piątek, 1 listopada 2013

Klaudiusz Melon i Fanny Kastaniet

Do dwóch sąsiednich sal trafiają dwaj mężczyźni z zawałem. Mają tyle samo lat – 66, są więc bardzo młodzi. Zdecydowanie nie wyglądają tak samo. Jeden to umięśniony i wytatuowany typ motocyklisty, dla którego jest to pierwszy zawał w życiu i który zwykle trzymał się bardzo dobrze. Drugi prawie nie mówi po francusku, jest mocno schorowanym Ormianinem, z diagnozą zwężeń, których już nie da się poszerzyć, jego serce jest więc małą, słabnącą, tykającą bombą. Mimo, że pan mieszka teraz we Francji na jego wypisie ze szpitala w Pau widnieje stwierdzenie „nie znamy ośrodka w Armenii, który potrafiłby dostarczyć pacjentowi wystarczającą opiekę”. Pytanie czy w ogóle szukali. Inne drogi doprowadziły ich do szpitala i drastycznie będą się różnić ich dalsze losy.
Szpitale są niesamowitymi miejscami, gdzie przecinają się ścieżki wszystkich ludzi, niewiele jest chyba im podobnych. Mamy więc niesamowitą możliwość obserwacji.
Chociaż - być może - jeszcze większą mają panie w urzędzie, można by dyskutować. W każdm razie na pewno widzą bogatszą listę ciekawych imion i nazwisk, a Fanny Kastaniet już ich nie bawi.


Zaczęło się cokolwiek melancholijnie. Widać od czasu do czasu przychodzi taki dzień. Siedząc na oddziale ratunkowym zauważyłam kolejną ciekawą różnicę między Polską, a Francją w którą na początku nikt nie chciał wierzyć, ale okazuje się że liczby nie kłamią. Nie ma dnia, żeby na tutejszym SORze nie pojawiła się osoba powyżej 90-tki, z resztą całkiem sprawna. W Polsce jest to już nieco rzadsze. A wszystko dlatego, że nasza średnia oczekiwana długość życia jest od francuskiej krótsza o 5 – 6 lat. Francja plasuje się w pierwszej 10 (najbardziej długowiecznym krajem jest Monaco ze średnią w wysokości 90 lat!). Polskę znajdziemy na pozycji 76 za Meksykiem z jego sporymi stratami młodzieży w porachunkach gangów, za Kubą, Libią i Arabią Saudyjską. A Polska to przecież kraj rozwinięty, bezpieczny i niepogrążony w kryzysie. Co w takim razie sprawia, że żyjemy tak krótko?
Nadbrzeże przy Cap Sciences
W toku przebywania we Francji udało mi się wytłumaczyć jeden z tutajeszych fenomenów. Fenomen braku lamp na sufitach mieszkań dalej pozostaje nierozwiązany. Zagadką z którą się uporałam jest natomiast brak czajników elektrycznych. Może nie macie podobnych spostrzeżeń, jednak gdziekolwiek nie ruszyłam się wcześniej we Francji widziałam wodę na herbatę gotowaną w garnkach. Jednym z moich pierwszych nabytków był więc tutaj czajnik elektryczny. I już po niecałych 2 miesiącach mam odpowiedź dlaczego nie jest popularny wśród Fracuzów – cały pokryty jest szczelną warstwą kamienia. Widać taka jest cena wody pitnej prosto z kranu. Bogatej w mikro i makroelementy...
Most Chaban Delmas w dzień
Post ten miał być jednak przede wszystkim zapewnieniem, że w Bordeaux nie da się nudzić. I to nie tylko zapełniając czas wolny imprezami dla Erasmusów, siedzeniem w szpitalu i gotowaniem wody. W Bordeaux cały czas coś się dzieje, a pewnie tylko połowa z tego dociera do mnie (i jeszcze na mniejszy procent się wybieram). Pewnego dnia dostałam więc na maila ogłoszenie od naszego biura życia studenckiego, że będzie podnoszony most Chaban Delmas ponieważ do miasta wpływa na jeden dzień statek wycieczkowy „Europa”. Podnoszony most? Ale jak?! Okazuje się, że most który wcześniej odbierałam jako kolejny przejaw specyficznego gustu architektonicznego Francuzów ma swoje 4 iglice po coś. Bo nie jest to most zwodzony. To jest most, który stanowi swego rodzaju platformę. Kiedy jest u góry wygląda jak olbrzymia brama i przedstawia się dość spektakularnie. Ponieważ była to sobota nie udało nam się wstać na poranny pokaz i dotarliśmy w sam raz na spektakl nocny.
I w nocy kiedy stanowi bramę Bordeaux
W tej samej dzielnicy można znaleźć kolejne ciekawe propozycje. Most znajduje się w okolicy Bassins a Flot, gdzie dawniej stacjonowały statki i w wielkich barakach składowano towary. W chwili obecnej jest to jedno z dwóch głównych miejsc na imprezy, razem z Quai de Paludate (choć niektórzy twierdzą, że na Paludat wybierać się niebezpiecznie).
Poza imprezowniami w Bassins a Flot jest jeszcze muzeum nauki „Cap Sciences”, które w piątkowe wieczory zaprasza za darmo młodzież do 25 roku życia, którą wciąż jestem. Może nie jest to najlepsze muzeum nauki jakie widziałam, ale mimo wszystko warto się przejść, zwłaszcza, jeśli jest za darmo ;). Nie jest to jedyne darmowe dla nas muzeum w Bordeaux. Większość jest taka przez cały czas, a w co trzecią niedzielę miesiąca ponoć wszystkie zabytki są dostępne dla wszystkich osób, które akurat znajdą się w Bordeaux.

Bordeaux obfituje też w różnego rodzaju targi. Bardzo możliwe, że przechadzając się zwłaszcza po okolicy St Michel trafi się na targ czy to z jedzeniem, czy antykami, czy ciuchami. W niedzielę na przykład taki targ ciągnie się przez całe nadbrzeże (z racji wymuszonej przeprowadzki z głównego placu St Michel z powodu robót). W sprzedaży znajduje się wszystko o czym tylko pomyślicie, w tym sygnalizacja drogowa.
W ostatnią sobotę wybrałam się również doświadczyć rożnorodnosci kulturowej w stylu Bordeaux. W zasadzie co weekend można tu znaleźć jakiś mniejszy lub większy festiwal lub koncert. Byliśmy już na „Europejskich Dniach Dziedzictwa”, koncertach w kaplicach i festiwalu swingowo – lindy hop’owym. Byliśmy na baskijskiej ferii. Tym razem w akademiku pojawiło się tydzień wcześniej ogłoszenie z jakimiś słowami w języku Wolof, wśród nich „Tabaski” i zaproszenie po francusku na wieczór, a jakże, senegalski. Ponieważ już kilka dni wcześniej nie udało mi się nikogo wyciągnąć na podobne malijskie wydarzenie, tym razem poszłam z Barbarą, dziewczyną z Hiszpanii.
Nie, to nie lustra... Wędrowne wesołe miasteczko rozstawiło na placu Quinconces m.in. dziesiątki automatów


































Kiedy dotarłyśmy było całkiem pusto. Poustawiane w rzędy stoły i paru rozmawiających Senegalczyków. Ani jednej kobiety. Zaczęłyśmy się zastanawiać czy aby na pewno chcemy płacić 10 euro za taką imprezę, ale już podbili do nas chłopcy gorąco zachęcając i podsuwając nam obrazy jak to będzie wesoło i wspaniale. Wahałyśmy się z 40 minut w ciągu których okazało się, że co najamniej połowa Senegalczyków mówi po hiszpańsku, a jeden pochodził nawet, jak Barbara, z Saragossy. Usiadłyśmy więc z nim.
Szczerze mówiąc, poza tym, że w Senegalu jest Dakar nie wiedziałam o tym kraju zbyt wiele. A tu okazało się, że jest to kraj muzułmański, choć czarny i czarnoskórzy są bardziej religijni od mieszkających na terenie Senegalu nielicznych Arabów. A ponieważ impreza była tradycyjną muzułmańską ceremonią upamiętniającą ofiarowanie bogu Izaaka przez Abrahama (bardziej jednak kojarzącą się z weselem niż mistycznymi obrzędami – był prawdziwy wodzirej i różne zabawy, przede wszystkim w języku Wolof) jedliśmy baraninę i – oczywiście – nie było żadnego alkoholu, zamiast którego serwowano przepyszny sok z imbiru.
Port de la Lune nocą
Po pewnym czasie zaczęły pojawiać się inne przedstawicielki płci pięknej i nieliczni biali. Była nas może 10 na ogół 70/80 osób i wszyscy – poza nami – zaproszeni przez jakiegoś Senegalczyka lub Senegalkę. Dziewczęta miały piękne suknie, a my siedziałyśmy tak sobie schowane z boku sali w dżinsach. Miało to jednak swoje minusy, gdyż zanim zaczęto cokolwiek serwować i zanim to serwowanie dotarło do nas była 2 w nocy. A przyszłyśmy o 21. Nie żartuję. A miałam wyjść o północy. Dopiero po jedzeniu, kiedy można było posprzątać i odsunąć stoły zaczęły się tańce, jedyne chyba na jakich byłam od bardzo dawna (czyli wyjazdu z Polski) gdzie ogólną zasadą było tańczenie w kole, a nie w parach. Szło nam całkiem nieźle, choć tańczyliśmy do senegalskiej lub gwinejskiej muzyki, którą słyszałyśmy po raz pierwszy w życiu. Zachwycili nas też senegalscy chłopcy. Nie dość że zachowywali się jak należy i nie dobierali do żadnego dziewczęcia (co jest w Bordeaux naprawdę rzadkością) to jeszcze odprowadzili nas na przystanek i do akademika, żeby nikt nie zaczepił nas po drodze. Prawdziwi dżentelmeni, którzy podreperowali nadszarpniętą w naszych oczach opinię o chadzających na imprezy przybyszach z Afryki.
Blaye naprawdę docenić można przede wszystkim z lotu ptaka...
Jeśli jednak rozrywek w obrębie samego Bordeaux nie starcza, można wybrać się na wycieczkę do któregoś z pobliskich miasteczek, czy zamków. Albo nad morze, ale o tym było już wcześniej. Dzisiaj na przykład wybraliśmy się do fortecy w Blaye znajdującej się na liście UNESCO, trzeba jednak przyznać, że jeden zabytek z listy nie równa się drugiemu. Jest przyjemnie, ale z uwagi na niewelką ilość atrakcji (czyli wszystko było zamknięte) i brzydką pogodę postanowiliśmy ewakuować się pierwszym autobusem jadącym do Bordeaux.  

Na koniec pozostaje nam niezależna od czasu i miejsca rozrywka jaką są spotkania towarzyskie. We Francji o spotkanie chłopca naprawdę nie jest trudno. Zjawisko to wymaga jednak dokładniejszego opisu.
Teoretycznie Francji leży blisko Polski. Według mnie dzieli nas jednak – pod względem towarzyskim – trochę więcej niż odległość Niemiec. Wschodnioeuropejskie dziewczęta o gołebim sercu przyzwyczajone do absolutnie nieśmiałych lub pijanych mężczyzn, zagubione, padają tu łatwą ofiarą. W przeciwieństwie do Francuzek, które mniej więcej w takim duchu się wychowują, wiedzą więc kiedy trzeba udawać, że się kogoś nie widzi lub być chamską.
Pchli targ w St Michel
On (jedzie na rowerze w kierunku przeciwnym niż maszeruje Ona z słuchawkami na uszach): „Przepraszam, przepraszam!” Na coś takiego na polskiej ulicy zawsze się zatrzymuję. Zwykle ludzie pytają o ulicę. O budynek. O godzinę. Teraz już wiem, że jeśli to młody, zwłaszcza ciemnoskóry chłopiec, trzeba udawać, że jest się głuchym, chyba że ma się ochotę na randkę za dzień lub dwa.
On: „Dobra ta muzyka, której słuchasz?”
Myślę, że dobra, inaczej bym jej nie słuchała.
Ona: „Słuchaj, muszę się śpieszyć”
On: „A zobaczymy się jeszcze?”
Od czasu rozmów z Haroldem stwierdziłyśmy z Anią, że Francuzi to mistrzowie gadki. Mają swoje zasady. Swoje etapy. Numer na przykład zdobywa się w trzech jasnych etapach. Nic to, że Francuzki śmieją się, że „etapy” mają loser’zy, a typów z podobną strategią jest w tym kraju tyle, ile – no właśnie – niemal tyle co wszystkich mężczyzn.
We Francji praktycznie nie da się spokojnie iść ulicą, jechać tramwajem, stać na przystanku. Zawsze znajdzie się ktoś kto będzie chciał się z Tobą umówić. Stąd nieuprzejmość Francuzek. Ciężko umawiać się z setką mężczyzn jednocześnie. Najbardziej zdecydowani są wspomniani imigranci, Francuzi natomiast dość podstępni. W Polsce natomiast – o ile jesteśmy ubrane przeciętnie i nie rzucamy powłóczystych spojrzeń – można bez problemu spędzić całą imprezę we względnej samotności.


A teraz jadę to testować. Nie ma to jak wakacje w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz