piątek, 28 lutego 2014

Spaleni biernie, część 2

Carnaval de Nice, Bataille des Fleurs
Kolejnego dnia po zwiedzeniu starej części Antibes z Guillame, zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy do Nicei. Tym razem na zwiedzanie miasta mieliśmy cały dzień z którego ja mimo wszystko uszczknęłam trochę na dalsze darmowe podglądanie karnawału. Tym razem zaplanowana była cudownie brzmiąca „bitwa kwiatów”. Jeszcze tylko zostawimy rzecz u hosta... No właśnie. Był to – jak dotąd – jeden z moich najbardziej oryginalnych hostów. Chcąc jedynie zostawić rzeczy natknęliśmy się na dwójkę jego znajomych, chillujących w zagraconym salonie z dwoma wielkimi psami, które po pierwszym bardzo negatywnym wrażeniu (kiedy wydawało się, że chcą nam odgryźć nogę albo chociaż ucho) okazały się jednymi z najmilszych mieszkańców i po dwóch dniach znajomości zostały ochrzczone przez Mateusza jako Biała Masajka i Matka Przełożona. 
tak - razem z innymi - oglądałam Bitwę Kwiatów z McDonald'sowej miejscówki
Usiedliśmy na chwilę. Atmosfera bohemy, wszyscy patrzyli się na siebie, nie mówiąc ani słowa. Szybko się zmyliśmy, całą drogę do centrum zastanawiając się jak będą wyglądać nasze dwa kolejne dni w tym mieszkaniu, w którym - jak nam zapowiedziano – piękni czterdziestoletni co dzień organizują imprezy po których budzą się przywaleni trójką przypadkowych współtowarzyszy.
jeden z moich ulubionych placyków w starej części Nicei
Cały teren parady zastawiony był dość szczelnie wielkimi płachtami, a przy każdym prześwicie stały już po trzy osoby. Parada już się zaczęła, sprawa wyglądała beznadziejnie. W obliczu zaistniałej sytuacji postanowiłam napić się kawy w McDo tuż przy torze parady, który ku mojemu zaskoczeniu okazał się wyborną miejscówką. Razem z większym gronem osób, w tym dwoma panami bezdomnymi, staliśmy sobie na stołach. Karnawał w wersji budget.
Bitwa Kwiatów ciągnęła się wzdłuż sporej części Promenade des Anglais
Niestety okazało się, że „bitwa kwiatów” polega na (jak w zasadzie i następnego dnia podczas karnawału w Menton) przejeździe platform udekorowanych kwiatami sukcesywnie odczepianymi i rzucanymi w tłum przez urocze panie. Ładnie wyglądali później w całym mieście ludzie wędrujący z naręczami kwiatów. Po zakończeniu parady dołączyłam do reszty i jakoś tak długo plątaliśmy się po mieście szukając motywacji do powrotu do mieszkania.
Nicea widoczna z Colline du chateau
Ostatecznie tak naprawdę całe towarzystwo było miłe. Tylko do tego dość specyficzne, do czego nie byliśmy przyzwyczajeni. W Polsce mimo wszystko nie często zdarza mi się trafić na grupę czterdziestolatków mających dzieci w wieku 6-16 lat, którzy mimo tego co dzień spotykają się przy sporych ilościach wina i worku trawy. W miarę upływu wieczoru byliśmy też wprowadzani w zawiłe historie wszystkich obecnych. Nie było to łatwe, bo zdarzało im się z nas bezdusznie żartować. Było więc Thibo, nasz host. Mówiący bardzo poprawnym angielskim, o nieco zagubionym zachowaniu. Była cicha Francoise, właścicielka psów o typowej fizjonomii psów francuskich bezdomnych, śpiąca w mieszkaniu „choć miała być tylko dwa, trzy dni”, a ostatecznie zostając już tydzień. 
Port w Nicei
Później od Melissy, bardzo energicznej Mulatki z RPA, która dla odmiany spała w pokoju Thibo dowiedzieliśmy się, że Francoise jest kobietą, z którą Thibo ma 16-letniego syna. Melissa natomiast przez telefon Agi, aby nie mógł oddzwonić i nie zadawał pytań, poinformowała swojego męża, żeby jednak po nią nie przyjeżdżał kiedy będzie wracał z meczu. Poznała go, dość bogatego i miłego Francuza z Lazurowego Wybrzeża, będąc spłukana w Nowym Jorku. Postanowiła zaryzykować. Teraz po próbach separacji była uwięziona w Nicei w zasadzie bez jakiejkolwiek rodziny czy znajomych, za to z naprawdę słabą znajomością francuskiego jak na 10 lat mieszkania w tym kraju. Trzymało ją ich wspólne 8- letnie dziecko i francuskie prawo według którego  rodzice dziecka muszą mieszkać w jednym mieście (jeśli oczywiście oboje chcą je spotykać). 
Stare miasto, Menton
Dlaczego tak próbowała uciec od męża? Raz powiedziała, że jest nieskończenie nudny, innym razem że ją bije. Thibo był jedyną osobą, która wyciągnęła do niej rękę i u której mieszkała w czasie dwumiesięcznej separacji. 
W połowie „imprezy” do mieszkania wpadł Michel, pieszczotliwie „Michał”. Trochę pochodził po mieszkaniu tworząc muzykę przy pomocy puchara i długopisu, którym zakreślał po nim koła, aż tak go to zmęczyło, że padł na jedną z kanap i wstał dopiero kiedy nikogo już nie było, a my wskakiwaliśmy do śpiworów na zasłużony odpoczynek. Kolejnego dnia okazał się całkiem miłym kolesiem. Raz był malarzem, raz kucharzem. Ogólnie, jak wyjaśniła nam Melissa z rozbrajającą spontanicznością pokazując nam swój akt ,towarzystwo - niezależnie od ścieżek życia którymi podążali - było dość artystyczne i nieraz zdarzało się, że podczas imprezy łapali za pędzle, gitary lub inne przedmioty sztuki. 
Menton, Eglise St Michel i Chapelle des Penitents Blancs
Trzeba przyznać, ze niektóre grafiki czy na przykład lustro były całkiem niezłe. Jako ostatni element towarzystwa dochodziła grupka 3 mężczyzn, z którymi co prawda Aga i Mateusz rozmawiali więcej, ale mnie tak denerwowały te rozmowy dla rozmowy, w których rozmówca w ogóle Cię nie słucha, albo wkręca Agę, że jest finansistą będąc hydraulikiem, że wolałam już tak siedzieć i patrzeć się w sufit. W powietrzu wypełnionym zapachem trawki pytano nas o katolicyzm w Polsce, Taize i puszczano Couperin na przemian z południowoafrykańskim Die Antwoord.
Kolejnego dnia na większą jego część rozstaliśmy się – Aga pojechała z Mateuszem do Monaco, a ja dalej do miasteczka położonego już prawie na granicy włoskiej – Menton. W Menton co roku również odbywa się karnawał, ale jest o tyle wyjątkowy, że wszystkie postacie i platformy przygotowywane są z pomarańczy i cytryn z których słynie region. Korzystając z czasu który wciąż miałam do rozpoczęcia parady rozejrzałam się po starówce i okazała się naprawdę ładna.  Wspina się dość stromo na nadbrzeżne wzgórze (bo w końcu jest to departament Alp Nadmorskich) i górują nad nią dwa kościoły do których prowadzą tarasowe schody.
Karnawał w Menton, włączając zarówno teren parady jak i tworzony na tą okazję ogród z figurami z cytrusów, jest jeszcze lepiej strzeżony od tego w Nicei. Obsługa nie pozwala sobie na żadne prześwity, żadne podglądanie, a jednym miejscem gdzie można było rzucić okiem na platformy ponad głowami innych ludzi był wyjazd dla karetek, który blokowaliśmy z innymi szczelnym murem. Parada była nieco bardziej wystawna niż ta w Nicei, ale też trwała krócej, więc po pewnym czasie dołączyłam do ekipy z Monaco.
Mirroir d'eau w Nicei
Monaco oczywiście warto zwiedzić, ale w zasadzie był to już mój czwarty raz. Z pierwszego, kiedy byłam bardzo mała, zapamiętałam przede wszystkim wielką aferę z zaginięciem zbuntowanej Weronisi, która wyczłapała bóg raczy wiedzieć gdzie z wielkiej – jak mi się wtedy wydawało – katedry. Znaleziono ją dopiero na komisariacie policji, gdzie podejrzani panowie policjanci starali się spoić biedne dziecko colą. Z drugiego razu – 7 lat temu – pamiętam zdecydowanie więcej, byłam jednocześnie rozczarowana i oczarowana. Jako dzieciom wszystko wydaje nam się wielkie, nieogarnialne i wspaniałe, a tu później okazuje się, że pałac królewski to taki mały pikuś. Warto odwiedzić muzeum oceanograficzne, przejść się po starym mieście, rzucić okiem na tor Formuły 1 i to jak cudownie w skalnej rozpadlinie urządziło się miasto. A na koniec oczywiście dojść do kasyna, bo jak możnaby je ominąć.
Uroczy pan bardzo starał się żeby nie wpuścić mnie na teren karnawału :)
Wszystkie postacie zrobione były z cytryn i pomarańczy
Na trasie między Monaco i Niceą znajduje się wiele uroczych zakątków, na których zwiedzanie miałam czas 7 lat temu. Warto więc wyskoczyć na Cap Ferrat z palmami w całości obsadzonymi przez głośne papużki, willą Rothschildów z ogrodami i willą Kerylos. Później można skierować się do ładnego Villefranche-sur-mer i przespacerować się po starych uliczkach. A na koniec miasteczko, które po wizycie 7 lat temu było – razem z Bańską Szczawnicą – na mojej liście najbardziej zaczarowanych jakie widziałam – Eze-Village. Czułam się wtedy tym bardziej jak zdobywca, kiedy wysiadłam w Eze-Bord-de-mer i wspinałam się ścieżką aż na górę. Maleńkie, skondensowane na górującym nad okolicą i morzem wzgórzu, z fabryką Fragonarda jako dodatkową atrakcją.
Monaco
Mimo, że na Lazurowym Wybrzeżu bylismy tylko 4 dni, czuliśmy jakby to były dwa tygodnie prawdziwych, letnich wakacji. Takiemu lenistwu nie sposób się nie poddać.
Teraz natomiast znów piszę z (bardzo niewygodnego do spania) lotniska Charles de Gaulle lecąc przez Tunezję do Polski. Już za dwa tygodnie dom na miesiąc! Przy okazji podróży przez Paryż spotkałam się z Niną, która była Erasmuską w Krakowie i przez pół roku dzieliła z nami (i swoim kotem Tuliem) mieszkanie. Miło móc spotkać znajomych wszędzie gdzie się trafi. 
I typowa w Nicei socca, czyli naleśnik z mąki z ciecierzycy
Okazało się też, że całkiem dżentelmeni z tych paryskich Francuzów. Za każdym razem kiedy w nieprzyjaznym paryskim metrze pojawiły się schody zjawiał się też ktoś kto oferował się ponieść mi walizkę.

A teraz czas na Tunis!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz