Wysiedliśmy w Waszyngtonie w – mniej, więcej – centrum miasta i przy pomocy map z przystanków autobusowych musieliśmy odszukać Andrew – naszego hosta, który miał wyjść na chwilę z pracy, żeby dać nam klucze do mieszkania. Jakież było nasze zdziwienie kiedy jego miejscem pracy okazał się sąd. Po pewnym czasie przestaje to jednak dziwić – Waszyngton sprawia wrażenie sztucznie stworzonego miasta prawników, polityków i sędziów. Wszyscy chodzą w garniturach, a przy projektowaniu miasta nikt nie pomyślał, że poza monumentalizmem, ktoś tu będzie musiał żyć i między rozprawami wrzucić coś na ząb.
żeby dostać się do Senatu lub Parlamentu trzeba przeżyć wejściówkowy szał |
Dostaliśmy jeden, maleńki kluczyk i udaliśmy się do
mieszkania. Wchodzimy – drzwi otwarte. Idziemy na 2 piętro, kolejne drzwi
otwarte. Przed nami otwiera się salon i kuchnia, jesteśmy w mieszkaniu, w ogóle
nie korzystając z klucza. Idziemy na górę, jest pokój po lewej i prawej,
wszystko zgodne z opisem. Nie mogłam jednak zaakceptować faktu wejścia do
czyjegoś mieszkania, ot tak, z ulicy i wciąż bałam się, że nagle okaże się, że
to nie to mieszkanie, za chwilę przyjdzie właściciel z wiatrówką i odstrzeli
nas jak kaczki. Udało mi się jednak znaleźć jakiś list zaadresowany do hosta,
mogłam więc być już względnie spokojna. Stwierdziliśmy, że pomimo zmęczenia (i
nie jedzenia nic konkretnego od poprzedniego popołudnia w Toronto) rzucimy się
w wir zwiedzania. Niczym zombie przemknęliśmy przez Bibliotekę Kongresu, a że
później podziemiami dało się przejść prosto do Kapitolu, kontynuowaliśmy tam.
Sumienie Roberta nie pozwoliło nam zrezygnować z żadnej z tamtejszych atrakcji,
odwiedziliśmy więc House of Representatives i Senat, byliśmy na oprowadzanej
wycieczce, a przez cały ten czas marzyłam o piciu, jedzeniu i spaniu. W związku
z tym, pierwszym co zrobiliśmy po wyjściu było udanie się w stronę jednej z
tych waszyngtońskich wysp jedzenia – sklepy i restauracje mają tu tendencję do
występowania w grupach, jakby bały się, że cały monumentalizm i splendor
stolicy je pochłonie.
Kiedy zaspokoiliśmy już jedną potrzebę, obraliśmy kierunek
na spanie i stało się mniej więcej to co po naszej poprzedniej długiej,
autokarowej nocy w St Catharines. Ja jeszcze dałam radę obudzić się i przywitać
z hostem (i Rufusem, psem którym się aktualnie zajmował), więc idąc spać o 24 nieco
powalczyłam ze swoimi geriatrycznymi przyzwyczajeniami.
MetroKosmos |
Sobota była niestety ostatnim dniem beztroskiego zwiedzania
i trzeba było przenieść się do Baltimore, gdzie ma miejsce General Assembly. Przed wyjazdem udało nam się jeszcze wstąpić
do zachwalanego Air and Space Museum, które było całkiem sympatyczne, ale nie
zrobiło na mnie aż takiego wrażenia jak wszyscy zapowiadali. Wyjechaliśmy więc
z Waszyngtonu nie widząc Pentagonu, ani Lincoln Memorial i dotarliśmy do
Baltimore, gdzie po godzinie krajoznawczej jazdy autobusem przez miasto
wpadliśmy w chaos zgromadzenia dla tysiąca osób z niezliczonej ilości krajów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz