czwartek, 20 sierpnia 2015

Chitwan

into the wild!
wykonanie 40cm nosorożca zajmuje 3,5 dnia!
Konwersując przy pomocy komórki, ustaliłyśmy z Hiszpankami, że wysiądziemy razem i wyrzucono nas gdzieś w miejscowości Sauraha w pobliżu Parku Narodowego Chitwan o której słyszałam po raz pierwszy. Dokładnie, o czym zorientowaliśmy się po jakichś 30 minutach, był to Sauraha Chowk, a do miasteczka mieliśmy jakieś 6 km. W połowie drogi zabrał nas tuktuk i podrzucił do hotelu, w którym o dziwo już zostaliśmy (250 rupii za dwójkę za noc!). Sauraha jest położona tuż nad rzeką Rapti - po jej drugiej stronie rozciąga się Chitwan i możnaby w zasadzie siedzieć caly dzien w jednej z knajpek nad rzeką w ten sposób oglądając zwierzęta, których w tym miejscu jest najwięcej!
Od razu zorientowaliśmy się że dziewczyny nikomu nie dają się zrobić w butelkę i w targowaniu są absolutnie bezwzględne. Dodając do tego fakt, że większość ludzi im współczuje i próbuje pomóc, dostają ceny o których my nigdy  nie śnilismy. Jak na przykład za samodzielne skorzystanie z golarki w zakładzie fryzjerskim (jedna zgoliła część włosów drugiej :o) ku zdumieniu co najmniej 6 par męskich oczu, zeszły (one pisały, ja mówiłam, one robiły mimikę i gesty) ze 100 do 20 rupii. Wcześniej myślałabym, że bycie głuchoniemym jest przeszkodą w podróżowaniu, zwłaszcza backpackingu. Ixone natomiast skończyła w czerwcu bibliotekoznawstwo i teraz podróżuje aż skończą się jej pieniądze, jadąc w Nepalu na 3 miesięczny wolontariat, po którym wybierze sie do Birmy, Tajlandii... i kto wie. Świat nie ma barier.
a tu prawdziwy
i parę innych zwierząt, które można spotkać nad wodą (gawial, zimorodek i krokodyl)
Kolejnego dnia planowaliśmy wielkie spanie, ktore oczywiscie spelzlo na niczym. O 7 obudziło nas wołanie, że w rzece jest nosorożec. Podekscytowani ubraliśmy się w sekundę i pobiegliśmy... po czym czekaliśmy 3 godziny żeby wyszedł z wody, w której był zanurzony do połowy. Bylismy coraz bardziej glodni, ale caly czas jedno z nas musialo stac na czatach, bo a nuz wyjdzie właśnie kiedy odejdziemy. Ostatecznie straciliśmy cierpliwość i tak się stało. Po nosorożcu przyszła kolej na „elephant bath”, czyli 15-20 minut siedzenia na słoniu, który oblewał nas wodą z trąby. Całkiem fajna sprawa, o ile nie jesteście zbyt wrażliwi na złe traktowanie zwierząt - rzeczywiście są niestety bite po głowach, sterowane za ucho czymś w rodzaju harpuna, a w wolnym czasie zakute w łańcuchy pod wiata garażowych rozmiarów... Dopiero na emeryturze mają wolną rękę i taką jedną samotną słonicę widzieliśmy pierwszego dnia hasającą wesoło wśród trawy. W Chitwan niestety nie ma dzikich słoni.  
 
nosorożce też nie są bezpieczne
Wczesnym popołudniem wybraliśmy się we czwórkę na jungle safari – godzinę płynąc dłubanką, której krawędzie były niebezpiecznie blisko wody i trzy godziny maszerując przez dżunglę. Już na etapie rzeki zobaczyliśmy gawiala (których jest na świecie mniej niż 240 sztuk!) i typowego krokodyla :p. Przed wejściem do dżungli dostaliśmy przeszkolenie jak zachować się w obliczu nosorożca (uciekać na drzewo, za drzewo, a jak drzewa nie ma to rzucic pachnacy nami fragment przyodziewku i biec do najblizszego drzewa), tygrysa (utrzymać kontakt wzrokowy, zostać w grupie i zmienić trasę) lub baloo (zostać w grupie, krzyczeć, bić bambusem w ziemię lub celując w nos, bambusy mieli tylko przewodnicy, my mieliśmy krzyczeć), co nie sprawiło że czułam się bezpiecznie
tygrysa nie zobaczyliśmy
wybierając się tam na piechotę. Ostatecznie jednak w całym parku jest może 250 tygrysów i pewnie wszyscy zainteresowani dobrze wiedzą gdzie się podziewają. Mimo tego przewodnik cały czas
stymulował nasze wydzielanie adrenaliny pokazując ślady „znaczenia terenu” przez tygrysa – ślady po pazurach na drzewie, odbitą w piasku łapę czy tygrysie odchody. Znów były pijawki i atakujące zarośla, ale tym razem byliśmy dobrze przygotowani – długie spodnie, rękawy, adidasy... i żadna natura nie była nam straszna!
Dłubanki
nasi przewodnicy i tygrysie ślady
jelenie
Ostatniego dnia wybraliśmy się na rowerach do strefy buforowej z 20 000 lakes (Bishazari Tal), nazwanymi tak chwytliwie dlatego, że znajdują się 20 000 stóp od „highway”. Wycieczka była strzałem w 10, jechaliśmy przez wioski, wśród pól ryżowych i przebrnęliśmy przez rzekę, którą na drodze stworzył monsun. Na szczęście i tam towarzyszyły nam przede wszystkim jelenie (chociaż zanurzona po kolana w wodzie zaczęłam myśleć o krokodylach z poprzedniego dnia...).
rowerowo
Dziewczynom udało się wejść za darmo wzruszając staruszka strażnika, który zaczął śpiewać dla nich modlitwę. Udało nam się wrócić tuż przed ulewą, która zatrzymała nas w hotelu na tyle długo, że zdążył zjawić się właściciel który poinformował nas o strajku wszystkich kierowców autobusów w kraju. Ponoc chcieli uwzglednienia czegos w nepalskiej konstytucji, ktora caly czas przechodzi zmiany. Nie chcieliśmy zostawać kolejna noc, podreptaliśmy więc w stronę Sauraha Chowk. Okazało się że wszędzie była policja, a strajk miał się skończyć o 17. Mieliśmy więc przed sobą 3 godziny czekania, po ktorym przyszla pora na busa do Pulchowk/Narangadu/Bhaktapuru (wszystko to praktycznie to samo!) i stamtąd kolejnego do Katmandu. Ostatni bus jeszcze godzinę zbierał ludzi, a droga którą jechaliśmy 3 dni wcześniej okazała się mieć znacznie więcej dziur niż poprzednio, co razem sprawiło, że dojechaliśmy na 00:30 i musieliśmy się mocno gimnastykować żeby obudzić naszą rodzinę.
Bishazari Tal

i drogowskazy po drodze

1 komentarz: