Przez
opóźniony powrót z jednego wyjazdu wyszło praktycznie tak, że wróciłam tylko
przepakować się i zabrać bilety na drugi. Bardziej słoneczny i z mniejszą
ilością przygód. Francuska Riwiera. Wypad był zaplanowany od grudnia, kiedy
zauważyłam, że w Nicei odbywa się dość spory karnawał. Mimo, że 7 lat temu
byłam w tamtych okolicach przez trzy tygodnie, stwierdziłam że może warto
zobaczyć to wydarzenie. Skończyło się na tym, że w zasadzie bardziej doceniłam
powrót po latach do miejsca w którym kiedyś spędziłam tyle czasu. Ile się
pozmieniało!
 |
Grasse widziane z muzeum i fabryki Fragonard |
Jak zwykle tuż
przed wyjazdem wciąż nie mieliśmy hosta, wszyscy już kogoś gościli z uwagi na
karnawał. Na szczęście w ostatniej chwili zgodził się nas przenocować przez
dwie pierwsze noce Guillame, matematyko-fizyk z Antibes.
Nawet pomimo
znacznie lepszych warunków we francuskich pociągach w porównaniu do naszych, 8-godzinna podróż i tak
bywa męcząca. Mimo tego był to bardzo dobry sposób na zaostrzenie apetytu na wszystkie
miasta po drodze - Tuluzę, Sete, Montpellier, Marsylię. Powitał nas zupełnie
inny świat niż ten w którym spędzamy większość czasu we Francji – ciepły wiaterek i brak deszczu. To było Lazurowe
Wybrzeże.
 |
Grasse, ach te kolory Lazurowego Wybrzeża! |
Guillame przez
internet wydawał się dość niechętny do nocowania kogokolwiek, ale zyskiwał przy
bliższym poznaniu. Razem gotowaliśmy, graliśmy w gry, których miał w domu
całkiem sporo i do drugiej nad ranem pomimo naszego stopniowego odpływania ze
zmęczenia niezmordowanie pokazywał nam karciane sztuczki. A na koniec, już w
lekkiej mżawce, oprowadził nas po Antibes. Ale, ale to dopiero w drugim dniu.
Pierwszego
zabraliśmy się dość ambitnie pociągiem do Grasse o 9 rano. Niby Guillame nam
odradzał Grasse, a polecał St Paul de Vence, jednak byłam uparta, bo to właśnie
Grasse nie udało mi się zwiedzić 7 lat temu. I pamiętając perfumy sprzed 7 lat,
które wypróbowałam w Eze-Village, chciałam ponownie odwiedzić którąś z
perfumerii. Po drodze minęliśmy Cannes w którym byłam 7 lat temu. Co prawda ma
małą starówkę i festiwal filmowy, ale poza tym większość odwiedzających
stwierdza, że to jednak nic szczególnego.
 |
chill out przy boules w St Paul-de-Vence |
Grasse, ze
względu na bliskie pola lawendy, jest miastem perfumiarzy. Są tam trzy
"rodzinne" firmy - Fragonard, Moulinard i Galimard. Mają swoje butiki
tylko we Francji i przyczyniają się do znacznego, zapachowego zanieczyszczenia
okolicy według jednego z naszych hostów, który stamtąd pochodził. Pamiętacie,
że uczył się tam perfumiarstwa też Grenouille z "Pachnidła"? My, po wysiadce na
obrzeżach stwierdziliśmy, że miasto jest dość puste (co jest oczywistym plusem) i
chyba w całości zamieszkane przez ludność arabską. I to miało spore plusy w postaci pełnego śniadania z sokiem pomarańczowym za 2,5 euro :p. Miasteczko jest
bardzo przyjemne, choć wymaga sporej ilości wspinania. Oglądaliśmy je dość
chaotycznie, aż doszliśmy do Fragonarda i postanowiliśmy go zwiedzić. Tak samo
jak w Eze-Village można wybrać się na krótką, darmową wycieczkę do świata
perfum z przewodnikiem. Na końcu zaś czeka sklepik w którym bardzo możliwe, że
wszyscy spędzają najwięcej czasu.
Poza firmami z własnymi muzeami w Grasse
znajduje się też Międzynarodowe Muzeum Perfumiarstwa i parę innych muzeów. Całkiem ich sporo jak na takie miasteczko. Z Grasse postanowiliśmy już regionalnymi
busami za 1,5 euro z przesiadką pojechać do St Paul de Vence. Musieliśmy się
przesiąść w Cagnes-sur-Mer, którego Guillame nie polecał, choć wydawało się
dość przyjemne i może poszczycić się muzeum Renoira. Wydaje się, że chyba każde miasteczko na Lazurowym Wybrzeżu gościło przez czas krótszy lub dłuższy któregoś ze znanych malarzy, którym
teraz może się chwalić. W ten sposób Antibes ma Picassa, a St Paul Chagalla.
 |
uliczki St Paul-de-Vence |
I nas Lazurowe Wybrzeże zyskało, tak że
zaczęliśmy snuć plany posiadania wspólnego domu gdzieś tam, na Cote d’Azur,
żeby w tak bardzo godnych warunkach wspólnie spędzać naszą oddaloną w
przyszłości emeryturę. W ramach podreperowania naszego niewielkiego,
emeryckiego budżetu będziemy przyjmować młodzież przyjeżdżającą na kursy
językowe, wszystko już zaplanowane.
W Cagnes
również przytrafiła nam się jedna z bardziej emocjonujących przygód wyjazdu,
kiedy nieznane dziewczę stanęło przed odjeżdżającym autobusem (w którym byliśmy
my). Wdała się w pyskówkę z kierowcą autobusu, rozmawiała ze swoimi znajomymi i
za żadne skarby nie chciała się ruszyć. W związku z tym autobus również nie
mógł tego zrobić. Udało się ją usunąć z drogi dopiero po przybyciu specjalnej
ekipy Lignes Azures po 10 minutach.
St Paul de
Vence prezentuje się imponująco, zwłaszcza z daleka. A widać go bardzo dobrze z
prowadzącej do niego drogi. Kiedy wysiedliśmy, było piątkowe popołudnie i panowała leniwa atmosfera tworzona przede wszystkim przez starszych mieszkanców
miasteczka, którzy na sporym placu grali w boules. Wystarczyło jednak przejść przez bramę, żeby zorientować się że coś jest nie tak, tłum na ulicach to sami
turyści, a sklepy to same szykowne galerie. Rzeczywiście jest to ładne
miasteczko, zwłaszcza że dopieszczono je odpowiednio dla turystów. Znajduje się
tam też grób Chagalla. Mimo wszystko chętniej powróciłabym jednak do Grasse,
gdzie było trochę więcej normalnego życia.
 |
karnawał w Nicei, tematem przewodnim w tym roku była gastronomia |
Ze względu na
otwarcie karnawału w Walentynki (czyli tego dnia ;)) z St Paul skierowaliśmy
się, już porządnie zmęczeni, do Nicei. Do imprezy było jeszcze sporo czasu,
który wykorzystaliśmy na pierwsze kroki Agnieszki i Mateusza w Nicei (do której
następnego dnia mieliśmy się przeprowadzać na dwie kolejne noce), jedzenie i
shopping (biedny Mateusz, zwłaszcza w sklepach z damską bielizną!). Ile się w
Nicei przez te 7 lat zmieniło! Przede wszystkim zakończono wykopki na terenie
głównej ulicy Jean Medecin, gdzie teraz funkcjonuje tramwaj. Brzydki dworzec
autobusowy w centrum miasta przerobiono na nieco ładniejsze (choć wykorzysujące
bryłę dworca) muzeum sztuki współczesnej z tarasem na ostatnim piętrze z
którego dobrze widać miasto. A do tego spore ogrody między dzisiejszym muzeum,
a place Massena zamieniono w ni mniej ni więcej, a pokaźnych rozmiarów mirroir
d’eau, takie jak w Bordeaux.
 |
zachód słońca na Promenade des Anglais |
Jadąc do Nicei
cały czas myślałam co im pokażę. Przez to, że spędziłam tam trzy tygodnie
wydawało mi się, że potrzeba chyba 5 dni żeby zobaczyć miasto. Tak naprawdę
wystarczy chyba jeden. Przeszliśmy się więc po starej części miasta, w której
zawsze się gubiłam, zobaczyliśmy hotel Negresco i przeszliśmy się ulicą Jean
Medecin. Zajrzeliśmy do portu, a ostatniego dnia, kiedy była wreszcie ładna
pogoda weszliśmy na obowiązkowe wzgórze z niesamowitym widokiem na Niceę i jej
plaże. W porannych promieniach słońca grupka ludzi ćwiczyła tai-chi. Dlaczego mieliby się w Nicei gdziekolwiek spieszyć?
 |
główny plac karnawału w Nicei zorganizowany na place Massena |
Tymczasem
zaczęły się uroczystości otwarcia karnawału i byłam nieco rozczarowana.
Dzieciaki tańczyły na scenie, akrobaci na kuli, a na swój moment gdzieś z boku
czekały dwie gigantyczne, brzydkie kukły utrzymane w klimacie gastronomicznym,
który przyświecał karnawałowi w tym roku. Parę poprzebieranych grupek
znajomych, a przede wszystkim dzieciaki. Tak, zdecydowanie karnawał w Nicei
istnieje z myślą o dzieciakach, dla których jest to prześwietna zabawa. Dość szybko stwierdziliśmy, że się poddajemy i
nie żałowaliśmy, że już musieliśmy znikać na ostatni autobus do Antibes.
 |
Antibes deszczowo |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz