niedziela, 25 sierpnia 2013

Es un Potosi!



Potosi będzie mi zdecydowanie ciężko opisać z turystycznego punktu widzenia. Myślę, że tak zwykle dzieje się z miejscami, gdzie tak naprawdę jesteś, spędzasz swój czas i w pewnym sensie zaczynasz mieć znajomych. U Pedra spędziłam trzy dni, chociaż mam wrażenie jakbym była tam o wiele dłużej, tyle się działo i tak miło mnie przyjęto :).
Potosi
Do miasta dotarłam o 23:00, wysyłając wcześniej mojemu hostowi z CouchSurfingu dwie wiadomości informując go o której będę, mieliśmy spotkać się na dworcu (którego w sumie nie było ;)). Dotarłam, dookoła było sporo ludzi. Nikt jednak nie wyglądał jakby szukał zagubionej gringity, sami taksówkarze i oferty dalszego transportu do Sucre. Postanowiłam zadzwonić, a tu pani mówi, że moja komórka nie jest w stanie wykonać telefonu do Boliwii. Świetnie. To znaczy, że żadna z moich wiadomości do Pedra nie dotarła.
odpowiednio przebrani wybieramy się do kopalni, w tle Cerro Rico
 Na szczęście, jak to zwykle w busie, zakumplowałam się z chłopakiem który siedział koło mnie i zadzwoniłam od niego. Parę minut później taksówka wspinała się wysoko, wysoko na wzgórze San Cristobal, które okazało się dzielnicą górników. Z górnikami (obecnymi i byłymi) miałam przecież mieszkać. Kiedy błądziliśmy szukając właściwej ulicy jakaś babeczka zapytała się o kolejny kurs. Wsiadła i w ten sposób podwożąc mnie, kierowca miał już kolejną klientkę.
korytarze jeszcze z czasów kolonialnych

Stąd Ci górnicy? W Potosi, w czasach kiedy odkryli je hiszpańscy konkwistadorzy już wydobywało się pewne ilości srebra z pobliskiej góry Sumaj Orcko. Kiedy nasi europejscy przyjaciele dowiedzieli się o tych skarbach, przejęli górę przemianowując ją na Cerro Rico, czyli Bogate Wzgórze, a z Potosi uczynili w pewnym momencie najbogatsze i największe miasto na świecie. Dzisiaj w kopalniach wszystko wygląda inaczej. W niepodległej Boliwii były jeszcze etapy kiedy kopalnie należały do rządu, wydobycie było ustrukturyzowane i w pełni wyposażone, jednak w latach ’90 gorącokrwiści górnicy zbuntowali się i postanowili pracować na własnych warunkach.
tu już "dzikie" korytarze
Nie chcieli mieć wyznaczonych godzin pracy, nie chcieli mieć stałej pensji, niezależnej od znaleziska i wreszcie – nie chcieli być w pracy trzeźwi. W sklepach dla górników poza niezbędną koką, ubraniami (bo wszystko przy takiej samowolce kupują sobie sami) można kupić piwko i coś co nazywa się wdzięcznie „Alkoholem do picia” i ma 96%. Własne warunki oznaczają jednak kierowanie się jedynie doświadczeniem w dość średniowiecznych warunkach, gdzie owszem korzysta się z pewnej infrastruktury, ale zainstalowanej jakieś 30- 40 lat temu, z której część już dawno się zepsuła. W nowych korytarzach natomiast dalej pcha się taczki i nosi minerały na plecach do najbliższego wagonika. Oznacza to też kopanie we wszystkich możliwych kierunkach i blokowanie „bramkami” kierunku, w którym zaczęła kopać twoja grupa. O dziwo jest to respektowane i nikt, widząc że inni trafili na dobry trop, nie włamuje się drugiej grupie. Dzięki temu niektórzy pracują po 3 dni w tygodniu, a inni po 7 zarabiając znacznie mniej. To co wykopie grupa zanoszone jest do rafinerii. Teoretycznie dalej wykopuje się tu srebro, ale pozostało go już niewiele, są za to jeszcze złoża cyny, cynku czy ołowiu. W obronie takiego trybu życia, mówią że dzięki temu każdy dzień jest pełen emocji, jest przygodą. Nigdy nie wiesz czy kolejnego dnia nie trafisz na prawdziwą żyłę... przynajmniej srebra.

Jeśli chodzi o pracę dzieci, SA Handbook pisze że w wielu knajpach wyświetlają tu film „The Devil’s Miner” Pedro mówi jednak że jest słaby. W kopalni nie mogą pracować kobiety (Pachamama byłaby zazdrosna) i dzieci poniżej 18 roku życia. Z uwagi na brak jakiejkolwiek kontroli pracują jednak 16, 13 – latki. Przy okazji grzebania za niektórymi nazwami w internecie trafiłam na taką notatkę na blogu powiązanym z Amnesty International o Potosi - http://salamancasocial.wordpress.com/2011/01/06/turismo-en-potosi-y-ninos-trabajadores/ (hiszpański ;))
El Tio (hiszp. "wujek"), czczony oczywiście tylko na terenie kopalni i mający tam wiele przedstawień. Dzięki jego poczynaniom z Pachamamą rodzą się złoża srebra i innych minerałów (w ofierze składa się mu kokę i pitny alkohol)
Kiedy wysyłałam CouchRequest, wiedziałam że wysyłam go do byłego górnika i obecnego przewodnika po kopalniach. Myślałam, że będzie świetnie mieszkać z osobą, która rzeczywiście tak mocno związana jest z tym miejscem. Od razu więc zdecydowałam się na wycieczkę po kopalni następnego dnia. 
Nasza grupa była wyjątkowo duża, chyba z 13 osób. Całkiem sympatyczni ludzie, ale ze względu na to, że mieszkałam u Pedra i Pedro był naszym przewodnikiem, niewiele dowiedziałam się na ich temat (poza tym, że była tam też studentka medycyny z Francji, która właśnie zaczyna specjalizację i może będzie robić ją w Bordeaux). Pedro jest współwłaścicielem (przynajmniej według tego co mają na szyldzie) jedynej agencji w Potosi, w której byli górnicy są nie tylko przewodnikami, ale - no właśnie - również właścicielami. 
katedra
Wybierając więc Big Deal macie pewność, że kasa idzie do właściwych osób. Szczerze mówiąc mieszkając z jednym z nich nie robiłam researchu, ale ponoć są też jedynymi, którzy dzięki znajomościom zabierają turystów do właściwej kopalni, gdzie cały czas trzeba uskakiwać w bok przed pędzącym wagonikiem pełnym wykopanych kamieni i wchodzi się przez jedną ze 180 kopalń i wychodzi inną, z drugiej strony góry. Inne agencje, zabierają tylko na niewielki, przygotowany dla turystów odcinek.
budynek telegrafu
Poza zwiedzaniem kopalni, gdzie wysocy ludzie mają naprawdę ciężkie przejścia, skoro nawet ja przez ¾ trasy szłam zgięta w pół i przebrani w gumiaki i specjalne stroje ochronne pomykamy przez wypełniające część kopalni błotko (tylko do kostek!) odwiedza się też „targowisko” górników, czyli sklepik, punkt widokowy na Potosi i rafinerię.
Teraz może opowiem trochę o Pedro. Pochodzi z górniczej rodziny, jego ojciec do końca życia (w okolicach 55 lat, z uwagi na spowodowane pracą w kopalni problemy z płucami) pracował w kopalni, podobnie do wielu górników, którzy nawet po wejściu w wiek emerytalny, kiedy dostają od państwa zasiłek wciąż pracują. Bo nie znają innego życia, innych żartów i nie pasują do miasta, a w kopalni zostają wszyscy ich przyjaciele. Pedro ma 5 rodzeństwa, 2 siostry i 3 braci, trójka z nich pracowała w kopalni. Pedro zaczął w wieku 10 lat. Nie dlatego, że musiał, ale czuł się pominięty, kiedy ojciec z dwoma starszymi braćmi szedł do kopalni. Pracował pięć lat aż zaczęły się u niego częste u górników problemy z kręgosłupem, musiał więc zrezygnować i został przewodnikiem. Niewielu górników chce to robić, bo kasa jest zdecydowanie mniejsza, a turyści - krótko mówiąc - denerwujący. Sporym plusem jest jednak to, że jako przewodnik ma sporo czasu, jak na nasze, europejskie warunki. 
widok ze starego kościoła Compania de Jesus, obecnie centrum informacji turystycznej
Po wycieczce do kopalni wybraliśmy się więc obejrzeć miasto, które zresztą znajduje się na liście UNESCO. Nie wymienię Wam niestety wszystkich zabytków, bo zwiedzałam je w zdecydowanie mniej usystematyzowany sposób niż kiedy robi się to z mapą i przewodnikiem. Wtedy jeszcze było ciepło, ale i tak kiedy koło 18:30 pojechaliśmy do kościoła na „uroczystości” (nie chcieli mi powiedzieć jakie) zaczęliśmy trochę przymarzać. Dowiedziałam się tylko, że nie muszę być ubrana inaczej, bo w czarnym polarze, tunice i getrach jest idealnie. 
kościół San Lorenzo
 Wszystko działo się w kościele St Martin, jednym z najpiękniejszych w Potosi. Dzięki mojemu kiepskiemu hiszpańskiemu wyłapałam, że za kogoś się modlimy. Za kogoś kto umarł 9 dni temu. Bo były to obchody Nawi T’ojay. Wierzy się tutaj, że po 9 dniach oczy zmarłego eksplodują, dlatego pod koniec całej imprezy wrzuca się owcze oczy do ognia i wtedy naprawdę eksplodują. Być może w Polsce tego nie zauważam, a przecież wiele obchodów w obrządku katolickim jest schrystianizowanymi obrzędami pogańskimi. Tutaj, będąc z zewnątrz, widzę idealnie jak mieszają się tradycyjne wierzenia z katolicyzmem. Po mszy wszyscy udali się do domu rodziny. Nic nie przeszkadzało to, że nie znałam zmarłego. Im więcej ludzi, tym lepiej! Trafiliśmy do sporego pomieszczenia, gdzie ludzie siedzieli już na ławkach ustawionych wzdłuż ścian. Na podwyższeniu otoczony kwiatami i świeczkami stał portret zmarłego. Rodzina wkładała wszystkim do otwartych rąk garście koki, z pięć osób krążyło i polewało alkohol. Żuli i pili wszyscy, włącznie z siedzącymi naprzeciwko nas sędziwimi kobietami. Następnie szli rozdając papierosy. Już papierosa nie wzięłam, wymagało to więc dokładniejszego wytłumaczenia ze strony znajomego Pedra, również przewodnika - Afrain’a, który był naszym (jak zwykle pijącym) kierowcą. Nawet osoby nie palące, „Patrz, te kobiety też wzięły!” palą ponieważ dym symbolizuje uwalniającą się duszę. Siedziałam koło Afrain’a, który po pewnym czasie zaczął już działać mi na nerwy (za co dwa dni później mnie przepraszał...). 
przygotowania do pochodu ku czci św. Bartłomieja
Opowiadał o tym jak mając 36 lat nie potrzebuje stałego związku, bo ma 7 czy 8 dziewczyn. Tak się z nim spotykają, a on jest przecież zabawny i stawia im drinki. Najmłodsza ma 17 lat. A jeśli już żadna nie uzna takiej oferty za kuszącą przeciętna dziewczyna w Potosi kosztuje 40 boliwianów, dobra – 50. Ale Cochabamba, tam to jest raj! Tam dobra dziewczyna jest za 40 boliwianów. 40 boliwianów to 20 złoty. Sporo dziewczyn pochodzi z Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru. Cóż byłam z górnikami, nie wymuskanymi studentami medycyny. Nadszedł czas dowiedzieć się jak wygląda życie. 
centrum miasta w zimowej aurze
 Okazało się, że odmówienie papierosów nie było największą obrazą. Najgorsze było odmówienie jedzenia. Według mnie nie byłam głodna, więc dla nich to tylko zysk, takie miejsko – europejskie myślenie. Dla nich ponoć oznaczało to, że nie podoba mi się ich kultura, towarzystwo, jedzenie. I mówi to gringa. Ostatecznie Pedro dał mi swoje i 5 minut później przybiegł chłopak z kolejną porcją dla niego. Było naprawdę smaczne.
Po jedzeniu picie stało się wręcz szalone. Ledwo wychyliło się jedną banię pojawiała się następna. Poczekaliśmy jeszcze do przemówienia i momentu, w którym do ognia wrzuca się owcze oczy (polewając alkoholem dzięki czemu całe pomieszczenie wypełniło się dymem) i pojechaliśmy dalej szukać imprezy. Imprezy jednak nie było, skierowaliśmy się więc do knajpy dla górników, która była jednym z najbardziej obskurnych miejsc w jakich w życiu byłam. Żeglarze, tawerny, szynki, pełne, zaśmiewające się barmanki przysiadające się do klientów. To ponoć nie miejsca, w które zabiera się dziewczęta. Ale ja chciałam ponoć zobaczyć życie górników. To jest właśnie ich życie. Wszystkie te knajpeczki były bardzo pochowane, do jednej wchodziło się praktycznie widząc wszelkie szczegóły dziejące się w wielkim łóżku jednej z rodzin. Cała podłoga w knajpie była mokra. Nie dlatego jednak, że zbyt pijani panowie nie trafiali do ust. W Peru nie przebywałam może w odpowiednim miejscu, albo w Boliwii bardziej czci się dawne bóstwa. Przed wypiciem jakiegokolwiek alkoholu ulewa się mniej lub więcej, zależnie od tego również jak chcesz kontrolować poziom swego upojenia, ku czci Pachamamy. Pachamama to Matka Ziemia. Ziemia była więc mokra podczas obrzędów pogrzebowych, w knajpie wręcz pokrywała ją ciągła warstwa piwa.
Cerro Rico na zimowo
Kolejnego dnia wstawanie było ciężkie. Do tego rano padał śnieg. W końcu jest schyłek zimy, a my na wysokości 4000 m.n.p.m. Długo też zastanawialiśmy się co robić i czy mam wracać już tego wieczora do La Paz. Ostatecznie cały mój dzień ograniczył się do wizyty w kafejce internetowej (gdzie spędziłam sporo czasu, bo wreszcie udało mi się dodzwonić do mojej drogiej siostry :p), lunchu i obejrzenia obchodów ku czci św. Bartłomieja, który jest tutejszym patronem. 

Impreza odbywa się co roku, trzeba na nią wypożyczyć kolorowe stroje z La Paz lub Oruro i orkiestrę. Wszystko kosztuje koło 10 tysięcy dolarów, ale nie składa się na to całe towarzystwo. Wszystko funduje jedna szacowna para. Tegoroczna para wybiera kolejną. Boliwijczycy mogą uchodzić za biednych, ale kto oszczędzałby na fiestach? Dla rozgrzania wszyscy tancerze i tancerki miały w rękach piweczko. A ja wskoczyłam w strój smoka. Pedro nie wiedział skąd wzięły się smoki, ponoć są dość niedawnym zjawiskiem w boliwijskiej kulturze.
kiedy akurat jest przerwa w pochodzie na ulice wylegają sprzedawcy i ludzie, którym nie udało się przecisnąć przez tłum kiedy szli tancerze - widownia szczelnie wypełnia chodniki
Ponieważ poddałam się z wyjazdem, miałam wreszcie szansę na wyspanie się. Rano Pedro powiedział, że wszystko wygląda jeszcze bardziej zimowo. Nie wierzyłam. Zeszliśmy do miasta, wszyscy dookoła rzucali się śnieżkami i robili zdjęcia na śniegu. Z kranu wciąż leci zimna woda, a w budynkach nie ma ogrzewania. Możemy jednak zjeść sobie na targu sałatkę z owoców na śniadanie, bo w Rurrenabaque, czyli Parku Narodowym Madidi 700 kilometrów na północ i 3500 metrów w dół jest 30 stopni ciepła przez cały rok.
Po takim pożywnym śniadaniu postanowiłam się wybrać po bilet do La Paz, będąc już zdecydowaną zbierać się tego dnia. Pedro ostrzegał mnie, że to daleko, ale ja kręcąc się przez ostatnie 3 dni w okolicach Cerro San Cristobal i centrum zdecydowanie nie doceniałam Potosi. 
uczniowie jednej ze szkół
Nowy, elegancki terminal, który ma być chyba dźwignią w stronę luksusu dla całego miasta ma tylko jeden mankament – jest na niewyobrażalnym za***piu. Busikiem jedzie się tam z 40 minut. Po drodze musieliśmy jeszcze pokonać trasę, którą paradowały zespoły z okazji święta, co zatrzymało nas na kolejne 10 minut. Postanowiłam wrócić na tą imprezę, kiedy już będę pewna, że jadę do La Paz. Z biletem wróciłam na chwilę do biura, gdzie musiał tego dnia siedzieć Pedro i akurat trafiłam na zaskakujący ruch. Przyszły dwie pary. Jedna z Polski, koło 50/60 – tki, druga z Australii. Zagadałam do Polaków (bo jak już mówiłam jestem bardzo spragniona naszego kraju) i nie mogłam uwierzyć jak można być takim dupkiem. W ogóle całe to siedzenie w agencji sprzedającej wycieczki umożliwia wiele obserwacji psychologicznych. 

Krew by mnie zalewała gdybym sprzedając własne wycieczki cały czas musiała funkcjonować jako informacja turystyczna (która nota bene jest za rogiem). Ludzie bezczelnie przychodzą, wypytują o wszystko, a kiedy już wyssają ostatnią kroplę informacji, elegancko uciekają i kupują wycieczkę gdzie indziej. Trochę wdzięczności :p. Poza tym bycie miłym. Bycie miłym nic nie kosztuje. Naszym rodakom nastręczało jednak wielu problemów. Para z Australii na przykład przyszła do biura tylko po to żeby potwierdzić, że następnego dnia zjawią się na zamówionej przez internet wycieczce, a całą wizytę zaczęli od pytania o imię osoby z którą rozmawiają. Polacy zachowywali się jakby rozmawiali z robotem. Obserwując to wszystko nie dziwię się, że poczucie humoru Pedra wyewoluowało po 15 latach pracy w turystyce w dość specyficzną stronę. Jakoś trzeba bronić się przed tym szaleństwem. Dzięki temu poczuciu humoru inna para, w moim wieku z Francji, po zarezerwowaniu wycieczki opuściła biuro absolutnie skołowana, myśląc że Pedro i jego brat to ta sama osoba.
część cmentarza należąca do jednego związku górników, bardzo niewiele jest rodzinnych grobów, zdecydowanie częściej można spotkać podział według zawodów "górnicy", "dziennikarze"
Wróciłam jeszcze na chwilę pooglądać fiestę – w gigantycznym pochodzie każda placówka publiczna, czyli szkoły, biura, różne organizacje wystawiała swoją własną grupę tancerzy w towarzystwie orkiestry. Blokowali połowę centrum, a okazało się, że była to dopiero próba przed tym co będzie miało miejsce tydzień później. Boliwijczycy są niesamowici :). 
Kiedy Pedro wreszcie mógł się urwać wybraliśmy się na cmentarz i naprawdę, będąc w Boliwii zróbcie to samo, niekoniecznie w Potosi, bo okazało się, że w La Paz wygląda podobnie. Kiedy dotarliśmy akurat w ogromnej kolejce żałobnicy składali przy głównej bramie kondolencje rodzinie zmarłego. Poszliśmy dalej, a Pedro opowiadał, że cmentarze służą nie tylko zmarłym. Służą też codziennemu życiu, bo właśnie na cmentarzu odprawia się wszelkie rytuały. Przeklina się ludzi, prosi o miłość ukochanego. Do czarnej magii są stworzone nawet czarne świeczki. Zapala się je ponoć do góry nogami. Kiedy Pedro zrezygnował z pracy u pewnej „złej” kobiety odprawiała takie właśnie rytuały mające na celu sprowadzenie nieszczęścia na Pedra i jego brata. Ale oni nie wierzą w takie rzeczy. Mimo to postanowili wynająć kogoś do odprawienia rytuałów ochronnych. Na cmentarzu jest też grób lokalnego świętego - Feliciano Berno, przy którym cały czas można znaleźć rozmodlonych wiernych i palące się różnokolorowe (w tym czarne) świeczki. Sam cmentarz jest również interesującą sprawą. Tylko część przeznaczona dla dzieci wygląda jak cmentarze, które znamy z Europy. Reszta to przydzielone na przykład do poszczególnych związków górniczych „domki”. Bo w zasadzie tak wyglądają. Domki składają się z setek niszy do których wsuwa się trumnę, choć w pierwszej chwili myślałam, że wszystko tak wygląda z uwagi na kremację. Z przodu natomiast jest miejsce na kwiaty, albo też inne miłe zmarłemu przedmioty.

Ponieważ mieliśmy jeszcze sporo czasu do mojego odjazdu postanowiliśmy wybrać się do okolicznych gorących źródeł (naprawdę, gdziekolwiek nie ruszycie się w tym rejonie Ameryki Południowej, zawsze znajdziecie baseny termalne). Sprawa zakończyła się jednak bardzo szybko, bo po przetransportowaniu się dzieloną taksą okazało się, że żaden bus nie planuje już jechać tego dnia w tamtą stronę.
O 20:00 grzecznie zjawiłam się przy biurze firmy, która za pół godziny (większość firm odjeżdża o podobnej godzinie) miała zabrać mnie do La Paz. Po 5 minutach okazało się, że nie jedzie. Nie jedzie i koniec. I co teraz? Na szczęście szybko zwrócili mi kasę. I już nie chodziło o to, że cała moja 2 – godzinna wyprawa w południe poszła na marne. Okazało się, że sytuacja z miejscami jest bardzo napięta i role się odwróciły. Tym razem to pasażerowie chodzili między firmami i nawoływali szukając wolnych miejsc. Udało mi się znaleźć coś o godzinę później, miałam więc już pewność, że nie zdążę na poranny autobus do Ariki, wypróbowałam jednak inną opcję przetrwania 9 – godzinnego przejazdu niż kupowanie bułek i wody. Zafundowałam sobie obrzydliwie wielkiego hamburgera :D. Przez całe zamieszanie z biletami zgubiłam niestety moje pilnie strzeżone, prześliczne plakaty, które dostałam po znajomości od pracowników urzędu miasta :(. 

Nie wiem czy to wszystko co podróżując słyszę i przekazuję dalej jest szczerą prawdą. Wszystko co tu czytacie to wersja tego świata, która otwiera się przede mną. I bardzo dobrze podsumowują to słowa z  filmu „Duża ryba”, które często plączą mi się po głowie: ”In telling the story of my father's life, it's impossible to separate the fact from the fiction, the man from the myth. The best I can do is to tell it the way he told me. It doesn't always make sense, and most of it never happened. But that's what kind of story this is.”

1 komentarz: