poniedziałek, 4 marca 2013

Destination Na-ja-gra


Wysiadasz w Buffalo i znajdujesz się w zupełnie innym świecie. Podczas gdy w Nowym Jorku, pozwalając sobie na odrobinę szaleństwa można było przy słoneczku odpiąć płaszcz, tutaj tego z pewnością nie zrobisz. Tylko 8 godzin jazdy i z nieśmiałej wiosny przenieśliśmy się z powrotem do zimy. Legendy głoszą ponoć, że to najzimniejsze i najbardziej śnieżne miasto w całym kraju. 
Koczując w Buffalo
(Update: W tej chwili Nowy Jork i Waszyngton zakopane są pod warstwą śniegu, która zmusiła naszą firmę do odwołania autobusu z Toronto do Waszyngtonu, zatrzymując nas w Kanadzie. Do odwołania.)
Kiedy dotarliśmy do Buffalo była 3 nad ranem, a z uwagi na to, że była niedziela pierwszy miejski autobus nad Niagarę miał odjechać dopiero o 8.15. Mieliśmy więc 5 godzin, które w moich początkowych planach moglibyśmy poświęcić na nocne odkrywanie miasta (jasno robiło się dopiero koło 7) po zostawieniu gdzieś bagaży.  Jednak pomimo pewnych różnic między NYC, a Buffalo ludzie w swoim zapale do brania odpowiedzialności za bagaże niewiele się różnili. Większość czasu spędziliśmy więc na spaniu i surfowaniu, bo u nas był internet, a w Polsce były rozsądne godziny poranne. Ile jednak można siedzieć na dworcu? Postanowiliśmy się przejść w stronę mariny lub downtown, głównie w poszukiwaniu jedzenia. Niestety o tej godzinie w niedzielę ciężko było znaleźć w Buffalo coś więcej niż śnieg. Śnieg na drzewach, śnieg na ulicach. Polscy drogowcy, wcale nie jesteście tacy źli, wielką Amerykę śnieg tak samo zaskakuje. Wróciliśmy na dworzec tak samo głodni i przemarznięci.
Robert Śniadaniożerca

O 8.15 pomknęliśmy miejskim autobusem nr 40 w stronę Niagary, mijając tradycyjne amerykańskie domki z ganeczkami i smutne, uśpione drzewa. Autobus wysadził nas dokładnie przed visitor centre, pierwszym miejscem, gdzie ktoś sam zaoferował nam przechowanie bagaży. Dzięki temu mogliśmy zwiedzić wszystkie dostępne o tej porze roku zakątki amerykańskiej strony Niagary takie jak Goat Island czy platforma widokowa, która o tej porze roku jest darmowa i zjedliśmy prawdziwe amerykańskie śniadanie, któremu prawdę mówiąc nie daliśmy rady. Często nam się to tutaj zdarza. Wyglądało jednak imponująco – jajka, kiełbaski, tosty i typowe naleśniki polane syropem klonowym i bitą śmietaną. Kiedy nacieszyliśmy brzuchy i oczy skontaktowaliśmy się z naszą hostką z St Catharines – Carlą, która mając do dyspozycji samochód zaoferowała się przyjechać po nas aż do Niagara Falls po kanadyjskiej stronie. Granicę na Rainbow bridge pokonaliśmy więc na piechotę. Żadne przewodniki i blogi nie kłamią, że Niagara najpiękniej prezentuje się ze strony kanadyjskiej. Ciekawe w zasadzie jak wygląda z restauracji na wieży, do której nie udało nam się dotrzeć. Jadąc w stronę St Catharines rzuciliśmy jeszcze okiem na kanadyjską i amerykańską elektrownię na rzece, zakole i urocze miasteczko Niagara – on – the – Lake. Dowiedzieliśmy się też od naszej hostki nieco o uprawie winorośli w Ontario i wyjątkowym, kanadyjskim rodzaju wina – ice wine. Jest to przedziwne wino, które zbiera się ręcznie dopiero wtedy, kiedy temperatury w ciągu 3 dni będą poniżej -8 stopni. Przypada to mniej więcej na styczeń. Teraz jest marzec, -5 stopni, a ja i tak trzęsę się z zimna.
Jadąc samochodem w stronę St Catharines postanowiliśmy też zobaczyć pokaz świateł nad Niagarą, o tej porze roku jest około 20.30. Kiedy dotarliśmy do domu stwierdziliśmy, że nie mamy ochoty ani jeść, ani nawet myć się tylko uciąć sobie drzemkę, choćby na godzinkę. Budzik był ustawiony. Ale nawet jemu nie udało się pokonać naszego zmęczenia i obudziliśmy się o 22, kiedy już wszystkie pokazy nad Niagarą były z pewnością zakończone. Widać sen w megabusie nie był wyjątkowo efektywny. Ta jakże krótka, 6,5 – godzinna drzemka nie przeszkodziła nam w pójściu spać 2 godziny później już o normalnej porze. Obudziliśmy się za to niczym ranne ptaszki i trend ten utrzymuje się również w Toronto – padamy koło 22 i wstajemy o 6/7. Takie już z nas przez jet-lag i dziwny tryb życia zrobiły się dziadki.


Nie porozmawialiśmy zbyt wiele z Carlą, gdyż następnego dnia musiała iść na uczelnię (jest z pochodzenia Brazylijką z Sao Paulo, gdzie skończyła inżynierię chemiczną, ale po przeprowadzce do Stanów 5 czy 6 lat temu stwierdziła, że chyba woli zostać kucharzem... i zaczęła odpowiednie kursy). Wychodząc zostawiliśmy tylko klucze w skrytce i zaczęliśmy szukać sklepu, który wymieniłby nam banknoty na drobne, którymi możnaby zapłacić za autobus. Przystanki są tutaj ledwo zauważalne, składają się, nawet te główne w mieście, z pojedynczego słupa owiniętego rozkładem jazdy. Udało nam się jednak dotrzeć do downtown terminal, a miasteczko wyglądało jakby za domkami z dzikiego zachodu postawiono bloki, po prostu. Nie było absolutnie niczego, co w St Catharines możnaby zwiedzać. Jeśli chodzi o miasta w Ameryce Północnej, to jeśli nawet Amerykanie mówią, że nic w nim nie ma, należy im zdecydowanie wierzyć. Po 1,5 h jazdy znaleźliśmy się w Toronto, zjedliśmy chicken tandoori, smakując wielonarodowość tego jednego z najbardziej wymieszanych na świecie miast i spotkaliśmy się z hostem. Okazało się, że nie może nas przenocować, bo jest chory i przyjeżdża do niego kuzyn. Mieszkał około 8 km od centrum. W zamian za to zaoferował nam mieszkanie swojego kumpla, który udał się na Zachodnie Wybrzeże i generalnie rzadko bywa w Toronto. Mieści się w zabytkowej dzielnicy, tuż przy Old Toronto , a z okna możemy podziwiać CN Tower o każdej porze dnia. 
Tego dnia postanowiliśmy jeszcze tylko zrobić zakupy, rzucić okiem na nadbrzeże i pochodzić po Old Toronto. Doszliśmy jednak do kampusu uniwersyteckiego, gdzie weszliśmy na kawę i mróz zawrócił nas z powrotem do mieszkania. Jadąc windą odkryliśmy też, że tu, w Ameryce, rzeczywiście nie istnieje 13 piętro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz