Dawno nie pisałam i bardzo mi
wstyd, bo wszystko ucieka. Na szczęście mam dobre wytłumaczenie w postaci
powrotu do Polski i związanego z tym sporego, organizacyjnego zamieszania.
Chciałabym też w tym krótkim
wstępie podziękować moim brazylijskim czytelnikom. Nie wiem skąd się
wzięliście, ale cieszę się że jesteście. Odrobina egzotyki :D.
 |
Medina w Tunisie |
Droga do Tunezji nie należała do
najdłuższych, ale trzeba niestety przyznać, że lotnisko de Gaulla nie należy
też do najwygodniejszych do spania. Przynajmniej nie terminal w którym spałam z
kilkudziesiącioma innymi osobami. Na szczęście kilkanaście godzin po wyruszeniu z Bordeaux
dotarłam, razem ze spotkanymi na lotnisku w Rzymie Julką i Robertem, do
Tunisu. Jechaliśmy na kolejnego GA,
czyli międzynarodowe spotkanie IFMSA :).
Całe wydarzenie odbywało się w kompleksie hotelowym z taką mnogością uliczek, pseudo-suków i
restauracji, że wiele osób gubiło się w tym całym galimatiasie myśląc, że
zdążyli „wyjść w miasto” podczas gdy wciąż krążyli po hotelu. Znajdował się na
południowych przedmieściach Hammametu.
 |
Medina w Sousse |
Wyjazd w marcu do kraju tak
turystycznego jak Tunezja pozwala na spojrzenie na niego poza sezonem, kiedy
poza miejscami w których naprawdę żyją ludzie jest dość smutno i brzydko.
Wychodzi cała sztuczność tekturowego Las Vegas zbudowanego jedynie dla turystów. I tym właśnie było nasze Yasmine Hammamet.
Natomiast Tunis, w pierwszym
kontakcie, wydał się całkiem interesującym miejscem. W zasadzie tylko przez
niego przejechałam, ale cóż to była za jazda! Zabrałam się jedną taksówką z
Julką i Robertem, po czym wysadzając ich na placu 14 stycznia 2011, pomknęłam z
taksówkarzem dalej podążając za wskazówkami Mariem, która przed wyjazdem
poradziła mi jak samodzielnie dotrzeć do Yasmine Hammamet. Po drodze taksówkarz
nie tylko namówił mnie na jazdę busikiem (louage) zamiast autobusem, ale
praktycznie mnie do niego wsadził. I to wszystko mimo niedotrzymania obietnicy,
którą przez przypadek mu złożyłam myląc waluty, że zamiast 10 dinarów dostanie
10 euro (co bardzo go ucieszyło, a ja nie wiedziałam czemu).
Busik przemknął autostradami wśród zaskakująco zielonych krajobrazów do Hammametu. Okazuje się, że w czasach kiedy obszar dzisiejszej Tunezji należał do Imperium
Rzymskiego, był jednym z głównych ośrodków rolnictwa zaopatrujących całe państwo.
Kiedy wysiadałam z busa pod opieką pewnej pary zauważył mnie chłopak z grupy
organizacyjnej GA (widać nie szczególnie wpisywałam się w ogólny klimat, mimo
że starałam się mówić po francusku). Razem z nim skierowałam się już do hotelu
i tak, bezboleśnie, przebiegła moja pierwsza samotna podróż w kraju arabskim.
 |
Dachy mediny w Sousse |
O GA w zasadzie nigdy nie mam za
wiele do pisania, bo cieżko wciąż pisać, że jest miło, są imprezy, poznaje się
ludzi, je obiady i kolacje. Podczas pobytu wybrałam się na parę przechadzek po
okolicy, ale o tej porze roku całość sprawia tak smutne wrażenie, a w
morzu tak bardzo nie można się kąpać, że nie wiem skąd biorą się w tych kurortach
Ci nieliczni, pozasezonowi wczasowicze.
W jeden z dni w których zajęć
było nieco mniej, wybrałam się z Moniką z którą dzieliłyśmy sesje i pokój, do Sousse.
Zaczęłyśmy od wielkiej przeprawy w Barakat al Sahel w poszukiwaniu trampek dla
mojej towarzyszki, której ktoś przypadkowo poradził, że spokojnie da sobie radę chodząc przez cały tydzień, dzień w dzień, godzina w godzinę, w butach na obcasie. Po trzech dniach
wymiękła, uważajcie więc ;). Zakupy były całkiem przyjemne, sprzedawcy bardzo
rozmowni, a jeden z nich opowiedział mi nawet o kanale koranicznym, który
akurat był ustawiony. Przez 24h na dobę przuszczają w nim czytaną i pisaną w
trzech językach (arabskim, angielskim i francuskim) modlitwę.
Odpowiednio wyposażone
znalazłyśmy busa i mijając liczne bociany, które z pewnością przygotowywały się
do lotu do Polski po 1,5 godzinie dotarłyśmy na bliżej nieokreślony dworzec
autobusowy w Sousse. Z odsieczą przyszła nam jednak przemiła dziewczyna z
autobusu, która stwierdziła, że i tak wybiera się do centrum taksówką i możemy
się z nią zabrać. Żegnając się nie pozwoliła nam nawet zapłacić za przejazd i życzyła miłego
zwiedzania.
Mimo, że wciąż było dość zimno,
pogoda była piękna. W Bordeaux od tygodni nie widziałam tak czystego i
błękitnego nieba. Zaczęłyśmy się kręcić po starej medinie Sousse, która
znajduje się na liście UNESCO. Przeszłyśmy koło ribatu (czyli wg wikipedii
wojskowego klasztoru muzułmańskiego), kręciłyśmy się po bazarach. Podziwiałyśmy
specjalne, weselne kosze na hennę, które panowie wręczają swoim przyszłym żonom
i próbowałyśmy jedzenia. Czasu nie było wiele, a i pogoda zaczęła się stopniowo
psuć tak, że zaczął przeganiać nas deszcz i zaczęłyśmy się zbierać do powrotu.
Niestety okazało się, że złapanie taksówki w centrum Sousse w godzinach szczytu
jest chyba trudniejsze niż w NYC. Wymaga też wielu nieczystych zagrań w celu
wyprzedzenia innych chętnych w drodze do zatrzymującej się taksówki. A kiedy
już taki pan się zatrzyma i zauważy, że nietutejsze zaproponuje Ci cenę z
dwukrotnym przebiciem. Czekałyśmy więc sporo czasu na pojawienie się jakiegoś
poczciwca, który zechciałby nas zabrać, ale czekanie się opłaciło. Tym razem kulturalnie kupiłyśmy bilety na busika w specjalnej kasie i wyruszyłyśmy z
powrotem. Na miejscu czekała już na nas cała reszta delegacji IFMSA-Poland, która tego dnia dojechała...
 |
Habiba z kociskiem |
Ostatniego dnia natomiast, kiedy
naprawdę zaczynała się moja krótka, tunezyjska przygoda, obudziłam się wciąż
nie mając pojęcia gdzie będę tej nocy spać. Nocleg załatwiała mi Mariem, ale
wciąż milczała. Pojawił się też inny problem w postaci kilogramów rzeczy, które
odnalazłam budząc się w opustoszałym apartamencie – wszyscy zbierali się na
lotnisko w niesamowitym chaosie i pośpiechu. Były więc 3 gigantyczne worki
jedzenia i picia wszelkiej maści zwędzonego przez kumpla poprzedniej nocy z
wieczorku międzynarodowego. Między nimi moździerz, flagi i masa polskich
krówek. Dorzućmy jeszcze zapomniane elementy garderoby i wszystko razem, parę
dni później (wraz z dokonanymi w Tunisie zakupami) sprawiło, że musiałam
dokupić kolejny bagaż na trasie z Rzymu do Polski.
Zaczął padać monsunowy deszcz –
skąd ja to znam? – i w takiej aurze zbieraliśmy się z Egipcjanami do Tunisu. Po
drodze zrobiło się ładniej, zdobyłam numer telefonu do mojej gospodyni w
Tunisie i świat zaczynał robić się bardziej przyjazny.
 |
Panorama mediny w Tunisie |
Malek przyjechała po mnie razem
z kuzynką i bratem. Mówiła świetnym angielskim i była bardzo oryginalna.
Możnaby wręcz powiedzieć, że w swoich powyciąganych, starannie dobranych na
targowisku z second-handem swetrach i krótkich, modnie osrzyżonych włosach była
wręcz hipsterska. No, na Tunis na pewno.
Rym, jej kuzynka z Konstantyny w
Algierii była z kolei bardzo miłą, „normalną” dziewczyną uzależnioną od
facebooka i ukierunkowanych na niego zdjęć. Była akurat u swojej tunezyjskiej
rodziny na tygodniowym urlopie. Dowiedziałam się od niej, że o ile w latach 90.
wyprawa do Algierii mogła stanowić pewne ryzyko, o tyle jeśli teraz zachowam
odpowiednie środki ostrożności nic szczególnego nie powinno mi się przytrafić.
A przecież Algieria marzy mi się od tak dawna!
 |
w medresie |
Małomówny, starszy brat Malek
był równie „normalnym” chłopakiem odbywającym staż po pierwszym stopniu studiów
architektonicznych i poszukującym szans dalszego rozwoju we Francji, gdzie
studia kończyli też jego rodzice.
Piszę „normalni”, bo na tym
normalność w tej rodzinie się kończyła. Był jeszcze najstarszy brat – rezydent
endokrynologii – w którego dawnym pokoju przyszło mi mieszkać. Ściany i podłoga
pełne były napisów i rysunków, niekiedy dość psychodelicznych. Był – jak
siostra – oryginalny, przekonany o swojej racji, poza tym lekko rasta i mocno
zakochany w klimatycznych knajpkach i sztuce ulicznej.
W skład rodziny wchodzili
oczywiście również mama i tata, których też przyszło mi poznać. Tata, do
którego należał gigantyczny dom po dziadkach w samym centrum Tunisu przy
wzgórzu z Kasbą, był torakochirurgiem. Mama natomiast, wykazując o wiele
bardziej niespokojnego ducha, zaczęła karierę od dziennikarstwa by, przechodząc
przez stanowisko specjalistki od HR w rodzinnej firmie, skończyć jako rzeźbiarka. Swoje
prace wystawiała z przyjaciółką we własnym przydomowym atelier, a także
lokalnych galeriach. Specjalnością, za którą dostała nagrody, były wszelkiego
rodzaju rzeźby ryb. I trzeba było przyznać, że niektóre pomysły były całkiem
niezłe. Sprawiała wrażenie kobiety o silnym, władczym charakterze, a ja – poza
szacunkiem – czułam przy niej lekkie przerażenie i zakłopotanie swoją głupotą
jaką zdawała się mi przypisywać. Kazała mi się jednak czuć jak w domu i –
biorąc pod uwagę, że był to dom dostatni i w zasadzie przytulny – tak też się czułam.
Ale odzywałam się przede wszystkim do Malek i Rym.
W zasadzie powiedzenie, że
trzypiętrowy dom ze sporym ogrodem, z którego z łatwością można zrobić 3 niezłe
mieszkania jest przytulny może się wydać dziwne, choć to prawda. Jego ogrom
mogłam zobaczyć schodząc na mini wycieczkę do atelier. Była to w zasadzie stara
rezydencja w całości przeobrażona (przynajmniej wewnątrz) przez mamę Malek.
Wszystko zostało wyłożone tradycyjnymi płytkami naśladując tradycyjne, stare
tunezyjskie domy. Tak samo urządzono salon, a w łazience z rzymską mozaiką na
podłodze woda docelowo miała lać się z paszczy lwa. Wśród tego wszystkiego można było znaleźć dzieła mamy Malek i prace innych artystów, między innymi nietypowe wazony o kształtach Wenus z Willendorfu i awangardowe grafiki. I
żeby nie było, wszystko to było naprawdę ładne.
 |
Brama mediny w Tunisie |
Wkrótce po przyjeździe
wybraliśmy się początkowym składem na kawę, lądując w bardzo eleganckiej,
bardzo europejskiej kawiarni „Cosmitto” nad tuniskim jeziorem. Cała dzielnica z
promenadą sprawia wrażenie bardzo drogiej i szykownej, a ceny – również jak ze
Starbuck’sa. Na tym i jedzeniu pysznych, domowych specjałów na kolację niestety
skończył się ten pierwszy dzień. Byłam zbyt zmęczona tygodniem spotkania na
szczycie, gdzie zajmowano się
największymi wyzwaniami. Nic to, że spora część z ponad tysiąca jego uczestników nie zaprzątała sobie głowy jego rangą i przyjechała na imprezę. Być może zawsze tak jest na podobnych spotkaniach, na obradach parlamentu europejskiego również. O tym przekonam się już wkrótce.
 |
Tajine |
Ale wróćmy do jedzenia w moim
tunezyjskim domu. Było ono, nie tylko w domu, cudowne. Tego dnia rodzice Malek
przynieśli z imprezy zaręczynowej danie z tajine, różniącym się znacznie od
znanego mi tajine
z Maroka. Ten jest w zasadzie czymś między tartą, a omletem.
Kolejnego dnia w domu skosztowałam klopsików w sosie pomidorowym cudnie
doprawionym miętą i domowego majonezu. Nigdy nie jedząc majonezu zajadałam się
nim nabierając go po prostu bagietką (też pyszną, zdecydowanie lepszą niż francuskie).
Sam fakt, że o tym piszę jest już wystarczającą pochwałą, bo przecież zwykle
nie rozwodzę się nad jedzeniem. Dopełnieniem szczęścia była lemoniada – w
Tunezji, tak jak we Włoszech czy południowej Francji był akurat sezon na
cytryny. W związku z tym najprawdziwsza lemoniada była obecna w domu i na ulicach –
za jedyne 300 milimów, czyli około 60 groszy.
 |
Lemoniada :) |
Kolejnego dnia obudziłam się i
nie znalazłam w domu nikogo poza Habibą. Poprzedniego dnia zostałam ostrzeżona
przez Malek, że kolejnego dnia z pewnością się spotkamy i żebym uważała, bo
Habiba to najważniejsza osoba w domu. Wiekowo pomiędzy starszą siostrą i
ciotką. Przychodząca pomagać w ogólnym ogarnianiu domu, tak jak w Trujillo
przychodziła Maria. W rodzinie od 30 lat. Chętnie bym z nią pogadała. Gdybyśmy tylko
miały choć jeden wspólny język. Habiba była reprezentantką tej - sporej - części
tunezyjskiego społeczeństwa, która – mając do tego przecież absolutne prawo –
mówiła jedynie po tunezyjsku, który jest lokalną wersją arabskiego. A ja jadąc
do Tunezji łudziłam się, że kraj w którym francuski figuruje jako język
urzędowy, mówi po francusku. Świat jest jednak bardziej przewrotny i Habiba
była tylko pierwszą z wielu osób, z którymi nie do końca potrafiłam się dogadać. Ba! Nie
wychodziło mi nawet dogadywanie się na migi, mimo że w Peru szło to całkiem
nieźle. Ustaliłyśmy jednak, że chcę śniadanie, a Habiba opowiadała później
wszystkim domownikom jaka jestem śmieszna, bo nie można się ze mną dogadać.
Wybrałam się na zwiedzanie
miasta. Ponieważ znajdowaliśmy się bardzo blisko Kasby, była ona pierwszym miejscem do którego się wybrałam,
mijając po drodze ministerstwo spraw religijnych, czy ludzi protestujących wesołą piosenką przed którymś
ministerstwem. Protest nie wyglądał w żadnym
wypadku groźnie. Zdecydowanie groźniej prezentowały się druty kolczaste i
zasieki odgradzające wszelkie przestrzenie przed „delikatnymi” ministerstwami i
urzędami, gdzie potencjalnie możnaby chcieć przeciwko czemuś protestować. Nieco mniej groźnie prezentowała się policja - chłopcy (i dziewczęta) wyglądali dość przyjaźnie. Czemu zatem przed wyjazdem sprzedaż dinara tunezyjskiego w Bordeaux
była zawieszona z uwagi na niestabilność kraju? Naprawdę była, nie żartuję.
Skłoniło mnie to wtedy do refleksji nad tym co zastanę na miejscu.
 |
Druty kolczaste na Avenue Habib Bourgiba |
Tuż obok ministerstw zaczynała
medina i suki, na których bez przerwy się gubiłam. Po pewnym czasie (3 dniach)
udawało mi się już jednak znaleźć niektóre miejsca, których szukałam i podążać
wyznaczonym szlakiem. Poza tym wydaje się, że w medinie trzeba się zgubić, dać
sobie czas i zabłądzić. Jest naprawdę piękna.
 |
Pani domu w pracowni |
W każdej chwili można kogoś
zapytać o drogę lub też – jak wydarzyło się dwa razy w moim przypadku – zgarną
Cię samozwańczy „freelance guides”, starsi panowie którzy twierdzą że ich
intencją jest pokazanie Ci miasta, a nie zgarnięcie pieniędzy. No, ale skoro już
zobaczyłaś te cuda, to może masz ochotę dać coś dla jego dzieci? Malek i
Oussema, z którymi później się spotkałam trochę mnie zgromili za to że dałam się tak zrobić w konia, bo
przecież wszystko wiadomo od początku.
 |
Mlawi grzeje się dla mnie w ulicznej knajpce |
Z drugiej strony Ci panowie rzeczywiście dobrze znają medinę
mieszkając w niej od urodzenia, czemu więc nie zobaczyć za drobnego pieniążka
tego, co mają do pokazania? Zwłaszcza, że glówna atrakcja – panorama na dachu
jednego ze sklepów z dywanami jest na tyle trudna do znalezienia, że wymaga
kogoś ogarniętego. Poza panoramą jest tam też coś jeszcze – historia według której sklep
był tak naprawdę pałacem niejakiego beya. W środku w ramach ekspozycji można
było rzeczywiście oglądać jego łoże (w którym sypiał z 4 żonami) i stroje. Poza
tym portrety wszystkich bey’ów. Ale kim oni byli? Tu przyda się kilka słów o
tym co działo się z Tunezją w średniowieczu i trochę później.
Miejsce imperium rzymskiego
na terenach Tunezji zajęli dość szybko Arabowie. Tunezja przestała być dalekim krańcem państwa czy jego spichlerzem. Stworzono Kirouan (pierwsze
muzułmańskie miasto Północnej Afryki) w którym do dziś można znaleźć najstarszy
minaret na świecie. Poźniej Tunezja przechodziła z rąk do rąk, na zmianę
rządzili nią władcy z Europy i kręgu arabskiego – to Fatymidzi z Egiptu, to
Normanowie z Sycylii (dla których Tunezja, zresztą jak dla wszystkich, którzy
„posiadali” Sycylię była kluczem do kontroli ruchu morskiego między tymi dwoma
kawałkami lądu).W międzyczasie Imperium Osmańskie wyrosło na taką
potęgę, że podeszło aż do Tunezji, którą podbiło, a ze względu na wielkość
Imperium musiało mianować namiestnika. Po pewnym czasie namiestnik, pan, czyli
właśnie „bey” miał już dziedziczną władzę w Tunezji, która cieszyła się w
ramach Imperium Osmańskiego częściową autonomią. Czyli "bey" był w zasadzie królem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz