 |
Udaipur, Jogdish Mandir |
Tego o Udajpurze
dowiedziałam się dopiero później, z książki Ediego Pyrka (pierwszej w karierze i
obecnie nieco przedatowanej książki, w przeciwieństwie do „Nepalu” Kingi
Choszcz, która Pyrka u siebie polecała). Autobus, jak to indyjskie prywatne
autobusy mają w zwyczaju, wypluł nas na bliżej nie określonych, mało
romantycznych przedmieściach. Naszym największym zmartwieniem było znalezienie
internetu, żeby napisać hosta, że oto dotarliśmy. Próbowaliśmy więc go znaleźć,
ale nawet kiedy był, złośliwy portier z hotelu nie chciał podzielić się hasłem. Wysłał nas
za to dzieloną rikszą (czyli taką w której na dwóch ławeczkach mieściliśmy się
w 9-tkę i płaciliśmy tylko 20 rupii!) tam gdzie internet mógł być.
Chodziliśmy, pytaliśmy... ale dalej go nie było. Miasto zaczynało się za to robić
coraz ciekawsze.
 |
Sprzedawcy |
Ostatecznie postanowiliśmy zaufać naszemu przewodnikowi, w którym było
napisane, że internet można znaleźć w okolicach Hanuman Ghat (podobnie do
wszystkiego czego jeszcze może potrzebować turysta, bo Hanuman Ghat to
najbardziej turystyczna okolica Udajpuru). Zamiast pójść do kafejki, zamówiliśmy
herbatę w bardzo nieindyjskim, ale pozwalającym na odetchnięcie od zgiełku cafe
Satori, jednocześnie kradnąc dla naszych telefonów prąd i internet.
 |
Satori i nasza jazda riksza! |
Naszym
hostem w Udajpurze był Himanshu, pierwszy właściciel hotelu, który przenocował
nas w Indiach. Hotel był w generalnej przebudowie i z tego względu nie bardzo
nadawał się dla gości, ale dla Couch surferów, którzy później w ramach rewanżu mają mu dawać
nieco fake’owe 5/5 na tripadvisorze jak najbardziej. Himanshu jest młodym, ambitnym
przedsiębiorcą planującym rozwijać się w dość interesującej strefie wysokiej
jakości backpackingu (interesującej, bo luksus to nie backpacking, który dla
mnie bardziej wiąże się z dziadingiem), pracuje nad hotelem w Udajpurze i
rodzinnym Jaipurze, razem ze swoją indonezyjską dziewczyną planując stworzenie
całej marki „Orangutan backpakers” (czy jakoś tak).
 |
Bagore-ki-Haveli i ghaty |
W każdym razie starał się być bardzo gościnny, wziął nas na
przechadzkę do Jogdish Mandir i na Hanuman Ghat, gdzie oglądaliśmy kąpiące się
dzieciaki, City Palace i Lake Palace (duże rozczarowanie, że jeden z
najbardziej pocztówkowych budynków w mieście to luksusowy hotel) w promieniach
zachodu słońca. Przy okazji spaceru obejrzeliśmy tradycyjne rysunki charakterystyczne
dla Udajpuru, wykonywane w pracowni znajomego naszego hosta i dowiedzieliśmy się,
że w sąsiednim stanie Gujarat jest prohibicja nie, jak myśleliśmy, z szacunku
do muzułmanów, ale dla Gandhiego, który stamtąd pochodził. Na obiad po raz
pierwszy w Indiach zjedliśmy u Himanshu mięso, za które - jak się później okazało -
musieliśmy sporo zapłacić (bo nocleg jest w ramach couch surfingu, nie jedzenie
;)).

Kolejnego dnia powiedzieliśmy że nie jesteśmy głodni i zjedliśmy lunch na bazarze, po czym wrzuciliśmy w
siebie dwie paczki chrupek. Niestety nie stać nas na zacne restauracje hostów sprzedających wodę z 3-krotnym przebiciem!
Dużo hoteli w turystycznych, indyjskich
miejscowościach ma taras na dachu, z których zwłaszcza w Udajpurze, roztaczają
się przepiękne widoki. Kiedy zapadał zmrok nad naszymi głowami zaczęły przelatywać
setki nietoperzy migrujących tak co wieczór. Pierwszy raz widziałam coś takiego.
 |
Widoki z dachu |
Himanshu nalegał żebyśmy zostali jak najdłużej i którejś nocy spali z nim na
dachu, ale nie bardzo kusiła nas ta opcja. Z niewiadomych przyczyn, nie mogąc
zasnąć, złapałam natomiast pierwszej nocy nastrój z horrorów, bojąc się że może
Himanshu sprowadza ludzi do swojego hotelu i po zmroku morduje (serio). Na jego
profilu nie było komentarzy od tych licznych couch surferów, o których
opowiadał, a okoliczności były bardzo odpowiednie – my, kompletnie pusty hotel
i Himanshu ze swoimi pracownikami. Rankiem jednak obudziliśmy się ze wszystkim
na miejscu, a wieczorem odkryliśmy nawet,
że zimna woda pod prysznicem to nie jego złośliwość, tylko nasza głupota w lokalizowaniu
hinduskich kurków.

Cały kolejny dzień spędziliśmy odkrywając Udajpur. Zaczęliśmy od
City Palace, w którego części wciąż mieszka rodzina królewska (sam Radżastan
był kiedyś podzielony na 11 zachowujących pod wieloma większymi władcami autonomię,
przyłączając się dopiero do niepodległych Indii). Królowie Udajpuru strzelali
spośród wszystkich królestw najwięcej fochów i pozostawali w zasadzie w stanie ciągłej
wojny, co doprowadziło do tego, że byli też najbiedniejsi. Teoretycznie byli też skazani na przegraną w walce ze swoimi największymi wrogami - Mughalami (ich imperium obejmowało całe północne Indie i nie tylko i to oni są twórcami m.in. Taj Mahal), ale udajpurscy władcy potrafili się wykazać sprytem. Jadąc np. konno na spotkanie mughalskiej armii wykorzystującej słonie, przebrali konie za słoniątka, których dorosłe osobniki wrogiej armii nie zamierzały tknąć. Jak się sprawy potoczyły - nie wiem, ale plan brzmi ciekawie, a pałac na który patrzyliśmy był imponujący. Było w nim też okrutnie gorąco (monun zaczął się dopiero
tego dnia wieczorem!), co sprawiło że prawie zemdlałam i musieliśmy się ratować
wodą i smacznymi somosami.
 |
City Palace |
Po nieco
wyczerpującym pałacu przyszła pora na zakupy. Szczerze mówiąc zakupy robimy podczas
tej podróży często, snując się po bazarach i zwiedzając jednocześnie. Tym razem
polowaliśmy na buty dla Esteve, co doprowadziło nas krętymi uliczkami do
miejsca, do którego początkowo wysłano nas w poszukiwaniu internetu
poprzedniego dnia. Okazało się że jednak nie było to tak daleko.

Kiedy przed
pokazem kulturalnym chcieliśmy zgarnąć Himanshu z hotelu i chwilę odpocząć,
zastał nas i policjantów, którzy nagle zjawili się w okolicy, monsun (taki na
serio, z krowimi plackami powoli rozpuszczającymi się w rzeczkach płynących ulicami).
Himanshu musiał się nimi zaopiekować, więc nieprzekonani pobiegliśmy sami w deszczu
do pobliskiego Bagore-ki-Haveli. Na pokazie, co ciekawe było tyle samo turystów
hinduskich co „zachodnich”. Kilku z nich spotykaliśmy później w innych
miejscach. Sam pokaz zaczął się nieco żenującą scenką faceta ujeżdżającego
drugiego, który udawał tygrysa. Na szczęście później prezentowane były przede
wszystkim interesujce tańce kobiet (z dzwoneczkami, ze stosem dzbanów lub jednym, płonącym na głowie) i –
ku mojemu niezadowoleniu, ale radości dzieci, którym nie przeszkadzała lekka
sprośność – tańczące pacynki (mi nie tyle przeszkadza sprośność co głupie pacynki). Pokaz nie był jednak drogi (100 Rs), więc myślę, że
jeśli nie macie zdecydowanie lepszych opcji na wieczór w Udajpurze, można się skusić.

Kolejnego dnia
mieliśmy wybór między autobusem o 8 i 13 do Jodhpuru, więc żeby zobaczyć jak
najwięcej zdecydowaliśmy się wstać skoro świt. Tak zaczęliśmy pędzić przez
Radżastan (podczas drugiej części podróży po Indiach chcemy jednak trochę zwolnić, bo... tak lepiej;))!
 |
Udaipur |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz