sobota, 17 sierpnia 2013

Kolibry! Dżungla! Machu Picchu?



malownicze położenie Aguas Calientes
Tym razem nastąpiła dłuższa przerwa spowodowana albo brakiem komputera albo internetu albo czasu. W zasadzie czasu nie mam nigdy. Średnio wypoczywa się podczas takich wakacji ;).
Tym razem będzie bardzo praktycznie, bo może się komuś przyda. Ja nawet nie szukałam opisów „taniego dotarcia do Machu” po polsku, tylko od razu po angielsku. Po czym okazało się, że wszystko jest opisane w SA Handbook.
A cała podróż zaczęła się o 7:30 15 sierpnia na terminalu autobusów do Quillabamby. Okazało się oczywiście, że absolutnie nie trzeba było kupować biletów, jeszcze 15 minut staliśmy i czekaliśmy aż firma zbierze satysfakcjonującą ich liczbę osób. Poza mną były tylko dwie grupy gringo – 4 starszych ludzi i trójka hiszpańskojęzycznych, z tych co podróżują długo i sprzedają po drodze bransoletki. Jest ich naprawdę sporo.

rano Machu wyłaniało się dla nas z mgieł...
 Nasz autobus, którego mottem wypisanym na każdym siedzeniu było, że nie chodzi tylko o podróż, ale o wygodę i zadowolenie klienta „zepsuł się” w okolicach Urubamby, niedługo po starcie. Po raz drugi podczas moich podróży po Peru okazało się, że nie ma benzyny. A jak się ją nalewa? Jest to bardzo dobra lekcja tego jak doprowadza się wodę korzystając z wieży ciśnień. Pojemnik z benzyną przelaną z baniaka stawiamy na dachu i prowadzimy rurą do baku. Działa? Działa. Autobus jednak wciąż nie chciał ruszyć. Zjechaliśmy więc nieco w dół, zawołaliśmy mechanika i po godzinie, setkach sprzedawczyń, które przemierzyły kilometry w naszym autobusie, i w oparach palonej gumy, kontynuowaliśmy trasę. Po drodze jeszcze tylko musieliśmy cofając się przepuścić ciężarówkę. Niby już to przeżyłam w drodze do Chachapoyas, tym razem był to jednak pełnowymiarowy autobus, więc nieco ciężej manewrować.

Zaczęły pojawiać się bananowce zwiastujące bliskość dżungli. Kolejnym, bardzo przyjemnym miasteczkiem na naszej trasie było Ollantaytambo. Nie zatrzymywaliśmy się tam oczywiście, ale jeśli podróżujecie po okolicy polecam wstąpić do tamtejszych, dobrze zachowanych inkaskich ruin. Godne polecenia wydają się też wyjątkowe, okrągłe tarasy uprawne w Moray. Dzięki tego typu uprawie Inkowie nie tylko zapobiegali erozji i ułatwiali sobie pracę. Pozwalało to też na uzyskanie różnej temperatury i wilgotności, dzięki czemu mogli prowadzić poważne eksperymenty z roślinami, rozwijając nowe gatunki.
dreszcz emocji na trasie St Maria - St Teresa, busik przejeżdża po kładce
Koło 14 dotarliśmy do Santa Marii, chociaż trasa normalnie powinna zabrać 5 godzin. Dzięki temu, polska rodzina którą spotkałam dzień wcześniej w Cusco przybyła przede mną busem o 8:30. Już zastanawiałam się nad szukaniem zakwaterowania w Sta Marii, kiedy tuż po wyjściu z autobusu niemalże złapano mnie za fraki i wsadzono w colectivo do Sta Theresy. Nie było więc z tym najmniejszych problemów. Godzina drogi i byliśmy na miejscu. Jeśli zrezygnowaliście z kanionu Colca to na tej trasie możecie nadrobić zaległości. Może nie jeśli chodzi o kondory, ale przepaście owszem. Do tego stopnia, że Francuzi z którym następnego dnia jechałam z powrotem nie potrafili czerpać przyjemności z jazdy i krajobrazów.

Jeszcze tylko znaleźć trasport do hidroelectrico... i co dalej? Iść ze świadomością, że w połowie trasy zapadnie noc (miałam na tą okazję przygotowaną czołówkę) czy jechać pół godziny pociągiem za 18 dolców? Czekaliśmy i czekaliśmy aż zbierze się colectivo. Na szczęście poza mną, w ostatniej chwili wsiadły dwie Argentynki zdeterminowane żeby iść. Inaczej raczej bym stchórzyła. Szłyśmy w dużej części torami, ale dziewczyny znały rozkłady pociągów. Kiedy następnego dnia wracałam i było jasno, okazało się że wzdłuż torów prawie cały czas idzie oddzielona ścieżka, a pociąg słychać już z daleka, nie ma więc obawy, że coś się może stać. W ciągu dnia drepta tą trasą naprawdę duża ilość ludzi, w tym opłaconych z Cusco wycieczek :p. To co zyskuje się więc w tych najtańszych wycieczkach za 180 dolców to brak przesiadek z busa do busa. Uważajcie tylko przy przystanku „Ruinas”, gdzie ścieżka oddziela się od torów i bezpiecznie schodzi już do miasta i trasy do Machu Picchu. Wielu ludzi wędruje dalej torami i przechodzi przez dwa tunele, co być może dodaje adrenaliny, ale ostatecznie nie jest koniecznie. Okazało się, że przy naszym żwawym kroku pokonałyśmy trasę w 2 godziny i zaczęło być naprawdę ciemno dopiero w momencie kiedy widziałyśmy pierwsze światła Aguas Calientes. Miasteczko położone jest przecudnie po dwóch stronach górskiej rzeki.
Klasyka
Zaraz po dotarciu kupiłam bilety do Machu na następny dzień – kupuje się je w siedzibie Ministerstwa Kultury otwartej do 22:00. iPeru niestety otwarte jest tylko do 18:00 (wbrew temu co twierdził SA handbook). Teraz zakwaterowanie... pytałam wszędzie, ale i tak ostatecznie wylądowałam tam gdzie dziewczyny – w Pirwie, bo było najtaniej. Udało mi się wynegocjować cenę 28 soles, choć czytałam relacje w których załapano się na 20 soles od osoby. Ale to będąc we dwójkę. Okazuje się (odczułam to też tu – w Puno), że to kolejna zaleta podróżowania w 2 osoby. Ja moją cenę zbiłam na zasadzie „teraz 28 soles, albo czekasz aż znajdę bankomat”.
Ja jednak nie narzekałam, bo miałam w tym śniadanko serwowane od 4:30 dla chętnych do nocnej wspinaczki, żeby zdobyć bilety do Wayna Picchu (to nie ja) i w zasadzie cały 4 – osobowy pokój dla siebie.  Przespacerowałam się jeszcze w poszukiwaniu jedzenia i okazało się, że wystarczy odejść nieco w bok, żeby cena zjechała z 25 soles do 8 soles za całe „menu”, czyli zupa – główne danie – picie.
Tu będzie nie związana z Machu Picchu wstawka o moich ostatnich ekscesach z prysznicami i akcesoriami prysznicowymi, lub brakiem obydwu. Otóż dzisiaj wylądowałam w hostelu w którym pod prysznicem w dzielonej łazience (być może korzystam z niej tylko ja) nie ma ciepłej wody. Jest natomiast w umywalce. Nauczona doświadczeniami z dwóch ostatnich dni korzystałam więc  z wydębionego od recepcjonisty pojemnika na wodę. Bo otóż wyobraźcie sobie, że kiedy mieszkałam z przekochaną studentką medycyny w Cusco były straszne problemy z wodą. W nocy nie było jej w ogóle. W ogóle. Od jakiejś 23:00. Ciepła natomiast (w Cusco, które uchodzi tu za lodowate) nie istniała wcale. I jest to norma, tak się żyje. W związku z tym ciepłą wodę należało przygotowywać sobie w balii przy pomocy czajnika i nabierać czerpakiem. Nie doceniamy bieżącej, ciepłej wody dopóki ją mamy.
Inka bridge
Obserwacją, którą poczyniłam na temat przyborów prysznicowych jest natomiast fakt, że mydło w kostce absolutnie idealnie nadaje się jako szampon. Włosy są absolutnie jedwabiste.
Ostatnią już będzie to co ostatecznie stwierdziłam dzisiaj, kiedy dojeżdżaliśmy do Juliaci. Wielu ludzi, zwłaszcza w wioskach nie stać tu chyba na pralki. A pralnie są tylko w miastach. W związku z tym pierze się w rzece, a pranie zostawia do wysuszenia na trawie lub kamieniach. Jakoś zawsze takie obrazki kojarzyły mi się głównie z Indiami.
Wracając do Machu postanowiłam nie spinać się i wjechać na górę autobusem w okolicach 6 rano ;). Wszystko po to, żeby jeszcze tego dnia zdążyć do Cusco. O 4:30 wspinają się Ci, którzy chcą załapać się na 400 wejściówek na dwie tury o 7:00 i 10:00 na Wayna Picchu. Każdy po tej wizycie mówi, że spoko, ale nic nie tracisz nie wchodząc. Postanowiłam więc odpuścić. Wspinaczkę odpuściłam z uwagi na to, że czekało mnie jeszcze całe obejście Machu, zejście i marsz 10 kilometrów wzdłuż torów z powrotem. Kiedy czekałam w kolejce  do autobusu (jakieś 20 minut) drzwi zamknęły się tuż przede mną. I świetnie się stało ponieważ do następnego autobusu wsiadł ze mną przewodnik ze swoją 4 – osobową grupą złożoną z 2 Kanadyjczyków i 2 AustraloFrancuzów. Ponieważ ucieliśmy sobie miłą pogawędkę zaproponował, że mogę dołączyć do grupy za darmo :). I tak oto miałam przewodnika. AustraloFrancuzi zapunktowali natomiast mówiąc, że Polska jest przepiękna. Z resztą usłyszałam to w całym Machu łącznie dwa razy, a przewodnik z Ministerstwa Kultury miał znajomą Polkę, przez wiele lat mieszkającą w Iquitos. AustraloFracuzi nie znali jednak polskich parków narodowych, co według mnie jest największym marketingowym błędem naszego kraju, bo są naprawdę piękne. Dostali więc ode mnie listę tego „co warto”. Zwiedzanie, łącznie z wypadem do Inka Bridge, który okazuje się maleństwem zajęło mi 3 – 4 godziny. Dobrym wyborem było też zostawienie plecaka w przechowalni na ten czas.
tak idziemy wzdłuż torów
Kiedy dotarliśmy wszystko było pokryte mgłą. Ledwo widzieliśmy na odległość 20 metrów. A do tego przewodnik powiedział, że „O, tam!” znajduje się słynny widok. Co za rozczarowanie. Po pewnym czasie mgła zaczęła się jednak przesuwać, odsłaniała kawałek i wracała, aż całkowicie się podniosła. Nie mogę wyobrazić sobie lepszego momentu do odkrywania Machu Picchu :). Byłam naprawdę pod wrażeniem , padł cały mój sceptycyzm związany z tym miejscem. Jednak okazuje się nie być przereklamowaną maleńką osadką, której nie zauważono z uwagi na niewielką istotność. Chociaż mieszkało tam 700 osób (co ja na tamte czasy i warunki chyba było sporą ilością), Machu ma naprawdę imponujące rozmiary. Może nie są to rozmiary Chan Chan (które zresztą na podstawie tylko jednego pałacu z całego miasta ciężko sobie wyobrazić), ale wciąż robią wrażenie.
Kiedy już wszystko zwiedziłam, czas było wracać. Już po pierwszych 10 minutach dziękowałam sobie w myślach za genialny pomysł wjechania autobusem. Byłabym zmordowana. Idzie się ponoć w górę półtorej godziny, nikt jednak nie pisze, że są to cały czas bardzo wysokie stopnie. Niemniej jednak jest to ładna trasa. Spotkałam na niej Amerykankę, którą pierwszy raz widzieliśmy z Philipem w Huaraz, ale zorientowałam się o tym dopiero 15 minut po tym jak ucięłyśmy sobie pogawędkę. Z mojej strony była więc dość niemrawa, dziwnie zresztą odpowiada się na pytania osoby, która wie kim Ty jesteś, a Ty nie pamiętasz jej. Nie trzeba się jednak w Machu obawiać choroby wysokościowej. Owszem najwyższy punkt góry jest na wysokości 3000 m.n.p.m., ale np. kolej jest na wysokości 1800 m.n.p.m. Historie z nią związane pochodzą pewnie głównie z Cusco, gdzie jest 3500 m.n.p.m., choć wciąż nie jest to niczym w porównaniu do wysokości jakie są w Huaraz – około 4600 m.n.p.m. w Laguna 69 i 5100 m.n.p.m. w Pastoruri.
Kiedy – tym razem całkiem sama – weszłam na szlak wzdłuż torów, w który prawie niezauważalnie przy stacji „Ruinas” przechodzi szlak z Machu była 12:00 a ja od rana byłam na samym śniadaniu. Okazja na coś w miarę porządnego nadarzyła się przy 114,3 km, gdzie znajduje się bardzo przyjemny dom funkcjonujący jako restauracja, hotel i wejście na ścieżkę do wodospadów naraz. Nie miałam niestety czasu, ale zdjęcia wyglądały zachęcająco i sprawiały wrażenie jakby można było na tej trasie wyobrazić sobie czym jest dżungla. Jedynym minusem jest cena. W Machu wszystko ma ceny „dla Peruwiańczyków” i „innych”. Ja swój przedsmak dżungli (bo mam nadzieję na więcej) miałam idąc sama wzdłuż torów gdzie otaczają Cię bananowce i inne egzotyczne rośliny, wśród których latają kolibry, a w pewnym momencie na mojej drodze zjawiła się bardzo nieśmiała paca (chyba ;)), która szybko uciekła.
tak jedzie pociąg...
Kiedy doszłam do Hidroelectrico czekały same wycieczki z Cusco. Ładnie się wpakowałam. Wśród osób przybyłych w ramach wycieczek spotkałam kolegę z Włoch, a w zasadzie z Palermo, który był też na GA w Santiago, tylko jechał w przeciwnym kierunku. Naprawdę zadziwiają mnie takie zbiegi okoliczności. Kogo bym spotkała, gdybym zrobiła tą trasę dzień wcześniej?
Okazało się, że sytuacja z transportem nie przedstawiała się tak źle. Okazało się, że od godziny czekała tam grupa 5 Francuzów (z Bordeaux!), których nikt nie chciał zabrać taksą, no ale ze mną to już się opłacało. Automatycznie miałam więc transport do Sta Marii. Zabawne było kiedy wyjęłam błyszczyk z logiem Diora, do którego absolutnie musiał dorwać się jeden z facetów, aby go dokładnie obejrzeć i obwąchać po czym stwierdził, że to nie podróbka. Pracował u Diora. A ja wstydzę się tu wyciągać ten błyszczyk (niestety normalny się skończył...). Z tymi Fracuzami w południowym Peru jest zabawna sprawa. Gdzie spojrzysz, tam Francuz.
a tak mamy wybór - rzeka lub hasanie z pokładu kolejowego na pokład nad nią
 Dotarliśmy do Sta Marii... i zaczęły się schody. Razem z nami czekało sporo osób, głównie Peruwiańczyków, którzy mówili, że autobus zaraz będzie. Ale go nie było. Parę localsów wsiadło do przejeżdżających samochodów. Zjawił się busik, który zaoferował podwózkę za 40 soles. Francuzi się zdecydowali, ja, Peruwiańczycy i jeszcze jedna para czekaliśmy dalej. Aż zjawiło się kolejne „servicio turistico” z jednym wolnym miejscem. Z tłumu który podbiegł do samochodu zostałam wybrana ja. Okazało się, że pan widział mnie już przy hidro. Jedynym pewnym autobusem był odjeżdżający o 19:30, co biorąc pod uwagę, że jedzie się 5 godzin i była 16:00 wydawało się kiepskim pomysłem. Jechałam więc najpierw zabawiając rozmową w moim „znakomitym” hiszpańskim brazylijskiego biologa, który zwiedzał Machu wracając z ekspedycji, którą mieli w parku Manu. Badał gigantyczne mrówki. Kiedy już sobie spokojnie porchapywał, a ja miałam zbyt niewygodne siedzenie żeby spać zaczęła się chyba 3 godzinna rozmowa z kierowcą. Opowiadał mi więc historie o duchach, które czyhają na kierowców ciężarówek na przełęczach, o tym że z jednej z nich startują do Ollantaytambo międzynarodowe zawody w downhillu i że Quechua, to bardzo sympatyczny język, bo nawet nie istnieje słowo „cześć”, tylko od razu, na powitanie pytasz „jak się masz”. Pokazał mi „Krzyż Południa”, a ja uświadomiłam sobie, że od półtora miesiąca jakoś nie uprzytomniłam sobie, że przecież tu niebo jest całkiem inne. Opowiadał mi też jak wybiera idealną mieszankę muzyki dla turystów. Naprawdę. Posiadał specjalne nagranie tylko dla turystów, bo to w ogóle nie jest muzyka, której ludzie słuchaliby w tym regionie. Zapytałam o to, bo nie chciało mi się wierzyć, żeby był fanem RHCP, Linkin Park, Black Eyed Peas, Rihanny itp. Wybierał je puszczając turystom najświeższe hity ściągnięte z sieci i pytając czy im się podoba. Robił update co miesiąc. A Włoszki z tyłu jak wściekłe cały czas darły się „Jedźmy, jedźmy!”. Dobrze jest czasem stanąć po drugiej stronie.
droga Cusco - Sta Maria
 Mój ostatni poranek w Cusco zaczął się od picia napoju z fasoli. Robią z tej dużej fasoli „Habas”, proszek, zalewasz wrzątkiem i gotowe. Dzisiaj natomiast idąc za radą któregoś Peruwiańczyka z mojej drogi skosztowałam Api morada wymieszanego z blanco. Tym razem to czerwona kukurydza.
Jeśli jesteśmy już przy jedzeniu, warto powiedzieć, że jest duży plus w tym lekkim południowoamerykańskim burdeliku. Dzięki temu możesz wybrać się w 12 – godzinną podróż autobusem nie kupując absolutnie żadnego prowiantu. W autobusie kupisz od tymczasowych sprzedawców lody domowej roboty, kurczaka z rożna, kukurydzę z serem. Są też owoce, napoje w woreczkach i chleb. Jak narazie nic mi się po tych lodach nie dzieje. W autobusie spotkałam parę Francuzów, z którymi zabrałam się taksą do centrum i w zasadzie przez nich wylądowałam tu, gdzie jestem. Czyli hostelu, który złapał nas na terminalu i kosztował ich 15 soles (wreszcie cena z północy Peru i – ponoć – Boliwii), a mnie jako samotną 20 i brak ciepłej wody. No, ale o tym dowiedziałam się w nocy. Bardzo poważnie zastanawiałam się też nad wychwalaną przez nich Copacabaną, ale natura wzywa.
do Sta Maria!
 No właśnie natura. Kiedy wysiedliśmy z naszego autobusu (który, o czym jeszcze nie wspomniałam przewiózł nas jakieś 400 km za 15 soles i był chyba najtańszą z dostępnych opcji, nikt nas nie napadł ani nie zabił, jedynie jechaliśmy dłużej niż droższe firmy, przynajmniej tak mi się wydaje) spotkaliśmy bardzo zdezorientowaną i zaaferowana gringę. Nawet nie wiem skąd była. Nie mówiła w ogóle po hiszpańsku i szukała drogi do szpitala w Arequipie. Byliśmy w Puno, 6 godzin drogi od Arequipy, które chciała pokonać taksą. Cały dzień jednak chodziła ponoć po Puno, gdzie nikt nie miał odtrutki na jad „czarnego pająka”, który ją ugryzł. Sprawa wydawała się zagadkowa, a dziewczyna w strasznym stanie psychicznym, przekonana że już za chwilę, jeśli nie dotrze do Arequipy skona na niewydolność wielonarządową. Francuzi wsiedli do taksy. Wsiadłam z nimi. Pokazaliśmy dziewczynie drogę na dworzec.
Kiedy poszłam na obiad (najtańsze w moim życiu „menu” za 4 soles i wciąż żyję! Tak żarty na bok, to jest całkiem porządne jedzienie – mięsko, ziemniaczki, zupa... to tak dla mamy :)) miałam kolejną okazję obserwowania zjawiska jakim jest perwuiańska telewizja. Nawet Peruwiańczycy, Ci może bardziej wyedukowani, mówią że jest kiepsko. Cóż. Tym razem było jednak coś w stylu „You can dance”. Tu jednak mieszają dzieciaki z dorosłymi, a do tego dorzucą jeszcze parę karłów. I to parę karłów tańczących do coverów by Chipmunks, wiecie te wiewórki. Byłam skołowana. Tak na dokładkę na koncertach tradycyjnej muzyki andyjskiej zawsze musi być na scenie panienka w stringach i dwóch falbankach, ale tak, żeby z tyłu zbyt wiele nie zakrywały. Zdecydowanie pochodzę z konserwatywnego kraju.
Na koniec tego przydługawego opowiadania wyjawię Wam rozwiązanie zagadki gejowskiej flagi na siedzibie jednej z partii w Trujillo. Okazuje się, że taka tęczowa flaga już od dawna... symbolizowała Cusco. I nie ma nic wspólnego z ruchem gejowskim.
Zbieg okoliczności? Nie! Obydwie flagi reprezentują ludność Andów, więcej dowiecie się klikając na nie :)
W ramach podsumowania tylko, jeśli naprawdę, ktoś chciałby z tego co tu piszę praktycznie skorzystać napiszę ile zapłaciłam za to całe Machu Picchu.
Prowiant (przed terminalem Quillabamba) – 5 soles :p
Bus Cusco – Sta Maria – 15 soles
Sta Maria – Hidroelectrico – 15 soles
Bilet do MP (studecki z ISIC) – 64 soles
Kolacja  - 8 soles
Nocleg – 28 soles
Mała woda w Aguas Calientes – 2,5 soles
Bus do MP (to jest, wiecie, opcjonalne ;)) – 26 soles w jedną stronę
Hidroelectrico – Sta Maria – 15 soles
Sta Maria – Cusco – 30 soles
Czyli razem 208,5 soles (czyli około 65$, bo w przypadku MP operuje się tą walutą ;))

 Wybaczcie mi błędy, ale szykują się 4 godziny snu :p.

Edit: Poznana przeze mnie w Puno Litwinka zrobiła trasę w jeszcze bardziej szalono-tani sposób, dojeżdżając autobusem (10 soles) do Ollantaytambo i idąc wzdłuż torów stamtąd. 24 kilometry w jedną stronę ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz