czwartek, 6 sierpnia 2015

Pierwsze dni w Katmandu

W Katmandu nasze życie zwolniło. Dookoła wciąż można usłyszeć jazgot klaksonów, ciężko przejść przez ulicę, a samochód zatrzymujący się żeby przepuścić nas przez przejście dla pieszych nawet kiedy jesteśmy na środku jezdni jest niebywałym zjawiskiem, ale życie (i ludzie) i tak wydaje się spokojniejsze. 
jedna ze stup w Katmandu
Pierwszego dnia ograniczyliśmy się do wizyty w szpitalu w celach zapoznawczych – my, bo był ze mną też Esteve, któremu przemili Nepalczycy zaraz zaczęli szukać możliwości odbycia wolontariatu (z różnym skutkiem, ale kto wie czy nie wyląduje jako trener dodatkowy najlepszego nepalskiego klubu piłkarskiego... dzisiaj z nimi grał!). Okazało się, jak zwykle, że w szpitalu nie tylko nie ma oddziału chorób tropikalnych na który mnie przyjęto, ale i oddziału chorób zakaźnych, bo w Nepalu nie ma takiej specjalności. Zakazy (razem z neurologią zresztą!) są więc podpięte pod choroby wewnętrzne. Kiedy czekałam na wszystkie papiery i akceptacje w towarzystwie pana z sekretariatu zaczęliśmy standardową pogawędkę, podczas której powiedziałam, że moja jedyna siostra wyszła niecały miesiąc temu za mąż. „Miała aranżowane małżeństwo, tak?” trochę mnie zaskoczyło. Pana z kolei zaskoczyła i chyba ucieszyła wieść, że w Polsce nad „arranged” króluje „love marriage”. Tu zwykle jest odwrotnie i albo małżeństwo aranżuje się młodym, albo (jak w przypadku naszego hosta z Jaisalmeru) już na etapie kiedy dzieci mają... 4 latka. Ciekawie musi się żyć 20 parę lat ze świadomością, że twój mąż/żona już tam gdzieś jest, dawno dla Ciebie wybrany...
Małpeczki w Swayambhu
W okolicy szpitala znajduje się parę knajpek, z których jedną postanowiliśmy wypróbować. Esteve zamówił colę, a ja brzmiący kusząco specjał ”fresh lemon soda”. Po 5 minutach na stół wjechał śmierdziący zgniłymi jajami specyfik, z bąbelkami ale i unoszącymi się między nimi kawałkami czegoś czarnego. W smaku było słone i przy odrobinie dobrych chęci zgniłe jaja znikały, ale cytryny nie dało się doszukać. Zapytaliśmy co to. „Fresh lemon soda”, a czarne to czarna sól. Stwierdziliśmy, że jednak następnym razem postawimy na sprite’a.

Po szpitalu wybraliśmy się na nieudane poszukiwanie pralni, podczas którego Nepalczycy prowadzili nas w coraz to węższe i węższe, błotniste uliczki, wskutek czego niespodziewanie zakręciliśmy pętlę i po 3 godzinach wylądowaliśmy koło domu. Po drodze odkryliśmy że tybetańskie pierożki momo, w odpowiednio ubogiej scenerii, mogą kosztować nawet 60 rupii (czyli jakieś 2 zł). 

Drogi w Katmandu mnie przerastają, drugiego dnia wracając ze szpitala weszłam w nieodpowiednią uliczkę i jako zmokła kura (akurat zaczęło padać) dotarłam do domu po godzinie (na szczęście mieszkamy przy dość charakterystycznym bloku). Dzięki bogu mam Esteve i od wczoraj mapę, z czym czuję się znacznie pewniej. 
Swayambu
Plan dnia w naszej rodzinie jest bliski naturze, czyli chodzi się spać i budzi z kurami. Nie byłoby w tym nic złego – po 21 kiedy wszyscy śpią jesteśmy cichutko - gdyby nie pompa na podwórku pod naszym oknem idąca w ruch równo o 5 rano. Jej eksploatacja trwa koło 10 minut po czym możliwa jest drzemka na około 40 minut kiedy zaczyna się krzątanie w domu, a my możemy już tylko obracać się z boku na bok. W Nepalu jest też inny, księżycowo-słoneczny kalendarz „Bikram Samvat”, według którego jest dzisiaj 21.04.2072, tak więc pozdrawiamy z przyszłości:P.
We wtorek w szpitalu poznałam osławionego dr Andrew, specjalistę chorób zakaźnych ze Stanów, pracującego od dwóch lat ot tak w Katmandu na wolontariacie. Miałam być pod jego opieką całą wymianę, ale akurat zatrudnił się w prywatnym szpitalu i przychodzi do uniwersyteckiego tylko 2 dni w tygodniu. Przyjechał do Nepalu zaraz po specjalizacji (podczas której był też w Indiach i Afryce), nie zdążył więc na szczęście zostać „amerykańskim profesorem” i standardowym bubkiem jak profesor z Florydy, którego spotkałam w Trujillo, ale i tak czuć amerykański klimat. Pomagają mu w tym nepalscy lekarze, który traktują go jako najwyższy poziom referencyjności.
Kiedy rozumiem co się dzieje, szpital jest fascynujący, bo nie dość że i on jest referencyjny (dla całego kraju), to zdarzają się przypadki tak zaawansowane, że w Polsce byłoby ciężko je spotkać. Po części jest to pewnie spowodowane tym, że chociaż w kraju przeważają ugrupowania komunistyczne nie istnieją tu ubezpieczenia zdrowotne ani publiczna służba zdrowia. Za wszystko trzeba płacić w kasie. Szczęście w nieszczęściu, ze względu na zdrowie publiczne, mają dotknięci AIDS i gruźlicą których będę oglądać najwięcej, a którym przysługują standardowe leki z rządowych programów. Pozostałe albo się kupuje za normalną cenę rynkową (nie mówiąc o badaniach i pobycie w szpitalu) albo liczy, że akurat szpital ma i może coś dać.

widok na stupę Bouddanath
Dzisiaj dowiedziałam się, że nawet w Nepalu są dobrze ubrani, wręczający szeleszczące prezenty przedstawiciele firm farmaceutycznych - napadli na nas kiedy szliśmy korytarzem. Dr Andrew powiedział mi, że w Nepalu dostaje się pieniążki za wszystkie uprzejmości - firmy przez kontakty w aptekach wiedzą co kto przepisuje i mogą odpowiednio nagradzać, a kilka miesięcy temu była afera z udziałem lekarzy uniwersyteckiego SORu którzy wyłapywali co bogatszych pacjentów i kierowali ich do zaprzyjaźnionych prywatnych klinik. Wywiązała nam się rozmowa na temat tego, że wszelkie kontakty przedstawicieli firm z lekarzami powinny być zabronione, jak to ma ponoć miejsce w Stanach (Stany w oczach dr Andrew to taki prawy i dobry kraj). Zgodziłam się z nim z całego serca w moim fartuchu z wyszytą reklamą Risperidonu. Ale tak serio - naprawdę uważam że to jest kierunek w którym powinniśmy zmierzać.  
Bouddhanath
Z dobrych wieści, dowiedziałam się od dra, że jeśli zamiast Australii lub Stanów (fuj!) marzy Wam się po studiach lub specjalizacji bardziej egzotyczny kierunek albo niesienie pomocy światu, to nie będziecie potrzebować nostryfikacji, egzaminów itd. - w Nepalu uważają wasz dyplom za ważny (więc może w pozostałych ciekawych krajach też) i trzeba jedynie przebrnąć przez całą biurokrację.

W zasadzie chciałam coś napisać o przypadkach jakie widziałam tylko we wtorek (wczoraj i dzisiaj niewiele zobaczyłam, bo byłam ze studentami mówiącymi po nepalsku), ale może tylko tak wspomnę. W zasadzie kręcąc się po miejscach w których spędzamy większość czasu nie widać wielu zniszczeń wskutek trzęsienia ziemi. Trochę domów runęło i albo usunięto zgliszcza, albo powoli są odbudowywane, na innych widoczne są pęknięcia, ale w zdecydowanej większości da się mieszkać i tymczasowych namiotów, dziś, ponad 3 miesiące od katastrofy nie widać zbyt wiele. Poza tym domy są tutaj o wiele pożądniejsze i ładniejsze niż te, które widzieliśmy w Indiach, ale może jest to kwestia tego, że jesteśmy w stolicy. Niemniej jednak chodziło o pacjentkę, która po trzęsieniu trafiła do szpitala z urazem głowy razem z tysiącami innych osób. Była w szpitalu trochę za długo i przy rutynowej wizycie ktoś dowiedział się że nawet przed trzęsieniem bolała ją głowa. Zaczęła się diagnostyka w trakcie której pacjentka straciła wzrok i okazało się, że ma kryptokokowe zapalenie mózgu w przebiegu nowo wykrytego AIDS. W ogóle pacjenci – nosiciele HIV są ponoć w kraju mocno napiętnowani, tak że u większości wykrywany jest na etapie AIDS z powikłaniami, a kolejna pacjentka (z CIN3) postanowiła nie poddawać się żadnym zabiegom bojąc się reakcji ginekologów, którzy pacjentki z AIDS po prostu odsyłają.
Wczoraj przeżyłam kolejne, medyczne zaskoczenie. Studia trwają tu 5,5 roku (po których przez 2 lata obowiązkowo pracuje się w oddalonej od cywilizacji wiosce, gdzie nikt nie chce pracować) i ostatni rok spędza się na zasadach podobnych do naszego stażu. Zorientowałam się, że podczas porannej „odprawy” Ci stażyści, po dyżurach nie referują przyjęć, a...zgony. Wszystko referowane jest po angielsku.

Z uwagi na to, że nasza poprzednia wyprawa zakończyła się fiaskiem, we wtorek wybraliśmy się z naszym praniem w odwrotnym kierunku – w stronę turystycznego Thamel, gdzie wiedzieliśmy że już na 100% można prać. Nie są to jednak pralnie samoobsługowe, tylko punkty które za 50 rupii za kilogram przyjmują nasze śmierdzące skarpety, zabierają w nieznane miejsce i za 24 godziny oddają nieco mniej śmierdzące. Ok, nasze powiedzmy ni to pachną, ni to śmierdzą. W ciągu tych dwóch dni odkrywaliśmy Thamel, stanowiący zaplecze dla wszystkich dzielnych turystów uderzających w góry. To co się tam sprzedaje dużo mówi o tych podróżnikach. Poza wyposażeniem niezbędnym w górach (śpiwory, namioty, kurtki) i pamiątkami jest to chyba największe skupisko sklepów z drogimi, dobrej jakości rzeczami hippie jakie kiedykolwiek widziałam. Te wszystkie sklepy które we Francji sprzedają gacie pozwalające za 60 euro wystylizować się na hipisa zaopatrują się najpewniej w tych samych miejscach. Poza tym są tam niespotykane ilości pierdółek z filcu, cale sklepy z filcu! Nie mówię, masa rzeczy nam się tam podoba, ale jakoś z indyjską tandetą czuliśmy się bardziej autentycznie (no i była znacznie tańsza). Tutaj można kupić nawet djembe... bo czemu nie!
Wczoraj odwiedziliśmy też Swayambhu – świątynię małp – olbrzymią buddyjską stupę, znajdującą się z paroma innymi zabytkami w dolinie Kathmandu na liście UNESCO. Znajduje się na wzgórzu, do którego od strony Thamel prowadzą 350 bardzo strome schody (ale nie liczyliśmy).
Dzisiaj dotarliśmy do kolejnego zabytku znajdującego się na liście UNESCO, będącego kolejną, jeszcze większą stupą - Bouddhanath. Co ciekawe wikitravel twierdzi, że w obu miejscach płaci się za wstęp, ale wczoraj nawet nie widzieliśmy okienka biletowego, a dziś na plac ze stupą prowadziło kilka uliczek, z których tylko niektóre były przegrodzone kasą. Nie mieliśmy złych intencji, nawet nie zauważyliśmy, kiedy weszliśmy na plac. Cała okolica jest usiana buddyjskimi klasztorami ukrytymi między domami, a ze znajdującego się na przeciwko stupy roztacza się ładny widok na cały plac.

Thamel
Stopniowo zacieśniamy też więzi z naszą rodziną, Babu przestał się nas wstydzić i zamiast tego zaczął skakać po naszym łóżku, a BP poczęstował nas dzisiaj nepalską brandy z jabłek z regionu Mustang (chociaż początkowo zaproponował alkohol tylko Esteve ;)). 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz