zobaczyliśmy dzisiaj mieli transparenty tylko po nepalsku, ale innym razem studenci medycyny krzyczeli, że „We are students, not ATMs”. Absolutnie się zgadzam, student nie bankomat i naszą cudowną, bezpłatną edukację będę chwaliła do końca życia (oczywiście ma dużo problemów i wymaga naprawy, ale rozwiązaniem nie są pieniądze studentów). Oczywiście w porównaniu z Indiami, Nepal wciąż jest krainą ciszy i spokoju. 
droga do Nagarkot
Update: Dzisiaj poszliśmy w końcu zapytać o cenę autbusów do Khakarbitty na granicy z Indiami, ale żadnego targowania nie było... Bo ani do Khakarbitty ani do Janakpuru żadne autobusy nie jeżdżą, pod eskortą lub bez. Nie istnieje, poza lotniczym, żaden transport na wschód i rozwiązał się nasz problem czy odwiedzać Janakpur czy nie. Zamiast tego wyjedziemy z Nepalu tak jak przyjechaliśmy i w Gorakhpurze zadecydujemy co robimy dalej – jedziemy do Darjeeling czy do Varanasi.

Update 2 z Varanasi: Kolejnego dnia kiedy poszliśmy zarazerwować bilety do Sonauli okazało się że autobusy do Kakarbitty jeżdżą, ale jest ich mniej, więc niestety nie było już miejsc i pojechaliśmy do Sonauli. I może dobrze się stało, bo dzisiaj od niesłyszących Hiszpanek, które spotkaliśmy ponownie, dowiedzieliśmy się że na tej trasie stały łącznie 24h z innymi autobusami, w trakcie których niezadowoleni mieszkańcy zaczęli podpalać niektóre autobusy, a pasażerowie z ich własnego zaczęli uciekać w popłochu nie bardzo tłumacząc im co się dzieje.

W międzyczasie w ciągu naszego ostatniego tygodnia w Nepalu odwiedziliśmy Nagarkot (słynny z uwagi na widoki roztaczające się stamtąd na Himalaje) i Patan. Do Nagarkotu zebraliśmy się w pośpiechu - planowaliśmy się tam wybrać w sobotę i niedzielę, a musieliśmy wyjechać w piątek, bo Esteve był potrzebny w Katmandu w niedzielę. Wiedząc tylko że powinniśmy jechać przez Bhaktapur, wyszliśmy z domu koło 14. Okazało się że część do Bhaktapuru jest dłuższa niż z niego do Nagarkot (bez 40 minutowego czekania aż zbierze się nam autobus ;)) i koło 17/18 wjeżdżaliśmy już na wzgórza. Naszym problemem było to, że nie mieliśmy zielonego pojęcia gdzie wysiąść, a kilkukilometrowa wieś jaką jest Nagarkot nie pomagała. Byliśmy jednak wytrwali i przekonani, że lepiej jest schodzić, niż wchodzić i tak dotarliśmy do Nagarkot Bus Park, gdzieś w chmurach. O cenach z Chitwan mogliśmy jedynie pomarzyć, chociaż i tak próbowaliśmy je ugrać. Najlepsze co udało nam się jednak załatwić to pokój z dzieloną łazienką (i ciepłą wodą tylko kiedy dwa razy zapytałam pana dlaczego jej nie ma, który dopiero wtedy podłączył nową butlę z gazem do piecyka, którą zaraz po moim prysznicu z nieznanych powodu odłączył) za 500 rupii. Kiedy wracaliśmy z rytualnego chow mein otaczały nas chmury i ciemność. 
deszcze sprawiają problemy...
Z uwagi na pogodę stwierdziliśmy że ustawimy budzik na 5:00 z przyzwoitości (wschód słońca na który właśnie wszyscy się do Nagarkot zjeżdżają, żeby po godzinnym marszu do wieży widokowej podziwiać pierwsze promienie na ośnieżonych szczytach) sprawdzimy jak się chmury mają i pójdziemy z powrotem spać. Ponieważ poszliśmy spać o godzinie mniej więcej podobnej do Pokhary, wstaliśmy ostatecznie o 7:30 i zebraliśmy się do wieży nie oczekując zbyt wiele. Widoki były ładne, przede wszystkim doliny Katmandu, o Himalajach możemy w zasadzie zapomnieć. Człapiąc spotkaliśmy też parę Polaków, którzy za pierwszym razem kiedy ich mijaliśmy, tajniacko przerzucili się na angielski (wyglądam na aż tak typową Polkę ;D?!). Wybraliśmy sobie trasę spokojną, cały czas w zasadzie asfaltem (z jednej strony rozczarowanie, bo co to za trekking, z drugiej dzięki temu 1,5 naszych zadków nie była w błocie, bo Esteve i tak zaliczył glebę w błotku, a ja bezbłotnie). Po drodze musiało nas też oczywiście zlać (łącznie padało tego dnia 3 razy) i popołudniem dotarliśmy do świątyni Changunarayan skąd był bezpośredni autobus (przez Bhaktapur ;)) do Katmandu.
Ulewa 3 razy dziennie nam niestraszna, wiejskim dzieciom i suszącym się kukurydzom też nie
Drepcząc do domu postanowiliśmy zabic głód mięsnymi kąskami przy wiadukcie, które za każdym razem kiedy tamtędy przechodziliśmy sprawiały że ciekła nam ślinka. Były też podejrzanie tanie i ostatecznie okazały się podrobami, miejmy nadzieję z kurczaka, wśród których udało nam się zdiagnozować jedynie wątróbkę.

W niedzielę, kiedy Esteve miał być zajęty (a okazało się że i drużyna i babeczka z PSD zmienili plany nie informując go) oblałam egzamin na tytułową panią tradycyjnego, nepalskiego domu. Bo otóż w takim domu nie używa się pralki (choćby takowa stała na 3 piętrze domu, tak jak to jest w naszym przypadku). W związku z tym pierze się w zimnej wodzie ze studni w rękach własnych lub wynajętych (i to nauczyło nas szacunku do tych 50 Rs za odświeżenie kilograma naszych brudnych skarpet). Ja prałam we własnych i przypuszczam, że choćbym miała Vanish lub inne cuda, nie usunęłabym plam, które jak były tak są. Ale za to pranie pachnie jak nigdy w ciągu ostatniego miesiąca.
Changunarayan
Druga, półdniowa wycieczka do Patanu była naszym ostatnim zabytkiem z listy UNESCO w dolinie Katmandu. Patan jest w zasadzie przedłużeniem Katmandu i szczęśliwą wyspą miliona ambasad, siedzib UN i NGOsów. Poza tym, jako jedyny posiada bezpłatny i ocalały z trzęsienia w dużej części Durbar Square (płaci się za muzea, co jest już bardziej w porządku). Zaczęliśmy od podziwiania nowoczesnego laboratorium diagnostycznego starszego syna naszych gospodarzy, pierwszego laboratorium w Nepalu, które ma certifikat ISO. Dostaliśmy też parę porad dotyczących dalszej podróży i błogosławieństwo na dalszą drogę. Co ciekawe wiele osób w szpitalu, kiedy dzisiaj się żegnałam i mówiłam że jadę do Indii, przestrzegało mnie jak tam niebezpiecznie, że trzeba uwazać, a najlepiej podróżować w towarzystwie kogoś „lokalnego”.
Co kupić wyjeżdżając?
W szpitalu, podczas tygodnia, który spędziłam na pulmonologii (a w zasadzie przy niej, bo jest przecież jeden wielki oddział gdzie neuro leży przy gastro, który leży przy pulmonologii) odkryłam zjawisko jakim jest POChP u niepalących. W Nepalu nikogo to nie dziwi z uwagi na kopcące piecyki, na których gotują matki, żony i kochanki, a kiedy poszperałam POChP okazuje się być 3 zabójcą w skali świata (po zawale i udarze). Sam pobyt w Katmandu, nawet jeśli nie zamierzacie gotować, może być ciężką przeprawą dla kogoś o wrażliwych oskrzelach. Powietrze jest tak zanieczyszczone i pełne pyłów (ponoć po trzęsieniu ziemi), że większość ludzi nosi maseczki, ale kto wie czy cokolwiek one dają. Z innych ciekawych przypadków... myśleliśmy – poza tym jednym przypadkiem kiedy BP poczęstował nas lokalnym trunkiem – że w Indiach i Nepalu za bardzo się nie pije. My nie pijemy, alkohol drogi, więc nawet go nie spróbowaliśmy... no ogólnie myśleliśmy że piciu nic nie sprzyja. A tu proszę. Endokrynologia jest kopalnią alkoholików, którzy nabawili się cukrzycy (tu cukrzyca to endokrynologia, więc siłą rzeczy nawet tarczyca jest przemiłą odmianą). Jeden pacjent przyznał się nawet, że daje radę 3 butelkom bimbru dziennie, jesli dobrze zrozumiałam.
Patan
Nie tylko przypadki chwytają w szpitalu za serce. Jest to pierwszy szpital, w którym widzę całe rodziny, często z małymi dziećmi, które przebyły setki kilometrów i długie godziny drogi, koczujące na podłodze korytarzy. Mają karimaty, koce, rozkładane na noc, zwijane na dzień, tam jedzą, ładują komórki, piorą ubrania swoje i chorych, jednym słowem czekają i żyją. W tej sytuacji myślę, że cudownie się dzieje, że w Prokocimiu wybudowano pierwszy dom Ronalda McDonald’a dla rodziców chorych dzieci, ale byłoby cudowniej, gdyby zauważono że Ci ludzie są biedniejsi i przebyli dłuższą drogę. Do tego za wszystko muszą płacić. Co prawda są to psie pieniądze w porównaniu z wyceną łóżek w polskich szpitalach, czy nawet tutejszych prywatnych, ale dla biednych rolników nawet 250 rupii za dzień może być wyzwaniem. A to za samo łóżko, nie licząc diagnostyki i leków. Na szczęście w każdej części szpitala są 2 czy 3 darmowe łóżka, w których wpłaca się tylko minimalną kaucję a badania są darmowe, ale żeby się na nie załapać trzeba naprawdę nie mieć nic.
Patan, Durbar Square
W ostatnim tygodniu praktyk trafiłam też prawdziwej przychodni, nie zakamuflowanego jako „poradnictwo” punktu kontroli i wydawania leków antyretrowirusowych. Prawdziwa przychodnia to dopiero próba dla nerwów. Po pierwsze przyjmują tam tylko i wyłącznie lekarze w trakcie specjalizacji. Specjalizacji z medycyny. W Nepalu pierwsze 3 lata po studiach polegają na ogólnej medycznej lub chirurgicznej specjalizacji. W związku z tym w skład „medycyny” (interna) wchodzi nawet neurologia, a między oddziałami rotuje się mniej więcej co 2-3 miesiące. Nie uwłaczając lekarzom w trakcie specjalizacji, podczas wizyty w szpitalu w Katmandu zdarza się , że nie potrafią zreferować przypadku (nie żebym ja była mistrzem, ale przecież wciąż mam czas ;)). Sami jednak muszą analizować przypadki w przychodni, ustalać leczenie i diagnostykę od pierwszego roku. Są otoczeni przez wszystkich pacjentów czekających w kolejce z rodzinami, bo zamiast czekać na zewnątrz, wszyscy, razem z zabłąkanymi jednostkami, stoją okręgiem dookoła biurka przy którym będą za pół godziny przyjmowani. Aktualny pacjent musi się więc spowiadać przy wszystkich, nawet jeśli są to problemy z zajściem w ciążę lub skierowanie z poradni psychiatrycznej. Badanie natomiast ogranicza się do pulsu i ciśnienia. Kiedy siedziałam udo w udo z lekarzem z lewej i pacjentem z prawej i jeszcze miałam sprawdzić puls na stopach to dopiero było wyzwanie. 


W całym szpitalu trochę śmierdzi też typowym szowinistycznym podziałem na mężczyzn lekarzy i kobiety pielęgniarki (wołane sister, w związku z czym każdą kobietę w fartuchu, również mnie, tytułuje się sister, co musi mocno irytować lekarki). Wśród 22 osobowej grupy z którą uczęszczam na zajęcia są tylko 3 dziewczyny, nie licząc mnie. Wydaje się więc że lekarki starają się różnymi sposobami podkreślić swoją odrębność (tak mi się wydaje ale może też wynikać to z tego, że po prostu pochodzą z bardziej postępowych rodzin). Salowe i pielęgniarki na przykład noszą sari, ale żadnej z lekarek nie uświadczy się w niczym innym niż kurcie, albo zwykej bluzce i dżinsach. Pielęgniarki, jak większość hinduskich kobiet, noszą też bindi świadczące o opiece mężczyzny – ojca lub męża. Nie ma go za to żadna ze studentek czy pań doktor.

Przy okazji praktyk w Katmandu uczę się też na temat innych krajów, przede wszystkim Malediwów. Poza wiedzą z wikipedii dowiedziałam się na przykład, że można tam studiować wszystko...poza medycyną. Zainteresowani zostaniem lekarzem muszą więc studiować zagranicą, w czym czasem pomagają rządowe stypendia. Mój kolega z oddziału studiował na przykład w Egipcie (musiał nauczyć się arabskiego), po czym udał się na specjalizację do Nepalu (w Egipcie ciężko zdać egzaminy specjalizacyjne). Stypendia rządowe mają tam (podobnie do Nepalu) ten minus, że między studiami i specjalizacją trzeba wrócić i odrobić pańszczyznę w zabitej deskami wiosce (która na Malediwach musi być całkiem przyjemna i nigdy nie dalej niż 100 metrów od rajskiej plaży;)).
W ciągu ostatnich dni uświadomiliśmy sobie też że Katmandu żyje nocą (przede wszystkim piątkową). Ale nie tylko tak jak widzieliśmy wracając o północy z Chitwan, choć wtedy też nas to zaskoczyło. Otóż są w Katmandu prawdziwe imprezownie z których zdjęcia, jak na Jamajce (bo jak dotąd tylko stamtąd słyszałam podobne doniesienia) są zamieszczanie w oficjalnej gazecie Kathmandu Post. I nie trzeba być gwiazdą lub wkręcić się na VIP party. Po prostu trzeba być w klubie. Żałowałam bardzo że my nie byliśmy, bo przecież nie zawsze dostaje się szansę bycia w gazecie.
Goodbye (a bit polluted) Kathmandu!
To by było na tyle z Katmandu. Piszę to już tydzień (ponad?) po naszym wyjeździe z niego, w podobnym Sikkimie. Pisanie w ruchu nie jest prostą rzeczą. Na pożegnanie z Katmandu powiem jeszcze, że dzięki niemu odkryliśmy że giełdy papierów wartościowych są w wielu krajach – w Nepalu też. Ostatnią rewelacją, zostawioną na koniec przez przypadek jest to, że zimna wojna trwa dalej. Nie tyko NGOsy i działy UN marzą o podbiciu Katmandu – Rosja i Stany Zjednoczone też. W związku z tym uzbrojone są w najlepsze działki w Katmandu – obydwa kraje mają po dwa ogromne, otoczone wojskiem, murem i drutem kolczastym tereny, z czego jeden znajduje się dokładnie naprzeciwko dawnego pałacu królewskiego (i nie wiadomo co tam się dzieje, bo o wizę ubiega się gdzie indziej).

czwartek, 13 sierpnia 2015

W okolicach Katmandu - Bhaktapur i wiejski Nepal

Posty z Kathmandu będą dość chaotycznym zlepkiem historyjek i obserwacji (jak ten poprzedni), bo ogólnie rzecz biorąc, z dnia na dzień, żyjemy sobie dość nudno – pobudka o 7:30 – szpital/trening – lunch – wędrówki po mieście/zwiedzanie. Nepal sam w sobie jest dość spokojny (pod względem rozrywek), a nami nikt szczególnie z rodziny czy IFMSA się nie zajmuje.
Wieża Dharahara stała się w Kathmandu symbolem
Spacery po mieście i poznawanie go dostarcza nam jednak wystarczającej ilości zabawy. W Nepalu na przykład rząd charakteryzuje rozbrajająca szczerość w związku z czym istnieje tu Urząd ds. Nadużyć Władzy i osobny Urząd ds. Prania Pieniędzy, a w gazecie widzieliśmy ostatnio konkurs na bloga komentującego oświadczenie, że jakiś kolejny urząd dobierze się do wszystkich NGOsów wykorzystujących pieniądze w „niewłaściwy sposób”. Ze zwiedzania i spacerów zwykle wracamy piechotą, bo po pierwsze ciężko nam je ogarnąć bez nepalskiego, a po drugie nierzadko ma się tylko połowę ciała w busie. Busy dołączają do masy motocykli, skuterów i samochodów, którymi dzielnie na większych skrzyżowaniach sterują na specjalnych stanowiskach policjanci. Światła w Katmandu owszem są, ale usłyszeliśmy, że nie działają od dawna dlatego, że zainstalował je w ramach współpracy rozwojowej rząd japoński... na drogich japońskich częściach na które Nepal nie może sobie pozwolić. Niech żyje dobra pomoc.

Bhaktapur, Durbar Square
Momo przygotowane wczoraj przez naszych gospodarzy
Ku naszej radości w Nepalu podejście do wegetarianizmu nie jest aż tak ścisłe jak w Indiach. Przekąsić można więc nie tylko luksusowego w Indiach kurczaka, ale i baraninę, słyszałam coś o wieprzowinie oraz... bawoła. Kiedy oglądam bawoła pracującego w polu nie widzę wielkich różnic między nim a krową, ale widać nie wszyscy mogą być święci. W zawiązku z tym dnia w wersji „buff” bywają często tańsze od kurczaka. Poza tym jedzenie jest zbliżone do indyjskiego, a o nim (mam nadzieję) później.
Bhaktapur
Kiedy chodzimy po okolicy wygląda to tak, jakby w 2012/2013 zjechały się do Nepalu tłumy turystów. Normalnie obstawiałabym może 2010 (bo w 2008 nastąpił przewrót), ale wiele knajp nastawionych na turystów powstało w 2013 właśnie i od 2013 trzeba w niektórych miejscach płacić niewyobrażalne na ten region sumy za wstęp do zabytków. W Indiach absolutnie nie mieliśmy problemu z płaceniem i faktem segregacji na Hindusów i niehindusów, bo ceny były poza Taj Mahal rozsądne. Tu natomiast biorą się z sufitu (lub być może z tego że o przetrwanie każdy - nawet zabytki - walczy tu sam i wygląda to tak jakby nie było żadnej rządowej pomocy na odbudowę niczego) i staramy się migać. Ceny podskoczyły ponoć dodatkowo po kwietniowym trzęsieniu i w mocno zniszczonym Bhaktapurze, 6 kilometrów od Katmandu za sam wstęp do obstawionego budkami z biletami centrum miasta trzeba zapłacić 1500 rupii. Kolejny 1000 w świątyni Pashupati i 750 na Durbar Square i jeśli jesteście w Katmandu na 2-3 dni, bez problemu pożegnacie się z sumą podobną pewnie do wydanej na oglądanie zabytków Paryża. Warto jednak powiedzieć, że każde z tych miejsc naprawdę trzeba zobaczyć.
gdzieś w okolicach Sindhukot
We wtorek rano mieliśmy malutkie trzęsienie ziemi, ponoć było to koło 4,3 stopni w skali Richtera. Myślałam że pacjent siedzący po przeciwnej stronie stołu kopnął go, ale dr Andrew i reszta ekipy która przeżyła poprzednie trzęsienia, wiedziała co to. Chwilę później napisał też do mnie Esteve – jego trening został przerwany z obawy przed czymś większym. Dopiero jadąc do Bhaktapuru uświadomiliśmy sobie jak duże są zniszczenia po kwietniowym trzęsieniu. Wiele budynków, w tym świątyń, zawaliło się lub nie nadaje się do mieszkania i jest powoli rozbieranych na olbrzymie stosy cegieł, belek i błota na środku ulic. Na większych przestrzeniach na zewnątrz miasta wciąż stoją namiotowe wioski. Co ciekawe bardzo duża część namiotów, jeśli nie wszystkie w miastach, pochodzi od Chińskiego Czerwonego Krzyża, o czym w naszych mediach raczej się nie usłyszy. Wygląda na to, że Chiny mimo złej sławy dość intensywnie angażują się w pomoc w konfliktach i katastrofach (pamiętacie że Chiny ewakuowały Polaków z Jemenu?).
lekcje w tymczasowej blaszanej szopie


W drugi dzień weekendu, który tutaj nie jest weekendem, tylko niedziela pierwszym dniem pracującym (weekend od piątku po południu do soboty wieczór) wybraliśmy się oglądać szkołę, którą ma rozbudowywać NGO z którym Esteve nawiązał współpracę. Nazwa oczywiście mówi sama za siebie – Society for Partners in Development – nic. I też tak szeroki jest wachlarz zainteresowań organizacji – co złapią, to robią. Znacie grupę lekarzy która chce przyjechać leczyć za darmo w Nepalu? Będzie zorganizowane. Pomagają ośrodkowi zdrowia, szkole, budują ścieki i studnie. I przy okazji podkreślają że są bogaci, więc NGO jest z czystości serca, nie potrzeby utrzymania rodziny ;). Tak więc jechaliśmy w 9 osób jeepem żeby pomierzyć plac szkolny. Wioska nazywa się Sindhukot i mimo, że mniej więcej jej tereny obejmuje jeszcze mapa Doliny Katmandu dojazd zajął nam 3 godziny. Przejechaliśmy rzekę, kilka razy pobieżnie ogarnięte osuwisko, a najwspanialsze jest to, że co pewien czas mijały nas zdezelowane, publiczne autobusy cudownym sposobem dające sobie radę w tych warunkach. Żeby być kierowcą autobusu na nepalskich drogach naprawdę trzeba mieć jaja.

Wynagrodzeniem były widoki, jak te które widzieliśmy kiedy przyjechaliśmy do Nepalu, tylko jeszcze lepsze. Wioski, tarasowe uprawy ryżu, góry. Naszym pierwszym przystankiem był ośrodek zdrowia opiekujący się miesięcznie 300 pacjentami i porządnie doposażony w namioty i toalety przez UNICEF i WHO. Pracować w takim miejscu... to prawdziwa medycyna! Praktykowana przez paramedyków, bo lekarze dostępni są tylko w większych miastach. Moim zadaniem było wymyślenie czego mogą w takim miejscu potrzebować, ale nie czułam się szczególnie kompetentna. Paramedyk stwierdził, że mogliby dostać mikroskop do analizy – pozamedyczni niech wybaczą – stolca w poszukiwaniu pasożytów. Czy tylko ja nie umiem takich cudów skończywszy medycynę?! Ośrodek zdrowia jest też uprawniony do prowadzenia (za pomocą badania fizykalnego) ciąż (4 obowiązkowe kontrole, żeby dostać becikowe w wysokości 1900 rupii = 18 euro) i porodów.
Przy świątyni Pashupati


uroczystości pogrzebowe
Następnym przystankiem była szkoła, do której uczęszcza 140 dzieci, ale bogu dzięki tego dnia nie było ich aż tyle. Większość mieszkańców tych okolic należy do kasty nietykalnych i zajmują się garbarstwem (i hodowlą warzyw i owoców na własne potrzeby). Kiedy skończyliśmy wizytę w szkole w jednym z domów urządzono nam poczęstunek z ogórków, jabłek i gotowanej kukurydzy.
Katmandu, Durbar Square
Na początku dzieci były nieco onieśmielone, ale po pewnym czasie musiałam wszystkim po kolei robić zdjęcia. Wchodziliśmy też do klas w których nie było nauczycielki (są tylko dwie rotujące pomiędzy 5 klasami którym zadają ćwiczenia do zrobienia, co kończy się tak że większość niepilnowanych dzieciaków biegała po trawniku :p) i na powitanie rozlegało się śpiewane „Good morning Miss!”. Cykałam kilka zdjęć, dziękowałam i na wyjściu słyszałam „Goodbye bye Miss!”. Były przekochane.
tak oglądaliśmy zdjęcia - jestem w środku!
a tak jechaliśmy do Sindhukot

spróbowaliśmy nepalskiego granizado...
Wracając utknęliśmy na trochę, bo okazało się, że na tych dość niedostępnych drogach kursują ciężarówki i jedna akurat nie potrafiła objechać osuwiska, które zaczął usuwać spychacz. Dookoła kręcili się ubrani w robocze ciuszki kolesie z włoskim akcentem. Okazało się że należeli do Cooperativa Muratori e Cementisti, włoskiej firmy wykonującej projekty budowlane na całym świecie. Kiedy dojeżdżaliśmy do miasta mijały nas samochody wypełnione kolesiami ubranymi na pomarańczowo, inni obowiązkowo boso szli bokiem ulicy. Wytłumaczono nam, że wszyscy zmierzali na całonocne świętowanie nad brzegiem rzeki. Kolejnego dnia wybraliśmy się do Pashupati, miejsca pogrzebów i świątyni Shivy, gdzie kontynuowano obchody, a do bramy stał kilometrowy ogon kobiet z ofiarami dla bogów. Od naszej rodziny dowiedzieliśmy się że to dzień postu, kiedy przez cały dzień nie je się absolutnie nic i kończy pani roti czyli rozpuszczonym w wodnistej zupie roti. Próbowałam znaleźć to święto w hinduskim kalendarzu, ale zadanie mnie przerosło – w hinduskim kalendarzu jest tyle informacji i tyle świąt każdego dnia dla tylu regionów, że konia z rzędem dla tego który go rozumie. Kiedy zresztą na początku zapytaliśmy naszej rodziny czy będą w czasie naszego nepalskiego pobytu jakieś święta, stwierdzili, że nie bardzo i nawet o nim nie wspomnieli. Ot, maleńkie święto. Jak bym chciała tu być kiedy naprawdę się dzieje!

czwartek, 6 sierpnia 2015

Pierwsze dni w Katmandu

W Katmandu nasze życie zwolniło. Dookoła wciąż można usłyszeć jazgot klaksonów, ciężko przejść przez ulicę, a samochód zatrzymujący się żeby przepuścić nas przez przejście dla pieszych nawet kiedy jesteśmy na środku jezdni jest niebywałym zjawiskiem, ale życie (i ludzie) i tak wydaje się spokojniejsze. 
jedna ze stup w Katmandu
Pierwszego dnia ograniczyliśmy się do wizyty w szpitalu w celach zapoznawczych – my, bo był ze mną też Esteve, któremu przemili Nepalczycy zaraz zaczęli szukać możliwości odbycia wolontariatu (z różnym skutkiem, ale kto wie czy nie wyląduje jako trener dodatkowy najlepszego nepalskiego klubu piłkarskiego... dzisiaj z nimi grał!). Okazało się, jak zwykle, że w szpitalu nie tylko nie ma oddziału chorób tropikalnych na który mnie przyjęto, ale i oddziału chorób zakaźnych, bo w Nepalu nie ma takiej specjalności. Zakazy (razem z neurologią zresztą!) są więc podpięte pod choroby wewnętrzne. Kiedy czekałam na wszystkie papiery i akceptacje w towarzystwie pana z sekretariatu zaczęliśmy standardową pogawędkę, podczas której powiedziałam, że moja jedyna siostra wyszła niecały miesiąc temu za mąż. „Miała aranżowane małżeństwo, tak?” trochę mnie zaskoczyło. Pana z kolei zaskoczyła i chyba ucieszyła wieść, że w Polsce nad „arranged” króluje „love marriage”. Tu zwykle jest odwrotnie i albo małżeństwo aranżuje się młodym, albo (jak w przypadku naszego hosta z Jaisalmeru) już na etapie kiedy dzieci mają... 4 latka. Ciekawie musi się żyć 20 parę lat ze świadomością, że twój mąż/żona już tam gdzieś jest, dawno dla Ciebie wybrany...
Małpeczki w Swayambhu
W okolicy szpitala znajduje się parę knajpek, z których jedną postanowiliśmy wypróbować. Esteve zamówił colę, a ja brzmiący kusząco specjał ”fresh lemon soda”. Po 5 minutach na stół wjechał śmierdziący zgniłymi jajami specyfik, z bąbelkami ale i unoszącymi się między nimi kawałkami czegoś czarnego. W smaku było słone i przy odrobinie dobrych chęci zgniłe jaja znikały, ale cytryny nie dało się doszukać. Zapytaliśmy co to. „Fresh lemon soda”, a czarne to czarna sól. Stwierdziliśmy, że jednak następnym razem postawimy na sprite’a.

Po szpitalu wybraliśmy się na nieudane poszukiwanie pralni, podczas którego Nepalczycy prowadzili nas w coraz to węższe i węższe, błotniste uliczki, wskutek czego niespodziewanie zakręciliśmy pętlę i po 3 godzinach wylądowaliśmy koło domu. Po drodze odkryliśmy że tybetańskie pierożki momo, w odpowiednio ubogiej scenerii, mogą kosztować nawet 60 rupii (czyli jakieś 2 zł). 

Drogi w Katmandu mnie przerastają, drugiego dnia wracając ze szpitala weszłam w nieodpowiednią uliczkę i jako zmokła kura (akurat zaczęło padać) dotarłam do domu po godzinie (na szczęście mieszkamy przy dość charakterystycznym bloku). Dzięki bogu mam Esteve i od wczoraj mapę, z czym czuję się znacznie pewniej. 
Swayambu
Plan dnia w naszej rodzinie jest bliski naturze, czyli chodzi się spać i budzi z kurami. Nie byłoby w tym nic złego – po 21 kiedy wszyscy śpią jesteśmy cichutko - gdyby nie pompa na podwórku pod naszym oknem idąca w ruch równo o 5 rano. Jej eksploatacja trwa koło 10 minut po czym możliwa jest drzemka na około 40 minut kiedy zaczyna się krzątanie w domu, a my możemy już tylko obracać się z boku na bok. W Nepalu jest też inny, księżycowo-słoneczny kalendarz „Bikram Samvat”, według którego jest dzisiaj 21.04.2072, tak więc pozdrawiamy z przyszłości:P.
We wtorek w szpitalu poznałam osławionego dr Andrew, specjalistę chorób zakaźnych ze Stanów, pracującego od dwóch lat ot tak w Katmandu na wolontariacie. Miałam być pod jego opieką całą wymianę, ale akurat zatrudnił się w prywatnym szpitalu i przychodzi do uniwersyteckiego tylko 2 dni w tygodniu. Przyjechał do Nepalu zaraz po specjalizacji (podczas której był też w Indiach i Afryce), nie zdążył więc na szczęście zostać „amerykańskim profesorem” i standardowym bubkiem jak profesor z Florydy, którego spotkałam w Trujillo, ale i tak czuć amerykański klimat. Pomagają mu w tym nepalscy lekarze, który traktują go jako najwyższy poziom referencyjności.
Kiedy rozumiem co się dzieje, szpital jest fascynujący, bo nie dość że i on jest referencyjny (dla całego kraju), to zdarzają się przypadki tak zaawansowane, że w Polsce byłoby ciężko je spotkać. Po części jest to pewnie spowodowane tym, że chociaż w kraju przeważają ugrupowania komunistyczne nie istnieją tu ubezpieczenia zdrowotne ani publiczna służba zdrowia. Za wszystko trzeba płacić w kasie. Szczęście w nieszczęściu, ze względu na zdrowie publiczne, mają dotknięci AIDS i gruźlicą których będę oglądać najwięcej, a którym przysługują standardowe leki z rządowych programów. Pozostałe albo się kupuje za normalną cenę rynkową (nie mówiąc o badaniach i pobycie w szpitalu) albo liczy, że akurat szpital ma i może coś dać.

widok na stupę Bouddanath
Dzisiaj dowiedziałam się, że nawet w Nepalu są dobrze ubrani, wręczający szeleszczące prezenty przedstawiciele firm farmaceutycznych - napadli na nas kiedy szliśmy korytarzem. Dr Andrew powiedział mi, że w Nepalu dostaje się pieniążki za wszystkie uprzejmości - firmy przez kontakty w aptekach wiedzą co kto przepisuje i mogą odpowiednio nagradzać, a kilka miesięcy temu była afera z udziałem lekarzy uniwersyteckiego SORu którzy wyłapywali co bogatszych pacjentów i kierowali ich do zaprzyjaźnionych prywatnych klinik. Wywiązała nam się rozmowa na temat tego, że wszelkie kontakty przedstawicieli firm z lekarzami powinny być zabronione, jak to ma ponoć miejsce w Stanach (Stany w oczach dr Andrew to taki prawy i dobry kraj). Zgodziłam się z nim z całego serca w moim fartuchu z wyszytą reklamą Risperidonu. Ale tak serio - naprawdę uważam że to jest kierunek w którym powinniśmy zmierzać.  
Bouddhanath
Z dobrych wieści, dowiedziałam się od dra, że jeśli zamiast Australii lub Stanów (fuj!) marzy Wam się po studiach lub specjalizacji bardziej egzotyczny kierunek albo niesienie pomocy światu, to nie będziecie potrzebować nostryfikacji, egzaminów itd. - w Nepalu uważają wasz dyplom za ważny (więc może w pozostałych ciekawych krajach też) i trzeba jedynie przebrnąć przez całą biurokrację.

W zasadzie chciałam coś napisać o przypadkach jakie widziałam tylko we wtorek (wczoraj i dzisiaj niewiele zobaczyłam, bo byłam ze studentami mówiącymi po nepalsku), ale może tylko tak wspomnę. W zasadzie kręcąc się po miejscach w których spędzamy większość czasu nie widać wielu zniszczeń wskutek trzęsienia ziemi. Trochę domów runęło i albo usunięto zgliszcza, albo powoli są odbudowywane, na innych widoczne są pęknięcia, ale w zdecydowanej większości da się mieszkać i tymczasowych namiotów, dziś, ponad 3 miesiące od katastrofy nie widać zbyt wiele. Poza tym domy są tutaj o wiele pożądniejsze i ładniejsze niż te, które widzieliśmy w Indiach, ale może jest to kwestia tego, że jesteśmy w stolicy. Niemniej jednak chodziło o pacjentkę, która po trzęsieniu trafiła do szpitala z urazem głowy razem z tysiącami innych osób. Była w szpitalu trochę za długo i przy rutynowej wizycie ktoś dowiedział się że nawet przed trzęsieniem bolała ją głowa. Zaczęła się diagnostyka w trakcie której pacjentka straciła wzrok i okazało się, że ma kryptokokowe zapalenie mózgu w przebiegu nowo wykrytego AIDS. W ogóle pacjenci – nosiciele HIV są ponoć w kraju mocno napiętnowani, tak że u większości wykrywany jest na etapie AIDS z powikłaniami, a kolejna pacjentka (z CIN3) postanowiła nie poddawać się żadnym zabiegom bojąc się reakcji ginekologów, którzy pacjentki z AIDS po prostu odsyłają.
Wczoraj przeżyłam kolejne, medyczne zaskoczenie. Studia trwają tu 5,5 roku (po których przez 2 lata obowiązkowo pracuje się w oddalonej od cywilizacji wiosce, gdzie nikt nie chce pracować) i ostatni rok spędza się na zasadach podobnych do naszego stażu. Zorientowałam się, że podczas porannej „odprawy” Ci stażyści, po dyżurach nie referują przyjęć, a...zgony. Wszystko referowane jest po angielsku.

Z uwagi na to, że nasza poprzednia wyprawa zakończyła się fiaskiem, we wtorek wybraliśmy się z naszym praniem w odwrotnym kierunku – w stronę turystycznego Thamel, gdzie wiedzieliśmy że już na 100% można prać. Nie są to jednak pralnie samoobsługowe, tylko punkty które za 50 rupii za kilogram przyjmują nasze śmierdzące skarpety, zabierają w nieznane miejsce i za 24 godziny oddają nieco mniej śmierdzące. Ok, nasze powiedzmy ni to pachną, ni to śmierdzą. W ciągu tych dwóch dni odkrywaliśmy Thamel, stanowiący zaplecze dla wszystkich dzielnych turystów uderzających w góry. To co się tam sprzedaje dużo mówi o tych podróżnikach. Poza wyposażeniem niezbędnym w górach (śpiwory, namioty, kurtki) i pamiątkami jest to chyba największe skupisko sklepów z drogimi, dobrej jakości rzeczami hippie jakie kiedykolwiek widziałam. Te wszystkie sklepy które we Francji sprzedają gacie pozwalające za 60 euro wystylizować się na hipisa zaopatrują się najpewniej w tych samych miejscach. Poza tym są tam niespotykane ilości pierdółek z filcu, cale sklepy z filcu! Nie mówię, masa rzeczy nam się tam podoba, ale jakoś z indyjską tandetą czuliśmy się bardziej autentycznie (no i była znacznie tańsza). Tutaj można kupić nawet djembe... bo czemu nie!
Wczoraj odwiedziliśmy też Swayambhu – świątynię małp – olbrzymią buddyjską stupę, znajdującą się z paroma innymi zabytkami w dolinie Kathmandu na liście UNESCO. Znajduje się na wzgórzu, do którego od strony Thamel prowadzą 350 bardzo strome schody (ale nie liczyliśmy).
Dzisiaj dotarliśmy do kolejnego zabytku znajdującego się na liście UNESCO, będącego kolejną, jeszcze większą stupą - Bouddhanath. Co ciekawe wikitravel twierdzi, że w obu miejscach płaci się za wstęp, ale wczoraj nawet nie widzieliśmy okienka biletowego, a dziś na plac ze stupą prowadziło kilka uliczek, z których tylko niektóre były przegrodzone kasą. Nie mieliśmy złych intencji, nawet nie zauważyliśmy, kiedy weszliśmy na plac. Cała okolica jest usiana buddyjskimi klasztorami ukrytymi między domami, a ze znajdującego się na przeciwko stupy roztacza się ładny widok na cały plac.

Thamel
Stopniowo zacieśniamy też więzi z naszą rodziną, Babu przestał się nas wstydzić i zamiast tego zaczął skakać po naszym łóżku, a BP poczęstował nas dzisiaj nepalską brandy z jabłek z regionu Mustang (chociaż początkowo zaproponował alkohol tylko Esteve ;)). 

niedziela, 2 sierpnia 2015

Dotarliśmy do Nepalu

Sonauli, granica  od strony indyjskiej
Po 40 godzinach drogi. Ale wiecie, to nie taka droga jak do Trujillo, w klimatyzowanych lotniskach i samolotach. Samolotem droga zajęłaby nam zaledwie godzinę (za jedyne 3 razy więcej rupii kupując z jednym dniem wyprzedzenia wiec warto się jednak zastanowić nad drogą powietrzną, następnym razem :p). Tymczasem nasza droga pociągiem do Gorakhpur (13 godzin na dolnej pryczy ogólnej, wcale nie tak złej klasy sleeper, ze specyficzną hinduską rodziną, które zamieniło się w 16 godzin), autobusem do granicy w Sonauli (3 godziny zwieńczone próbą przejścia przez bitą drogę, która dzięki monsunowi zmieniła się w marzenie każdego prosiaczka), pieszo przez granicę zgadując gdzie też między sklepami przycupnął punkt odprawy paszportowej (mieszkańcy Indii i Nepalu nie muszą
nasza straż graniczna
pokazywać żadnych dokumentów więc jest to dość podrzędny budynek), po drodze, jeśli chodzi o mnie, w całej rozpaczliwej świadomości, że przez zarwany most i nepalskie drogi (tysiące serpentyn, a jechaliśmy nocą z kierowcą o ułańskiej fantazji, ale to już standard!) jednak nie dotrzemy w czasie bliskim 24 h, zaliczając, jak zwykle, mistrzowski upadek na śliskiej od błota i glonów ziemi przy pompie (mają tu w Nepalu super publiczne pompy!), ostatecznie lądując w autobusie, którym po 14 godzinach jazdy niczym na jachcie w sztormowej pogodzie dotarliśmy do celu. Katmandu.

 
Welcome to Nepal!
w tym pięknym domeczku dostaje się wizę
Nepalska granica nieco nas zaskoczyła (w zasadzie cały kompleks, który ma być jednym z największych przejść granicznych między krajami, ale przypomina bardziej targowisko niż stereotypową granicę). Zaskoczyło nas jednak to (może powinniśmy w Polsce więcej doczytać) że płatność za wizę akceptowana jest tylko i wyłącznie w dolarach. Żadnych euro, rupii indyjskich czy nawet własnych – nepalskich. Jak można się domyślić nie dysponowaliśmy tą walutą (ani prawie żaden z granicznych kantorów), a tam gdzie w końcu udało nam się wymienić, okazało się że są miejsca gdzie dolar stoi wyżej od euro i zdarto z nas kasę okrutnie.
 Kiedy jednak na odcinku między Pokharą a Katmandu wzeszło słońce można było zapomnieć o wszystkim, za oknem pokazały się takie cuda. Tropikalny las, tarasowe uprawy ryżu i woda z monsunu pędząca do rzeki wodospadami większymi niż większość które dotąd widziałam.

 Od samej granicy dało się zauważyć masę różnic między Nepalem, a Indiami (najprzyjemniejszy był asfalt na drodze, ale ogólnie jednak chyba Indiom bardziej należy się order za posiadanie autostrad z więcej niż jednym pasem w jedną stronę :p). Drastycznie zmieniły się rysy twarzy – w Nepalu przeważają chińsko-azjatyckie, ale stroje pozostały dość podobne (może trochę mniej sari), religia też – myślałam że większość społeczeństwa wyznaje buddyzm z uwagi na to, że tu się zaczął, ale okazuje się że jednak 80% to hinduiści (jak na przyklad nasza rodzina, która akurat kiedy przyjechaliśmy modliła się w kole za zmarłą matkę pana domu – każdy z obojga zmarłych rodziców ma przeznaczony dla siebie jeden dzień modlitwy w roku, kiedy rodzina zbiera się w domu najstarszego syna).
Różnicą która rzuciła nam się od razu w oczy były puste ulice – widok niespotykany w małym indyjskim miasteczku koło 18:00. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, ale ten ścisk naprawdę przeszkadza w Indiach i nawet nieświadomie może doprowadzać do skrajnej irytacji. Bez tłumów nawet oddycha się lepiej :p. Oczywiście wjeżdżając do Katmandu stanęliśmy w 1,5-godzinnym korku, tak żeby nie było za dobrze. Ale w zasadzie podróżując w tej części świata ćwiczy się intensywnie cierpliwość i tolerancję dla opóźnień, tak żeby 280 km w 9 godzin (lub więcej) podczas przejazdu przez góry nikogo nie dziwiło. Nasz przejazd był jeszcze dluższy z uwagi na zerwany (chyba przez rwącą rzekę) most na głównej drodze z granicy do Katmandu. Ze względu na tą okoliczność nie obowiązują przeprosiny ze strony przewoźnika, jak pewnie by było w Europie, tylko dopłata za dłuższy przejazd. W sumie jest w tym sens, bo nie jest to niczyja wina, a za benzynę ktoś musi zapłacić.
W Indiach oczekiwaliśmy muzyki, dużo muzyki. Miało jej być dużo, ludzie mieli tańczyć na ulicach (i nie jest to wiedza czerpana z Bollywood tylko z opowiadań tych którzy w Indiach byli), a ostatecznie nie było jej prawie wcale. Kontroler z nepalskiego autokaru nadrobił te zaległości puszczając lokalne kawałki przy maksymalnej głośności przez całą noc, stwierdzając najwyraźniej że wyłaczone światła nam wystarczą, a muzyka tylko nas utuli do snu.
 
Mając już przestudiowane docieranie do miast na couchsurfingu i odszukiwanie hosta, układaliśmy w głowach co zrobimy gdy będziemy na miejscu. Ale nie musieliśmy robic nic – Shankar, koordynator wymian z IFMSA, czekał na nas na dworcu na podstawie mojego mglistego smsa że wyjeżdżamy z granicy o 21:00 i powinniśmy być rano. Jak dobrze być w domu z dala od domu.
Z Shankarem i szalem, który dostaliśmy w prezencie, ja czerwony, a Esteve niebieski
Wbrew temu co dzieje w IFMSA na całym świecie (zabronione jest zabieranie na wymianę kogokolwiek z rodziny), już wcześniej ustaliliśmy że nie ma najmniejszego problemu, żeby Esteve mieszkał ze mną u naszej nepalskiej rodziny (która nieprzerwanie jest etatową host family od kilku(nastu) lat, kiedy w IFMSA był starszy syn, który teraz już skończył specjalizację z patomorfologii). Rodzina składa się z dziadków (póki co najdłużej gadaliśmy z BP, nie takim znowu dziadkiem, który jest emerytowanym urzędnikiem), młodszego syna z żoną i 2,5-latka (który narazie się nas za bardzo wstydził). Jest też pies – kolejna różnica z Indiami, gdzie żeby mieć psa (w sensie uważać psa za pupila, bo jedyne, które w Indiach widzieliśmy były cudne ale absolutnie wolne, wygłodzone i bezpańskie) trzeba chyba być bajecznie bogatym.

Całe popołudnie w zasadzie przespaliśmy, więc już więcej o Nepalu póki co nie napiszę :) A Indie postaram się nadrobić wkrótce - rodzina chodzi spać o 21 a do pracy chodzi się na 9/10, więc jest sporo czasu na pisanie.