Podczas naszej
dwutygodniowej drogi do Nepalu mieliśmy spore szczęście (którego
nie mieliśmy wracając) do znajdowania hostów w każdym z miast, które odwiedziliśmy aż
do Jaipuru. Kiedy autobus ponownie wyrzucił nas gdziekolwiek bądź,
pod centrum handlowym Blue City, okazało się że było to tuż przy
galeriii naszego hosta.
![]() |
Niestety nie udało nam się wkręcić na wesele ani pojechać na dachu autobusu... mamy po co wracać! |
Tym razem spaliśmy u wywodzącego się z
dżinijskiej rodziny Amita, który już swoje przeżył i posiadał
parę biznesów (w internecie wygląda, że nawet więcej niż
myślałam, ale kto wie czy ja i internet mówimy o tej samej osobie
;D). Z upalnej ulicy trafiliśmy w związku z tym bezpośrednio do jego małej galerii, w której prezentował swoim kupcom (i
sprzedawał detalicznie) różne fikuśne rzeczy ze swojej fabryki
nietypowych mebli (takich bardzo hipstersko - orientalnych w zachodnim pojęciu). Mogliśmy liczyć na herbatę i wygodne fotele, niczego więcej nie było nam trzeba. Spędziliśmy tam
prawie całe popołudnie z przerwą na pyszny obiad.
![]() |
Galeria Amita i Umaid Bhawan Palace |
Przy okazji
Jodhpuru chciałam napisać o jedzeniu, które stopniowo udawało nam
się odkrywać (za każdym razem podejmując pewne ryzyko nie wiedząc
co zamawiamy). Podstawą jest więc chapati lub ryż i dal fry, czyli
żółty, rzadki sos z ciecierzycy. To najtańsze danie, które
wchodzi też w skład każdego thali, które odkryliśmy właśnie w
Jodhpurze i towarzyszyło nam aż do Bombaju. Thali na szczęście
poza dal fry, którym ciężko byłoby się najeść posiada też
inne sosy i warzywa (ogólnie zwane subji/subzi) w małych miseczkach
umieszczonych dookoła talerza. W Nepalu odpowiednikiem thali, o czym
zorientowaliśmy się dość późno po zjedzeniu niezliczonych momo
i chow mein, jest Khaja set. Thali jest bowiem cudownym wynalazkiem.
Jedzenie jest może proste i wegetariańskie, ale bardzo często
tanie i... nakładane aż będziemy mieli dość! Przy naszym
pierwszym thali nakładano nam więc ryż, chapati i sosy, nie
pytając nawet czy w naszym brzuchu jest jeszcze miejsce.
Bardziej szlachetną odmianą dalu, którą jedliśmy prawie codziennie u naszej nepalskiej rodziny jest czarny dal.
![]() |
Pan robiący chapati/roti tak po prostu, bezpośrednio na palniku i nasze thali |
O tych
wspaniałościach wiedzą jednak pewnie wszyscy którzy byli/ będą w
Indiach, a ja chciałam przedstawić inne danie, którego szukałam w
google (bo nie mam jego zdjęcia). Okazuje się jednak że kiedy wpisuję
gatta, wyskakują mi pierożko-kuleczki, podczas gdy nasza gatta,
którą jedliśmy tego pierwszego dnia z Amitem, była subzi (najprawdopodobniej szpinakowym) z nutką mięty... pyszności! W kwestii jedzenia
dowiedzieliśmy się przede wszystkim (i rzeczywiście w Radżastanie
było to przestrzegane surowo), że jemy tylko prawą ręką. Lewa
służy do mniej higienicznych czynności w warunkach, kiedy każdy
turysta wozi swoją drogocenną rolkę papieru ze sobą. A teraz
spróbujcie urwać kawałek naleśnika i nabrać porządnie sos jedną
ręką...
Amit był postacią
niezwykle aktywną na Couch Surfingu, więc w nie do końca
zrozumiałych okolicznościach zgarnęliśmy też czekającego na autobus, a wykopanego z hostelu Hiszpana, pierwszego obcokrajowca, z
którym zetknęliśmy się w tej podróży. Wysłuchaliśmy też
historii o pewnym polskim kozaku, który u Amita spał poprzedniej
nocy, zadawał tysiące pytań o Indie i zasypał pokój piaskiem z
namiotu, w którym spał z jakąś dwójką nowo poznanych Hindusów gdzieś w gujarackiej dżungli. My byliśmy
raczej milczący, ale chyba nikt nie uznał nas w tym wszystkim za intrygujących i tajemniczych.
Kolejnego dnia wysłano
nas zaprzyjaźnioną, niedrogą taksówką do fortu Meherangarh,
punktu obowiązkowego w Błękitnym Mieście. Taksówki są w Indiach
ogólnie tanie (z pewnością w porównaniu do Europy), ale ta nie
była, zwłaszcza porównana do cen noclegów itd. W Indiach parę
razy doświadczyliśmy paradoksu w którym zostając w tanim hostelu
w ścisłym centrum moglibyśmy zapłacić dokładnie tyle ile za
dojazdy do mieszkania hosta w odległym punkcie miasta. No, zwłaszcza
taksówką. CS może więc nie być najgenialniejszym sposobem na
cięcie kosztów, zwłaszcza jeśli nie potraficie się targować o
riksze do pierwszej krwi (albo podróżujecie z kobietą, które –
jak wszyscy wiemy – nie lubią chodzić i nawet swojemu hinduskiemu
mężowi według Amita gwarantują wyższą stawkę). Na pewno jednak CS zawsze gwarantuje Wam towarzystwo i to miłe uczucie, że ktoś na
Was czeka:).
![]() |
Meherangarh Fort |
![]() |
W forcie czekały takie atrakcje jak pan pozujący do zdjęć z fajką i szablą w cenie wejściówki oraz, już płatny dodatkowo, ale reklamowany we wszystkich szanujących się przewodnikach chiromanta. |
Fort był kolejnym zaskoczeniem po przystępnych
cenach Udajpuru i Aurangabadu – zagraniczni turyści (tym razem
Esteve poproszono o dowód) musieli wykupić specjalny bilet z
audioguide'm w cenie 500 rupii, na Indie całkiem sporo. Do pałacu
prowadziło strome podejście, a z nieba nawet przed południem lał
się niemiłosierny żar. Udało nam się go jednak przetrwać i
wyglądać całkiem świeżo na zdjęciach (nie rozumiem jak to
możliwe). Z pomocą przyszedł nam też uroczy pokoik, do którego
wstęp zarezerwowany był dla tych z droższym biletem, gdzie w miłej
temperaturze można było zalec na wieczność na miękkiej kanapie, słuchając tradycyjnej muzyki medytacyjnej.
Chciałabym Wam napisać
coś więcej o historii w którymkolwiek z miejsc w Indiach, ale niestety pędziliśmy tak bardzo lub byliśmy tak zmęczeni, że za
wiele się nie dowiadywaliśmy. W tej chwili mogę
więc wiedzieć jedynie tyle ile wikipedia.
pokaz zwijania turbanu dla turystów |
W drodze powrotnej
postanowiliśmy dotrzeć do centrum miasta na piechotę, przez
cudowną plątaninę wąskich, niebieskich uliczek. Napotkaliśmy po
drodze korek riksz, trzy dziewczynki, które poprosiły żebym
zrobiła im zdjęcie i całą masę innych ludzi (i środków
transportu, jak na przykład osły na autopilocie transportujące
gruz w tylko im i właścicielom znanym kierunku, kiedy już
upewniono się przez związanie kopyt że nie pobiegną w siną dal).
Sardar Market, Jodhpur |
Po samym zwiedzaniu fortu
byliśmy tak zmęczeni, że tylko – nie mając jeszcze
traumatycznych, żołądkowych doświadczeń po których byłam bardziej ostrożna – przekąsiliśmy kulfi (lokalne mini lody) i
królewskie omlety, po czym wróciliśmy do bazy, którą była galeria
Amita. Jakież to były jednak omlety! Rozsławione na cały Jodhpur
i poza jego granicami, wśród wszystkich obcokrajowców, którzy
kiedykolwiek postawili swoją stopę w Jodhpurze. Fakt, omletów było
chyba ze 20 rodzajów i aż mi ślinka cieknie, kiedy o nich myślę,
chociaż to naprawdę zwykły omlet. Myśleliśmy że to taki
ewenement na skalę całych Indii, te omlety – tak nam przedstawiał
sprawę Amit. Jakież było nasze zdziwienie kiedy w Jaipurze okazało
się że tak naprawdę każde stoisko ze stertą jajek to jednocześnie
mini bar wszystko-z-jajek często połączony z podawaniem czaju,
czyli idealnego zestawu śniadaniowego. Do Jaipuru na śniadanie
zwykliśmy zadowalać się somosami i pakorami... Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że jeśli omlet to w Indiach - w Nepalu nigdy nie trafiliśmy na tak dobre :p
![]() |
niebieskie uliczki i rikszowy korek |
Jakoś tak się porobiło,
że mimo że dotarliśmy do Amita koło południa, już nie starczyło
nam czasu i chęci na zwiedzenie kolejnej obowiązkowej atrakcji –
królewskiego pałacu, w którym wciąż mieszka kolejny z
radżastańskich władców. Najciekawszy w pałacu jest kontakst jego
budowy, który akurat był opisany w naszym przewodniku. Budowę
rozpoczęto w 1929 roku, aby stworzyć miejsca pracy dla głodujących,
kiedy od 3 lat nie spadł porządny monsun. Skończono go po 14
latach i wyposażono w 347 pokoi, co nasuwa myśl, że od początku
planowany był do częściowego udostępniania turystom, dzięki
czemu królewskiej rodzinie mógłaby się zwrócić ta charytatywna
inwestycja. Zwłaszcza, że dzięki temu opuścili też
zamieszkiwany dotąd fort;).
W każdym razie nie udało
nam się do niego dotrzeć i musieliśmy zadowolić się jego
świetnym widokiem z Blue City Mall. Byliśmy jednak bogatsi o jazdę
na skuterze – póki co tylko w 2 osoby, co miało się zmienić w
Jaisalmerze. Pojechaliśmy tak, na zmianę, do kafejki internetowej
gdzie Esteve pilnie musiał załatwić parę spraw związanych z
uniwersytetem.
Kiedy się ściemniło, po
nieco ponad 24 godzinach w Jodhpurze (naprawdę pędziliśmy!), Amit
podrzucił nas na dworzec, zachwyciliśmy się thali i wpakowaliśmy
do autobusu, który o 4 nad ranem zostawił nas na opuszczonym,
ciemnym placu w Jaisalmerze...
Jodhpur |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz