wtorek, 11 lutego 2014

Gdzieś we Francji - część 2

Z pewnym panem trafiłyśmy do mieściny, gdzie znalazłyśmy potwierdzenie dla spostrzeżeń, które wyczytałam kiedyś w "Roku w Prowansji" Peter'a Mayle'a - Francuzi z prowincji lubią polowania. Dla tych celów trzymają sporo seterów. A setery te straszą zagubione autostopowiczki. Na szczęście dość szybko znalazł się chłopak, z którym dotarłyśmy do kolejnego miasta na trasie Saint Jaques de Compostelle - Cajarc, skąd widać piękne klify wapiennego płaskowyżu.

Stamtąd już w zasadzie bezpośrednio, z pewnym rubasznym Portugalczykiem, który na okolicznej fermie pracował z Polakami i zrobił nam małą przejażdżką po wioskach przy trasie, dotarłyśmy do St-Cirq i naprawdę zostałyśmy oczarowane w mgnieniu oka. Z uwagi na urodę miasteczka i bliskość do Cahors i autostrady nawet o tej porze spotkałyśmy tam tłum turystów (w porównaniu z wcześniej odwiedzanymi miejscami). Poza tym wydawało się jakby nie mieszkał tam już na stałe prawie żaden człowiek, choć w oknach były firanki, a z kominów wydobywał się dym. W kościele w St-Cirq usłyszałyśmy też chyba najbardziej niesamowitą akustykę na świecie. Aż chciało się śpiewać żeby ją wypróbować, a że byłyśmy same wprowadziłyśmy ten plan w życie.
w drodze do St-Cirq-Lapopie
Nawet jadąc stopem czasem zdarza się spotkać ludzi, których - mimo niesamowitej uprzejmości jaką nam wyświadczają - z miejsca przestaje się lubić. Na takich trafiłyśmy jadąc z St-Cirq i nie zmieniłyśmy zdania, choć nadrabiając drogi prawie wwieźli nas na wzgórze St Cyr w Cahors, żebyśmy mogły zobaczyć panoramę. Byli tak nieskończenie przekonani o swojej racji, o tym że o studiach medycznych i tym jak ciężko tam jest wiedzą wszystko, a na tym szczycie na który zmierzamy nic nie ma, że nie pozostało nam nic innego jak potakiwać z rezygnacją. Myślałyśmy, że dotarłszy na szczyt St Cyr jesteśmy u celu, ale okazało się, że wzgórze jest całkiem sporą, płaską przestrzenią i musiałybyśmy iść jeszcze 2 kilometry, gdyby nie zatrzymała się pewna rodzinka. Dojechaliśmy do panoramy, grzecznie podziękowałyśmy i zaczęłyśmy osobne zwiedzanie. 15 minut później kiedy przy zapadającym zmroku zaczęłyśmy zmierzać w kierunku Cahors złapałyśmy ich znowu, innej drogi nie było :). I tak oto po dwóch dniach wróciłyśmy do naszego tymczasowego domu z jednodniowej wycieczki.
St-Cirq-Lapopie
Kolejnego dnia przespracerowałyśmy się jeszcze z Adrienem po Cahors, podwiózł nas w okolice wyjazdu na autostradę i życzył szczęścia w dotarciu tego dnia do Bordeaux. Miałyśmy go sporo trafiając na Guillame, gitarzystę grającego gościnnie z zespołem "Ni vu, ni connu" (klik!) podczas różnych festynów w miasteczkach całej Francji. Właśnie wracał z jednego i jechał do kumpla w Tulle, bo w zasadzie jako człowiek, który sporo się przemieszcza... nie ma domu. Cały swój dobytek i gitarę wozi więc w samochodzie i kiedy akurat nie śpi w miasteczku, w którym gra, jest u znajomych. Ponieważ miał jeszcze parę godzin do powrotu kumpla z pracy i nie miał innych planów postanowił podwieźć nas do Rocamadour, które chciałyśmy jeszcze zwiedzić. A znajduje się z dala od wszystkiego, zawieszone na skale. Liczyłyśmy, że zwiedzi z nami miasteczko, ale niestety, po prostu podwiózł nas i pojechał dalej. Jednak nic straconego, możemy jeszcze pojechać na festyn do Langon, gdzie zespół wybiera się w maju i podrywać chłopaków na "wiesz, że znam osobiście gitarzystę? Jechałam z nim stopem!". 
St-Cirq-Lapopie
Dużo w tych dwóch postach zachwytów, ale Rocamadour jest rzeczywiście niesamowite. Dzięki okropnej pogodzie i szczęściu (dzień przed nami była w nim 120-osobowa wycieczka seminarzystów z Polski i Litwy będących na wymianie w Pamplonie) zobaczyłyśmy miasteczko w najbardziej tajemniczej i wyludnionej postaci w jakiej to chyba możliwe. Rocamadour w średniowieczu było razem z Cahors jednym z głównych ośrodków w regionie. A wszystko za sprawą odnalezienia w XII wieku grobu wydrążonego w skale , który przypisano niejakiemu świętemu Amadourowi (czy Zacheuszowi, czy też mężowi św. Weroniki). Od tego czasu Rocamadour jest jednym z głównych centrum pielgrzymkowych, gdzie z maleńkiej wioski z jedną ulicą (i samymi sklepikami i holetikami w sezonie) do sanktuarium prowadzą długie schody, po których średniowieczni pielgrzymi wspinali się na kolanach. Cały kompleks z kaplicami i bazyliką, robiący niesamowite wrażenie, obraca się głównie wokół posągu Czarnej Madonny i utrzymany jest w tematyce morskiej, łącznie z nowymi organami (? Rocamadour oddalone jest co najmniej o 200 kilometrów od morza). 
Niestety, jak dowiedziałyśmy się od księgowego sanktuarium z którym jechałyśmy do Brive-la-Gaillarde, do bazyliki dociera tylko 30% z miliona turystów odwiedzających co roku miasteczko. Reszta zadowala się zdjęciem z przeciwległej strony wąwozu i rusza na dalsze eksploracje, na przykład groty Gouffre de Padirac, gdzie w sezonie pływa się łodzią po podziemnej rzece i odwiedza jedną z największych "podziemnych komnat" na świecie.
Rocamadour
Pan księgowy wysadził nas, dokładnie na środku autostrady, gdzie jedna "Tuluza - Paryż" przecina się z drugą "Lyon - Bordeaux". Wesolutko powędrowałyśmy więc za drogowskazami na bramki w kierunku Bordeaux. Szłyśmy przez wiadukt, wzgórza przy autostradzie, minęłyśmy przerażoną sarnę, która nie potrafiła zejść z autostrady, minęło pół godziny, godzina. Po dwóch godzinach i całkowitym przemoczeniu butów, kiedy nikt, żadne służby nie zjawiły się żeby powiedzieć nam, że chodzenie po autostradzie jest zabronione, doszłyśmy do wielkiego wiaduktu, którym już w żaden sposób nie dało się iść. Przeszłyśmy przez kraty i zeszłyśmy na wjazd na autostradę w środku niczego. Nie znalazł się nikt kto mógłby nas zabrać, natomiast co chwila pojawiała się obsługa autostrady lub policja z życzliwą informacją, że dalej iść nie wolno ;).
Sanktuarium w Rocamadour
Ostatecznie stwierdziłyśmy, że być może więcej szczęścia będziemy miały próbując jechać przez mniejsze miejscowości jak "Objat" (na sam widok robiłyśmy się głodne). Zabrał nas pewien chłopiec, który słysząc że jedziemy dalej, na autostradę, ochoczo nas na nią podwiózł, tylko... sprawił, że cofnęłyśmy się jeszcze bardziej niż przed 2-godzinnym marszem. Stamtąd złapałyśmy stopa do "bardzo uczęszczanego" ( o ile takie w ogóle w Dordogne istnieją) wjazdu na autostradę, mijając po drodze ładne Terrason-Lavilledieu, a pan przy okazji przedstawił nam swoje miasteczko "gdyby Wam się nie udało". Było to Le-Lardin-Saint-Lazare, ku naszemu zbawieniu zaopatrzone w dworzec. Stojąc przy zjeździe na autostradę i route nationale, patrzyłyśmy jak nadchodzi zmierzch, a zimno zaczyna wchodzić nam do mokrych butów. Zapadł zmrok i nie pozostało nam nic innego niż w całkowitych ciemnościach poczłapać 4 kilometry w stronę miasteczka. 
W miasteczku nie było żadnego hotelu, a jedyny pociąg jaki jechał... jechał do Brive, wokół którego kręciłłyśmy się przez ostatanie 4/5 godzin. No nic. Na dworcu nie mogłyśmy spać choćbyśmy chciały, bo zamykano go tuż po przejeździe ostatniego (naszego) pociągu. W międzyczasie przestudiowałyśmy różne pomysły, od sprawdzanych na prędce przez siedzącą w akademiku Agnieszkę carpoolingów w stronę Bordeaux, przez dostępne hostele i couch requesty do ludzi mieszkających w Brive. 
wewnątrz kaplicy Czarnej Madonny, Rocamadour 
Dotarłyśmy o 21 i tuż przed dworcem znalazłyśmy niesamowity, niczym wyjęty z prowincji co najmniej w latach 60  "Hotel de la Gare". Właścicielka siedząca za barem otwarła przed nami drzwiczki do schodków prowadzących do pokoi nad barem. Niesamowite. Kojarzyło mi się to wszystko z jadącymi przez wrogi świat do wujostwa XIX-wiecznymi pannami, o których chyba za dużo naczytałam się w przeszłości. Stwierdziłyśmy jednak, że skoro zamyka dopiero o 22 damy jeszcze szansę couchsurfingowi i w międzyczasie zapolujemy na jedzenie. Dostępne w ten uroczy, poniedziałkowy wieczór jedynie w i tak już zamykanym Subway'u. Nie mogłyśmy uwierzyć swojemu szczęściu kiedy dotarł do nas sms, że jesteśmy zaproszone na couchsurfing. Po takim dniu łóżko i ciepły prysznic były jak zbawienie.
W pokojach swoich nieobecnych dzieci spędzających weekend u ojca, hostowała nas Celine - miła i lekko neurotyczna nauczycielka angielskiego ze swoim partnerem, żołnierzem pochodzącym z Reunionu. Ciekawie się złożyło, bo też była kiedyś Erasmusem, tylko w latach 1994/95, kiedy w Polsce programu jeszcze nie było (a my miałyśmy 5 lat :p).
A tak próbowałyśmy dostać się do Bordeaux...
Podobnie jak w Rodez skorzystałyśmy z naszej przypadkowej wizyty w mieście i przede wszystkim wyszły nam z niej zakupy. Wracałyśmy więc stopem z nowymi butami i sukienkami. Na targu potkałyśmy też przedstawiciela narodu polskiego "siedzącego" u swego brata w Brive już 10 rok, który co prawda nie jest rasistą, acz nie pozwala się leczyć jakimś czarnym szarlatanom, choćby mieli francuski dyplom lekarza. W kwestii tolerancji nasz kraj ma przed sobą jeszcze sporo pracy.
Frederic, nieco podporządkowany, przemiły facet Celine, zawiózł nas na peage, za który z racji oddalenia od miasta o pół godziny drogi zapłaciłyśmy same. Po drodze po raz trzeci mijałyśmy nasz nieszczęsny zjazd, gdzie utknęłyśmy poprzedniego dnia po 2-godzinnej wędrówce. Nasz kierowca (który nie lubił armii, choc była dla niego jedynym sposobem na wyrwanie się z zepsutego miasteczka na Reunionie) miał natomiast czas żeby opowiedzieć nam o misjach, w których uczestniczył jako snajper od Afganistanu, przez Czad po Liban. Bardzo narzekał na mentalność rodowitych Francuzów, którzy nawet w ramach misji stabilizacyjnej uznają teren, na którym już się znaleźli za własny. Bo dlaczego nie?
widok Cahors z Mont St-Cyr
Gdzieś w okolicach Perigueux, kiedy z kartonem "Bordeaux. Please!" zrobionym przez Celine jadłyśmy nasze gateau (basque? breton? ciężko spamiętać, a obydwa bardzo podobne) na stacji benzynowej zagadał do nas człowiek pijący obok kawę. Na początku wydawał się niespełna rozumu. Okazało się że był angielskim kierowcą tira rozwożącym kotlety z McDonald's na teren całej Europy, stąd ten nietypowy francuski. Pan pochodził z Manchester, więc i angielski nie był łatwy do zrozumienia. Był jednak człowiekiem interesującym i ciekawym świata, który w roku 90 wybrał się samochodem na mecz Manchester United do Moskwy. Kiedy siedział w najbardziej luksusowym hotelu w Warszawie, który kosztował go ówczesne angielskie grosze i był jedynym wieżowcem w mieście, pewien angielski biznesmen poinformował go, że wyprawa autem do Rosji to skazanie się na jego utratę lub przynajmniej łapówkową ruinę finansową. Radę wziął sobie do serca i razem z biznesmenem i jego ochroniarzem wybrał się w trip pociągiem na podbój tego fascynującego, nieznanego świata.

A tynczasem my z nim, wciąż w deszczu, dotarłyśmy do Bordeaux. Cztery dni, a jakby dwa tygodnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz