tradycyjny strój nepalski |
Czterodniowy
wypad za miasto przyniósł nam sporo przeżyć. Zaczęło się już w Katmandu.
Istnieją dwie drogi żeby dostać się do Pokhary z Katmandu – busem turystycznym
spod ambasady USA przy Thamelu (po prostu wyższy standard, 600 rupii w górę),
wyjeżdżającym o zabójczej 5 i 7 rano lub o dowolnej porze busem lokalnym z
„dworca” w Gongabu o równie dowolnym standardzie (nasz kosztował 400 rupii). Na
odjazd czekaliśmy pół godziny, a i tak było już późno. O 17 ruszyliśmy, ale
tylko po to, żeby pokręcić się po okolicy i ustawić się na kolejnym przystanku.
Ostatecznie wyjechaliśmy po 1,5 godzinie od momentu kiedy podeszliśmy do
autobusu, w momencie kiedy cały autobus był pełny, a nawet jedna osoba siedziała
na kuble, którego przeznaczenia wcześniej nie rozumieliśmy (i który w trakcie
podróży zyskał kolejne przeznaczenie w rękach innego pasażera). W trasie nasz
mikrobus nadrobił wszelkie straty jadąc jak szalony i mimo opowieści o 6-7
godzinach które trzeba przeznaczyć na tą trasę (niezależnie od wszystkiego
przerwa na jedzenie zawsze, ale to zawsze obowiązkowa!) byliśmy na miejscu o
22.
![]() |
w drodze do Pokhary |
Na miejscu według naszych kierowców. W Pokharze mieliśmy spać u Shankara,
koordynatora mojej wymiany, który zapomniał powiedzieć nam że mieszka na wsi 10
kilometrów od Pokhary. Nie wiedząc o tym, beztrosko poprosiliśmy o zostawienie nas w Lekhanath Chowk i
znaleźliśmy się w bardzo, bardzo ciemnej nocy. Nie było ani jednej latarni,
tylko droga, przystanek, parę osób o których nie mielibyśmy pojęcia gdyby nie
latarka (latarka w Nepalu jest rzeczą absolutnie niezbędną :p!) i my. Daliśmy
znak Shankarowi, który miał po nas wyjść. I wyszedł. Tylko nas nie było tam
gdzie powinniśmy być. Lekko zrozpaczeni i absolutnie sami jak palec (wszyscy Ci
ludzie gdzieś poznikali) zatrzymaliśmy jakiegoś motocyklistę żeby zapytać gdzie
też do jasnej cholery jesteśmy. Okazało się że do Shankara mieliśmy 4 km i
jeden punkt kontroli policyjnej. Iść? Czekać na jakiś zabłąkany autobus? Nie
było wyjścia, musieliśmy pojechać taksą, za którą na początku zaproponowano nam
500 rupii (tradycyjnym nepalsko-indyjskim sposobem najpierw wyciągając samochód
– towar – z garażu, przygotowując się do jazdy i na końcu informując o cenie nie wiedząc czy klient jest w ogóle zainteresowany),
ale uratował nas inny taksówkarz który nagle wyłonił się z ciemności i
zaproponował rupii 300.
widok z tarasu Państwa Lamichhane |
Spotkaliśmy
Shankara i jego tatę po czym szliśmy 20 minut w ciemnościach... okazało się,
że jego dom rodziny zamiast ogródka ma pole ryżowe! Wyglądało to (rano)
niesamowicie- jak zielone morze z groblą po której szło się do domu. Rodzice
Shankara byli przemili i bardzo gościnni, jego tata nosił tradycyjną nepalską
czapkę, mama sari i... przygotowali dla nas osobne pokoje :). Było więc bardzo
grzecznie (kolejnego dnia mama się jeszcze upewniła że nie jesteśmy
małżeństwem i przez cały czas zwracała się do Esteve „Babu” jak woła się tutaj
małych chłopców, tu mały słowniczek nepalskiego). Dzięki spaniu osobno i braku
internetu poszliśmy spać o 21:30 i wstaliśmy skoro świt.
jezioro Phewa |
nasza "Have a nice day" łódeczka |
Kolejnego dnia
wybraliśmy się na zwiedzanie Pokhary podzielonej między miasto i przeznaczony
dla turystów rejon Lakeside nad jeziorem Phewa, nieco na uboczu, pełen hoteli... i
tyle. Tam też nas pokierował Shankar. Pokhara jest miejscem startowym dla
wybierających się na trekking w Annapurna Conservation Area, sama w sobie
oferuje tylko parę atrakcji. Jedną z nich jest przejażdżka łódką, na którą się
wybraliśmy samodzielnie wiosłując do wysepki na której znajduje się świątynia i
z powrotem. Próbując znaleźć drogę do World Peace Stupa - w Nepalu jest bardzo,
bardzo dużo obiektów „(world) peace”- odkryliśmy, że istnieje w Nepalu
oficjalna informacja turystyczna, która na dodatek rozdaje darmowe mapy! Było
to bardzo miłe zaskoczenie, tak jak najtańsze chow mein naszego życia kilka
kroków dalej, które zlokalizowane pośród innych, drogich i turystycznych restauracji
kosztowało 30 rupii! Być może powinniśmy nieco bardziej urozmaicić sobie naszą
lunch dietę w Nepalu, zamiast jeść momo i chow mein na zmianę, ale i tak jest
to bardziej pożywne niż ciągłe spożywanie zupek chińskich, które podpatrzyliśmy
u naszych towarzyszek podróży z następnych dni. Ach ten dziading.
Droga do World Peace Pagoda/Stupa |
raj - przez śmieci - utracony |
![]() |
Dalsza droga |
Teraz już z mapą
dalej szukaliśmy trasy do Stupy, ale na nic prowizoryczna mapa przy maleńkich
uliczkach i lesie. Pytaliśmy więc o drogę mijanych ludzi. Kiedy byliśmy przy
schodach na 99% prowadzących do Stupy właściciel sklepu z przekąskami przy
szlaku powiedział nam że nie tędy droga i pokierował w inną stronę. Ta trasa w zasadzie też była
dobra, tylko znacznie bardziej okrężna i w międzyczasie znalazł się na niej
chłopak który zaczął nam podpowiadać że mamy wejść w las, co też zrobiliśmy.
Chłopak co pewien czas pokazywał się zza krzaków i krzyczał że to nie tu, po
czym ostatecznie obwieścił że jest niebezpiecznie i za pewną sumę pieniędzy
doprowadzi nas do głównego szlaku. Zastanawialiśmy się czy był freelancerem czy
to może praca zespołowa z panem ze sklepiku.
Stupa, piękni chłopcy i widoki |
Podziękowaliśmy i hardo szliśmy
dalej chociaż było stromo, straszno (głośno od cykad- po prawej), a w nogi wessały mi się łącznie trzy
pijawki (tutejsze są leśne i malutkie, ale wciąż obrzydliwe). Jednym słowem po
raz kolejny mogliśmy się poczuć jak Indiana Jones (przedzierając się przez las
do miejsca do którego można dostać się - prawie - autobusem). Peace Stupa oferuje
odpoczynek, piękne widoki na jezioro, Pokharę i kto wie, przy dobrej pogodzie
może nawet widać Himalaje. Było już dosyć późno, a obiecaliśmy że będziemy w
domu przed 19, bo po zmierzchu ciężko złapać autobus do Lekhanath Chowk.
Zajrzeliśmy więc szybko do Devi’s falls, wodospadu, który tworzy rzeka tuż
przed zniknięciem na kilka kilometrów pod ziemią. Swoją nazwę zawdzięcza ponoć
pechowemu Szwajcarowi Davidowi, który wpadł do środka ciągnąc za sobą swoją
dziewczynę.
Devi's falls |
Kiedy beztrosko
oglądaliśmy wodospad zadzwonił Shankar że na drodze do Lekhanath jest blokada
zaczynająca się 3 km od wioski i zaproponował że może prześpimy się w hotelu w
Lakeside. Woleliśmy przemaszerować 3 kilometry mimo że się ściemniało,
popędziliśmy więc na autobus. Ostatecznie okazało się, że blokada była od 9 do
18:00, więc na szczęście nie musieliśmy więcej tego dnia chodzić . Nie obyło się jednak bez
adrenaliny, bo mniej więcej w połowie drogi w autobusie zaczęło się kotłować,
kobiety zaczęły krzyczeć, a my nie wiedzieliśmy co się dzieje. Myślałam że coś się pali,
poważnie brałam więc pod uwagę wyskakiwanie przez okno koło którego siedziałam
(zwłaszcza że już dwa razy na naszych oczach z hukiem eksplodowały na
tutejszych drogach opony), ale to tylko jakiś facet bił się z kontrolerem.
Facet wyleciał za drzwi, a my spokojnie jechaliśmy dalej.
U rodziców
Shankara zorientowałam się, że w Nepalu chyba zawsze pierwsi jedzą goście – tak
było i u nich i w sumie jest w naszej rodzinie z Katmandu. Tego wieczoru
siedzieliśmy też z rodzicami na balkonie próbując się dogadać, słuchając żab i
cykad i ostatecznie oglądając ludowe występy w telewizji (Shankar musiał
pojechać do prowincjonalnego szpitala do którego został przydzielony na dwa
lata obowiązkowej „służby” w oddalonych regionach kraju).
Procesja buddyjska, już w drodze do Chitwan |
Kolejnego dnia
planowaliśmy podziwianie Annapurny i innych szczytów z Sarangkotu, ale
przeszkodził nam monsun. Stwierdziliśmy, że nawet jeśli przestanie padać to i
tak niewiele będzie widać. W związku z tym wsiedliśmy do autobusu jadącego doChitwan, w którym spotkaliśmy dwie Hiszpanki. O tyle nietypowe, że podróżują
tak samo jak my będąc głuchonieme. I co ciekawe, robią wszystko bardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz