czwartek, 14 kwietnia 2016

Z Walencji "into the wild"


Wreszcie nadszedł ten post, w którym mogę wyżyć się turystycznie. Nie podróżujemy za wiele, ale udało nam się zrobić 2,5 wycieczki (i przejść w tym czasie 40 km :)). Walencja to może nie wybrzeże Chorwacji, gdzie góry przechodzą bezpośrednio w morze, ale w odległości 30 km od Walencji (a jeszcze mniejszej od morza) można już spotkać pierwsze góry/wzgórza (bo góra wg wikipedii musi mieć co najmniej 300 m wysokości względnej żeby górą być).
Serra i Sierra Calderona
A więc Sierra Calderona. Najbardziej znanym punktem jest skalisty Garbi. My ostatecznie, spośród setek tras tworzonych i wrzucanych do Internetu przez zapaleńców z GPSami wybraliśmy taką, która Garbiego omijała. Szukając szlaków trafiłam na trzy strony poświęcone pieszym wycieczkom (senderismo) – w Walencji: senderosvalencianos.es, międzynarodowe (z trasami pieszymi, rowerowymi, konnymi!) – wikiloc.es czy wikirutas.es. Problem polega jednak na tym, że bez własnego GPSa jest ciężko za nimi nadążyć, chociaż można spróbować (jak my spróbowaliśmy i mieliśmy szczęście, że była to mała Sierra Calderona). Szlaki są - według mnie - mniej uczęszczane i gorzej oznakowane niż w Polsce, ale takie wrażenie może wynikać z faktu, że nie szukaliśmy map i nie poszliśmy do żadnego punktu informacji turystycznej.
Ktoś pomylił święta :p
Podobnie do Francji, w Hiszpanii można znaleźć trasy GR (senderosgr.es) i do woli przecinać cały kraj tysiącami kilometrów tras (np. trasa Walencja – Lizbona). Te są już w miarę dobrze oznaczone kolorami polskiej flagi – szliśmy wzdłuż jednego z nich. Ostatnią ciekawą stroną są stare linie kolejowe przekształcone w „zielone drogi” - viasverdes.com. Fundacja hiszpańskich linii kolejowych przekształciła już 2400 kilometrów nieużywanych torów w trasy piesze i rowerowe. Marzy mi się przejechać najdłuższą (160 km) trasę ze starej kopalni rudy żelaza Ojos Negros (w okolicach Teruel) do portu w Sagunto. Kiedyś tam.
Charco Azul (Chulilla)
Chulilla
Póki co w wielkanocną sobotę zaczęliśmy od 14 km trasy, do której linka nie potrafię znaleźć – cóż, ostatecznie i tak zgubiliśmy ją w połowie drogi. Wyszliśmy z Serry, małego, uroczego (jak wszystkie) miasteczka i bardzo staraliśmy się trzymać tego co napisano na stronie. Znaleźliśmy wiele źródełek, szliśmy wyschniętym korytem, spotkaliśmy ludzi którzy mieli prowizoryczną mapkę, której zrobiliśmy zdjęcie (ale co po mapce, skoro i tak nie ma oznaczeń szlaków, a nazwy miejsc znajdujesz dopiero po dotarciu do nich) aż po pewnym czasie, kiedy byliśmy daleko od jakiejkolwiek drogi zwątpiliśmy i chcieliśmy wracać. Zachęciła nas mała grupka, która zrezygnowała z dalszej wspinaczki z uwagi na kilkumiesięcznego bobasa. My bobasa nie mieliśmy, więc musieliśmy iść dalej. Na szczęście Sierra Calderona jest tak mała, że udało nam się dotrzeć do „szczytu” który już był na mapie i byliśmy ocaleni.
Cueva de Golismo, Chulilla
Malowidło naskalne i Chulilla :)
Kolejnego dnia wybraliśmy się do Chulilli – miasteczka o którym nigdy nie słyszałam, a powinnam – jest piękne, otoczone pionowymi ścianami idealnymi do wspinaczki, które wyrastają z wąwozu rzeki Turii. Jechaliśmy w sznurze samochodów (w tym polskich, niemieckich czy słoweńskich - wyglądało jakby Chulilla była mekką wspinaczy), wjechaliśmy w miasteczko, w którym na jednokierunkowych uliczkach obowiązywał ruch dwukierunkowy, całkowicie sparaliżowany ilością samochodów, a kiedy wydostaliśmy się z powrotem w okolice parkingu przed miasteczkiem zostało nam - dosłownie - miejsce parkingowe w rowie. Zapowiadały się tłumy. Ale one nie wybrały 20 kilometrowego szlaku (co jak na nas i drugi dzień też było dość ambitne). Nasza trasa była internetowym zlepkiem 3 różnych oficjalnych i oznakowanych (mniej więcej) tras, dzięki czemu zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze atrakcje w okolicy. Zaczęliśmy od Charco Azul, po czym wzdłuż rzeki i sadów przeszliśmy do jaskini Golismo i wspięliśmy się wąwozem na coś w rodzaju płaskowyżu. Te wszystkie para-wspinaczkowe atrakcje zajęły nam połowę czasu, a byliśmy dopiero w jednej trzeciej trasy. Mimo to postanowiliśmy przejść ją całą. I zdążyliśmy przed zachodem :). Po drodze zobaczyliśmy jeszcze przykład malowideł naskalnych, które rozproszone na obszarze całego Półwyspu Iberyjskiego zostały wpisane zbiorczo (w liczbie 758) na listę UNESCO.
Irysy były wszędzie! (a zwierz ze zdjęcia obok potrafił wdrapać się na pionową ścianę wąwozie)
Embalse de Loriguilla
W ramach naszej ostatniej mini-wycieczki (która była dodatkiem do zbierania pomarańczy i cytryn wciąż wiszących na drzewach w rodzinnym sadzie) odwiedziliśmy ruiny zamku w Almenarze. Zamków jest tutaj tak dużo, że z łatwością można by założyć, że strażnicy z jednego widzieli co dzieje się w sąsiednim i w ten sposób mogli ostrzegać kolejnych przed barbarzyńskimi, katolickimi najeźdźcami z północy. Większość z nich powstała w X/XI wieku do ochrony arabskiej ludności i upraw.
Dla odmiany - Almenara (zamek, dwie wieże strażnicze i mini-opuncje)
Jeśli chodzi o małe, urocze miejscowości, w jednej (tu wcale – pomimo zameczku :D – nie spełniającej warunków niezbędnych żeby być ładną, ale niech Ci Hiszpanie obejrzą 90% polskich miasteczek...) byłam w ostatnią sobotę na dyżurze. Chcąc być do bólu uczciwą i żyjąc nadzieją, że MZ jednak zaliczy mi moje praktyki, powinnam zrobić tu 6 dyżurów, o czym powiedziałam koordynatorowi w obecności przemiłej rezydentki trzeciego roku. Zaproponowała, że mogę chodzić na dyżury z nią, a najbliższy jest w Alaquas w sobotę. Ciężko mi było odmówić, zwłaszcza że zawsze chciałam zobaczyć jak to jest leczyć za miastem. Okazuje się że jednak dość podobnie, pomijając fakt, że zwykle jest ponoć nawał ludzi, a tym razem przez 3 godziny zjawiło się 5 osób. Takie moje szczęście. Zamiast leczenia były pogaduchy i zachwyty nad orężem rezydentki, która trenuje fechtunek.
wspinaczka pro
wspinaczka nasza :p
W ciągu ostatnich dwóch tygodni w POZ udało mi się zebrać nieco uroczych historii. Najbardziej ujęła mnie pierwsza para, z którą się w ogóle zetknęłam. Była to dwójka 80(+) latków, która weszła razem (tutaj czasem wchodzi się i po 3-4 osoby :p). Zaczęliśmy od żony, która miała standardowe problemy 80+, po czym przeszliśmy do męża, który od 10 dni przestał brać jedyny lek, który miał przepisany, bo wywoływał u niego problemy z erekcją. A satysfakcja jego żony jest dla niego ważniejsza niż jakieś tam durne obniżanie ciśnienia.
widok z Frailecillo
wiszące mosty
Pierwszego dnia bardzo spodobało mi się też, że lekarz rodzinny nie ma problemu z wypisaniem zwolnienia dla mężczyzny, który obecnie próbuje sobie poradzić z nadchodzącą śmiercią żony, przy której prawie cały czas jest w szpitalu. Myślę, że tak to powinno wyglądać. Wczoraj miałyśmy też falę psychiatryczną – zaskakuje jak wiele osób potrzebuje wsparcia, które idealnie byłoby zapewniać w POZ (inaczej niż tylko benzodiazepinami, które płyną tu dość wartkim strumieniem – ale to ponoć wszędzie). Dzisiaj z kolei okazało się, że kobieta która prosiła o skierowanie do psychologa (czego tutaj nie da się w zasadzie dać, bo bezpłatne jest tylko leczenie grupowe/psychiatra), ostatecznie przez 10 minut zwierzała nam się z podejrzeń, że mąż zdradza ją z najlepszą przyjaciółką, po czym ustaliłyśmy że spróbuje otwarcie porozmawiać i z nią, i z nim. Ot, medycyna rodzinna :).
Nie wiem czy słyszeliście, że od ponad roku nie ma szczepionek przeciwko błonicy, tężcowi, krztuścowi z obniżoną ilością antygenów? Dowiedziałam się o tym tutaj, ale problem dotyczy całego świata. Co prawda nie brzmi to wstrzącająco i chodzi o szczepionkę stosowaną (tu) tylko przy szczepieniu przypominającym i u kobiet w ciąży, ale i tak było dla mnie szokiem że w dzisiejszych czasach czegoś takiego jak szczepionka może zabraknąć na ponad rok.
piknik!
Chulilla :D
I ostatnia całkiem sensowna rzecz z codziennej praktyki w POZ – dzieci przestają być medycznie dziećmi kiedy mają 15 lat. No i jeszcze jedna – w każdym Pipidówku mają tu objazdowego ginekologa, który prowadzi „Planowanie rodziny”, żeby każdy, ale to każdy wiedział, że tam może się udać po antykoncepcję, w razie problemów z zajściem w ciążę czy po cytologię (bo okazuje się że nie zawsze robi to położna).
Ok, żartowałam że to ostatnia rzecz ;). Po prostu jest tu tyle fajnych patentów. Jak na przykład centra seniora w odległości 20 minut piechotką jeden od drugiego. Czy pogadanki i wycieczki. Pogadanki w tym tygodniu były prawie codziennie, a dzisiaj byłam na takiej której opowiadałyśmy (ok, ja słuchałam) jak walczyć z nietrzymaniem moczu (piąta najbardziej uciążliwa przyczyna obniżająca jakość życia! Pierwsza jest choroba psychiczna). 60, 80-latki przekazywały sobie więc z rąk do rąk różnorozmiarowe kuleczki gejszy opowiadając o swoich doświadczeniach z nimi (jedna pań stwierdziła że zaczynała od 10 minut, a teraz nosi je i pół dnia ;)). Jeśli natomiast chodzi o wycieczkę... była w zeszłym tygodniu, na porodówkę. Oglądałyśmy wszystkie rodzaje sal, salę operacyjną (żeby nie było stresu jeśli któraś rodząca nagle będzie musiała tam wylądować) i pokoje. Piękno prostych rozwiązań.

3 komentarze: