 |
...a dokładnie tu, na rozgrzewkę muzyka, o której więcej będzie później |
Akurat w dniu wyjazdu na nieco przedłużony weekend w
departamencie Lot wizyta na moim oddziale, na którym nigdy nic się nie dzieje,
przeciągnęła się do 13, albo i dłużej. Taka złośliwość losu. Była mżawka i
pozostawały nam tylko 4 godziny słońca kiedy z Esterą wyruszyłyśmy stopem w
stronę Cahors.
Początkowy plan zakładał kierowanie się na Bergerac, żeby
przez Dordogne dojechać tego dnia do Cahors. Uświadomiono nam jednak, że
świetnie się stało, że godzinny przejazd tramwajami przez miasto odwiódł nas od
tego pomysłu, bo skończyłybyśmy w nocy w bóg raczy wiedzieć w jakiej pipidówce.
Skierowałyśmy się więc autostradą na Tuluzę i miałyśmy niesamowite szczęście do
ludzi spotkanych po drodze. Być może jest tak ogólnie we Francji – Lukas który
robi ze mną już kolejny staż i równolegle do nas kierował się przez Tuluzę w
kierunku Hiszpanii dostał nawet od kierowcy zaproszenie na nocleg kiedy
zaczynało się ściemniać.
 |
Pont Valentre, Cahors |
Nas jako pierwsza podwiozła nasza „francuska mama” z
Sainte-Foy-La-Grande. Mając córkę dokładnie w naszym wieku była tak przejęta
naszą wyprawą, że specjalnie dla nas pojechała autostradą, a żegnając się
zostawiła nam swój numer z zaproszeniem do domu jeśli kiedyś znajdziemy się w
jej okolicach. Później jechałyśmy z uroczym informatykiem (jest ich we Francji
całkiem sporo!), facetem który robił Erasmusa na Islandii i dwójką uroczych
dzieciaków, na koniec - dzięki małemu nieporozumieniu - lądując o zmroku na
bramkach w miejscu, w którym diabeł mówi dobranoc. Zatrzymały się dla nas ze 4
samochody, ale wszyscy jechali w kierunku przeciwnym do naszego. Stwierdziłyśmy
więc, że w obliczu nadchodzącej nocy lepiej już wrócić na gigantyczne bramki z
których startowałyśmy godzinę wcześniej w okolicy Montauban i tak po 1,5
godziny wróciłyśmy do punktu wyjścia. Na szczęście dalszy transport znalazł się
dość szybko i nasi dobroczyńcy (którzy musieli zawędrować aż do Warszawy, aby
opanować najlepszą na świecie metodę
robienia croissantów) odstawili nas w samym centrum Cahors.
 |
Conques |
Szybko zostawiłyśmy rzeczy i już pędziłyśmy z naszym hostem
– Adrienem – na spotkanie lokalnej grupy pracującej nad... lokalną walutą, z którą spotkałam się tam po raz
pierwszy w życiu. Podczas spotkania zadzwoniła do nas też nasza „francuska
mama” pytając czy dotarłyśmy bezpiecznie do celu i życząc nam udanej podróży.
Niestety po rundce podczas której przedstawiłyśmy się dość leciwemu zespołowi
stowarzyszenia jako „zagraniczne studentki – obserwatorki” postanowiłyśmy się
zmyć na nocny spacer po starówce.
Cahors to ładne miasto z bogatą historią, które obecnie (a
nawet już w XVI wieku) nieco straciło na znaczeniu, choć wciąż pozostaje
głównym ośrodkiem departamentu Lot. W średniowieczu posiadało jeden z
pierwszych uniwersytetów we Francji i rozliczne przywileje. Było też stolicą
regionu Quercy, który obejmuje niesamowity, rzadko zaludniony, wapienny
płaskowyż, w którym rzeka Lot wyrzeźbiła niesamowite wąwozy.
 |
Katedra w Rodez |
Z Cahors pochodził jeden z papieży i niejaki Leon Gambetta,
który proklamował powstanie III Republiki i w każdym francuskim mieście ma
chyba plac lub ulicę nazwaną od swojego nazwiska. Podczas naszej wyprawy
okazało się, że z całego regionu pochodzi sporo ważnych, francuskich postaci.
W mieście warto zwiedzić katedrę i niesamowity, obronny
most, który ponoć nigdy nie został wykorzystany – Pont Valentre, pochodzić po
uliczkach i dostać się na wzgórze St Cyr z którego roztacza się niesamowity
widok na Cahors zbudowane w zakolu Lot. Obecnie główny Boulevard Gambetta
wyznacza granice między nowszą i starą częścią miasta, która dawniej otoczona
była w całości murem, wciąż zachowanym w północnej części miasta.
Następnego dnia – zapomniałam napisać, że przez całą wyprawę
non stop lało – bez nerwów wstałyśmy o 10:00 i spokojnie czekając z Adrienem na jego kumpla (który jechał do nas z Bordeaux carpoolingiem i stopem) zwiedziłyśmy Pont Valentre i La fontaine des Chartreux. Kiedy wszyscy byli już w komplecie i mogliśmy jechać w
kierunku Aurillac, gdzie chłopcy mieli spędzić weekend, była godzina 13. Wciąż byłyśmy
przekonane, że uda nam się stopem zwiedzić urocze Conques odłączając się od
chłopaków 30 kilometrów od miasteczka i wrócić około 120 kilometrów do Cahors
tego samego dnia. Rzuciłyśmy więc okiem na Maurs, w którym wysiadłyśmy i
skierowałyśmy się dalej. Szło... jak to na wiejskich drogach. W końcu dzięki
uprzejmości paru osób, które podjeżdżały dla nas trochę dalej niż powinny
dotarłyśmy do Conques w okolicach 14.
Jest to maleńkie, słodkie i kompletnie wyludnione o tej
porze roku miasteczko, którego głównym elementem jest istotne na szlaku do
Santiago de Compostelle opactwo będące jednym z największych kościołów
pielgrzymkowych Francji.
 |
Witraż przedstawiający krew Chrystusa jako czerwone krwinki w katedrze w Rodez |
Kiedy zaczęłyśmy myśleć o naszym 120 kilometrowym powrocie
była 16 i nic, nic, nic nie jechało. Zaczęłyśmy iść, bardziej dla rozrywki.
Ostatecznie zatrzymał się pewien pan jadący do Rodez – stolicy Aveyron,
departamentu w którym wtedy się znajdowałyśmy. Poprosiłyśmy żeby podrzucił nas
na drogę w kierunku Cahors, ale nasze przekonanie stopniowo malało w miarę
zbliżania się do punktu wysiadki i zapadania zmroku. Ostatecznie postawiłyśmy
na inny rodzaj przygody i oto z samymi aparatami i wyposażeniem na 1-dniowy
wypad znalazłyśmy się w Rodez. To zabawne, bo jeszcze 2 miesiące temu, przed
wizytą w Perpignan u Ben pochodzącej z Aveyron nie wiedziałam o istnieniu
takiego regionu, a teraz proszę – znalazłam się tam przez przypadek.
 |
tajemnicza winda we Foyer |
Niestety policja nie potrafiła nam pomóc w kwestii
zakwaterowania. Nauczone doświadczeniem z Sarlat-la-Caneda powędrowałyśmy bez
przekonania w stronę zamkniętej o tej porze informacji turystycznej. W jej ścianie
znalazłyśmy gigantycznego tableta, który nas uratował. Niestety mapa z której
korzystał błędnie pokazywała kierunki, więc zanim dotarłyśmy do najtańszego w
mieście Foyer de Jeunes Travailleurs była 20. Nasz ośrodek dla młodych
pracowników mieścił się w pięknej, starej willi miejskiej i był całkiem niezłym
akademikiem o nietypowej atmosferze w którą świetnie wpisywała się garstka
przypadkowych mieszkańców. Miałyśmy więc szanse poznać 60-letniego Anglika,
dziewczynę o wyglądzie młodej uciekinierki i paru bardziej typowych chłopaków.
Do tego nauczyłyśmy się, że tak naprawdę nic, od szczoteczek do zębów, przez
ręczniki i bieliznę nie jest nam do życia potrzebne, a jedząc pizzę zobaczyłyśmy
odcinek „Krwi winnicy”. Ależ tak! Francuzi stworzyli serial policyjny zatytułowany
„Le Sang de la vigne”, którego akcja dzieje się w kilku znanych z uprawy
winorośli regionach kraju, ale przede wszystkim w Bordeaux. Ot serial na
Erasmusa.
 |
Psia fontanna w Cahors |
Znajdując się już w Rodez i słysząc, że to nienajgorsze
miasto postanowiłyśmy się mu przyjrzeć. Ma malutką starówkę o wąskich
uliczkach, imponującą katedrę i położone jest na wzgórzu oddzielonym głębokim
wąwozem od nowej części miasta. Z Rodez
udałyśmy się w kierunku Figeac, określonego przez przewodnik jako
piękne, stare miasto targowe. W drodze rozmawiałyśmy z pewnym młodzieńcem o
genetyce, a od dwóch sióstr o polskich korzeniach dowiedziałyśmy się, że idąc
za radą ich babci możemy spróbować przygotować pierogi ruskie we Francji przy
pomocy sera o nazwie faisselle. Przydatne.
Położony na rzeką Cele Figeac we Francji słynie przede
wszystkim jako miasto pochodzenia Jean-Francois Champollion, który przy pomocy
kamienia z Rosetty rozszyfrował egipskie hieroglify. Cały przemysł turystyczny
miasteczka, w tym bar „Sfinks” i cafe „Pyramide” opiera się więc na jego
osobie. Poza tym jest urocze, jak większość miasteczek w tym regionie.
 |
Reprodukcja kamienia z Rosetty w Figeac |
Z Figeac skierowałyśmy się dość losowo w stronę Cahors,
wiedząc że chcemy zahaczyć o St-Cirq-Lapopie, wioskę zaliczaną - podobnie jak
wiele już odwiedzonych przez nas w Dordogne - do najpiękniejszych we Francji.
Nie każda z nich mogła się jednak poszczycić malarzami, którzy twierdzili, że
po ich zobaczeniu nie mają potrzeby udawać się już nigdzie indziej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz