Bo oto wylądowałam w największym hostelu w którym
spotykają się podróżujący Żydzi. A wszystko przez to, że siedziałam koło
jednego świeżo upieczonego żydowskiego biologa – Yoniego – w drodze z
Copacabany nad jeziorem Titicaca do La Paz.
Wracając jednak do poranka, wybrałam się na własną rękę na
wyspy Uros. Kiedy wybiera się na którą „wyspę” płynąć – Taquile, Amantani czy
Uros w zasadzie bez większego przygotowania, nie wiadomo czego się spodziewać.
A Uros zasadniczo różni się od dwóch pozostałych, bo jest kompleksem wielu
sztucznych wysepek. Wysepek pływających, które mogłyby popłynąć w stronę
Boliwii, gdyby nie kotwiczenie przy pomocy pali. Bo otóż zbudowane są z
trzciny. W całości.
 |
prezydent jednej z wysp pokazuje jej strukturę |
Może nie brzmi to tak wstrząsająco, kiedy się to czyta,
ale sprawa jest naprawdę genialna. Fakt, jest sporo turystów i w zasadzie na
każdą wysepkę cały czas przypływają kolejne łódki z turystami, a mieszkańcy
utrzymują się głównie z turystyki. Jednak jeśli nie byliście
jeszcze w Boliwii w okolicach Oruro (bo cała koncepcja pochodzi ponoć stąd) będzie to pierwsza
rzecz tego typu którą zobaczycie w życiu.
Na wyspach wylądowałam z przemiłą amerykańską parą z
Pittsburga (dlaczego wszyscy pochodzą z Pittsburga?) i Litwinką, która w
Kownie, z którego pochodzi była chyba dawniej niż ja. Ma 32 lata, skończyła
administację i mieszkała sobie w Anglii, kiedy kumpel z Peru którego poznała w
Stanach powiedział jej o planowanej wyprawie stopem do Meksyku. Więc przyleciała
i narazie siedziała u niego w Cajamarce przez 3 miesiące aż zaczęli podróżować.
Cała wycieczka na Uros trwała ze trzy godziny, zostało mi
więc sporo czasu na kręcenie się po mieście. Wybrałam się więc na wzgórze Huajsapata,
znajdujące się w zasadzie w mieście. Cały czas czaiłam jednak za chcącymi mnie
napaść osobnikami z bronią, w internecie panuje bowiem przekonanie, że na
okolicznych wzgórzach (bardziej odległych – Pumy i Kondora) często zdarzają się
takie wypadki. W drodze na wzgórze trafiłam na paradę z okazji rocznicy jakiejś
dziecięcej orkiestry czy czegoś podobnego, paradujące w stroju lekarza albo
mechanika maluchy były bardzo rozczulające...
 |
mieszkańcy Uros żyją głównie z turystyki |
Następnie, znów z moimi francuskimi „znajomymi”, wybrałam
się na autobus zmierzający do Copacabany, czyli najbliższego miasta nad
jeziorem Titicaca po boliwijskiej stronie. Trochę obawiałam się całego manewru
pokonywania granicy o której krążą wieści na temat zdzierania kasy z z
turystów. Poza tym to nowe państwo w Ameryce Południowej. Wszystko przebiegło
tym razem bezproblemowo (między innymi dlatego, że już wiedziałam jakie są
konsekwencje związane ze zgubieniem kwitka z odprawy ;)) i już
naprawdę pożegnałam Peru.
 |
wyspy z trzciny, łódki z trzciny... |
W Copacabanie niestety przepakowaliśmy się tylko na
kolejny autobus, nie było więc czasu na obejrzenie miasteczka, które jest ponoć
warte uwagi. Myśleliśmy, że poza jazdą niczym sardynki w puszce (jakoś
siedzenia są tu bardziej klaustrofobiczne) i nadmiarowym panem siedzącym na
plastikowym krześle już nic nas podczas tej podróży nie zaskoczy. Jakież było więc
nasze zdziwienie kiedy po godzinie jazdy kazano nam opuścić autobus, bo...
będzie wjeżdżał na prom. A my osobną łódeczką popłyniemy sobie obok. Prom dla
autobusu był - wyglądającą na bardzo niestabilną - tratwą, niestety było ciemno,
więc nie mogłam zrobić dobrego zdjęcia. Po drugiej stronie, pełni obaw czy
autobus czeka, wsiedliśmy i pomknęliśmy już prosto do La Paz.
 |
główna wyspa - stolica Uros |
Po dotarciu jakoś tak się stało, że zostałam sama z dwoma
chłopakami z Izraela, a nauczona wczorajszym doświadczeniem, że samotni mają
drożej i gorzej zdecydowałam się poszukać czegoś z nimi.
Tak więc jesteśmy tutaj w El Lobo a w drzwiach pokoju mamy
mezuzę. A w recepcji wszystko przetłumaczone na hebrajski. Nigdy nie wiesz co
spotka Cię pod koniec dnia.
-----------------------------------------------------------------------------------------
 |
w ofercie ofiary dla Pachamamy w intencji studiów, zdrowia, pracy... |
Mam wrażenie jakby od poprzedniej części posta
minął miesiąc. A minęły 4 dni w Boliwii.
Następnego dnia zbierałam się bardzo powoli
czym w zasadzie z Amirem trochę wkurzyliśmy Yoniego. Kiedy jadłam swoje
śniadanie w biegu, a Amir został w kawiarni poszliśmy szukać miejsc wymiany
książek, w zasadzie już wcześniej obczajonych przez Yoniego. Nie przeczytałam
swojej książki („Lis z gór i lis z nizin” J.M. Arguedas’a), po prostu nie
mogłam, dlatego też nie interesowałam się wczesniej wymianą. A to rzecz bardzo
praktyczna, kiedy nie chcesz jeździć z kindle’m albo innym dobrodziejstwem
techniki, a podróżujesz pół roku. I twoja książka to nie „Lis”. I akurat w
miejscu któremu Yoni dał etykietkę „słabe” znalazłam książkę po polsku. „Gildia
magów” Trudi Canavan, seria której reklamy widziałam kilka razy w Polsce. Zamieniłam.
Odebraliśmy Amira i wyruszyliśmy na zwiedzanie La Paz. Najwyraźniej zrobiliśmy
to jednak źle, ponieważ istnieje free walking tour i jest całkiem dobra. My
wędrowaliśmy sami i zobaczyliśmy wszystkie ważniejsze miejsca w centrum między
plaza Murillo, San Francisco i plaza Estudiante, a nawet wspieliśmy się na
jeden z nielicznych wieżowców (winda jeździła tylko w dół, przynajmniej tak
wynikało z naszych obserwacji...), wyniosłam jednak wrażenie pewnego chaosu i –
podobnie do Tbilisi – braku jakichkolwiek punktów informacji turystycznej,
przynajmniej otwartych. Okazało się też, że mieszkaliśmy w samym centrum targu
czarownic z gotowymi ofiarami dla PACHA MAMY z prośbą o bogactwo, miłość i inne
sprawy. Wszędzie wisiały też tak poszukiwane przez turystów suszone płody
(małe?) lamy.
 |
widok na główną trasę, w tle kościół San Francisco |
W sumie z tego co słyszałam różnicą między
chodzeniem samemu a free walking tour jest brak wszystkich historii o mieście (których nie
słyszałam więc nie wiem czy są ciekawe;)) i obejrzenie z zewnątrz więzienia San Pedro. Będąc przy nim opowiem Wam o „klasycznych” atrakcjach Boliwii. Pierwszym
było więc zawsze odwiedzenie więzienia uwiecznionego w książce „Marching
powder”. Jest to więzienie, w którym więźniowie żyją jak królowie lub biedacy,
z rodzinami, prowadząc sklepiki i ogólnie ciesząc się sporą autonomią. A, no i
jeszcze słynęło z największej produkcji kokainy w kraju (stąd „powder”). Z
resztą z tą kokainą według mojego obecnego hosta jest tak, że istnieją w La Paz
hostele, gdzie nie tylko dostajesz piwo za darmo. Dostajesz też swą własną kreskę.
 |
ulica muzeów |
Niestety okazuje się, że jestem nie tylko dziadingującym podróżnikiem, jestem
też zdziadziała, więc mnie takie atrakcje nie dotyczą. Hard core więziennej
wycieczki polegał na tym, że oprowadzał sam osadzony. Ale ponoć już więcej nie
można tego robić.
Inną „hard core’owo”- mainstream’ową wycieczką jest „death
road”. Czyli opadająca stromymi serpentynami 3000 metrów dawna droga do Coroico
obecnie zamknięta dla samochodów i udostępniona jedynie rowerowym wycieczkom. Z
wycieczki takiej można wrócić jak moi towarzysze z Salarów z super koszulką
„Death road survivor”. Trzecią wycieczką po której boli mnie szyja jest
odwiedzenie kopalni w Potosi. Jest całkiem fajnie, ale bez „hard core’u”. No,
ale o tym później.
 |
widok na centrum La Paz |
Kiedy już byłam pewna, że o 19:00 wyjeżdża
mój autobus do Uyuni spotkałam się znów z chłopakami i chyba godzinę spędziłam
na szukaniu jedzenia o odpowiedniej jakości i cenie dla siebie. Ostatecznie
wylądowaliśmy w niezbyt taniej knajpce tuż przy hostelu, ale w związku z tym
postanowiłam sobie dogodzić. Czym? Otóż czymś czego nie było mi dane skosztować
od półtora miesiąca. Jadłam spaghetti z sosem serowym i byłam w 7 niebie. To
według mnie trochę oddaje tutejszą kuchnię, bo spaghetti z sosem serowym to
najbardziej śmieciowate jedzonko jakie przygotowuję sobie w domu. Cały pobyt w
La Paz był też interesującym spojrzeniem na kulturę żydowską. Bo otóż w
momencie kiedy chłopcy gadali ze sporym ożywieniem po hebrajsku okazało się, że
dyskutują o religii. Bo Yoniego nakręca gadanie o religii. I drzewach. Być może
dlatego zdecydował się zostać moim towarzyszem w La Paz, bo od konwersacji o
drzewach zaczęła się nasza znajomość. W zasadzie okazuje się też że życie,
zwłaszcza studentów, wszędzie jest takie samo. Nie zależnie czy mieszkasz w
Krakowie, Jerozolimie czy Arequipie, tak samo chodzisz na imprezy, masz takie
same, dosłownie takie same problemy ze wspólokatorami i identycznie
oszczędzasz. W zetknięciu z moim nastawieniem przez ostatnie półtora roku o
różnicach międzykulturowych, których nie da się przeskoczyć, to naprawdę są
cenne spostrzeżenia :p. Okazuje się, że chyba większe znaczenie ma twój
charakter i to jakim jesteś człowiekiem.

Zostawiłam część swego dobytku w El Lobo i
zostałam odprowadzona na autobus do Uyuni, po czym zaczęła się szalona 12 –
godzinna podróż w mroźnym autobusie o samym chlebie i wodzie, które udało mi
się złapać tuż przed wyjazdem. Za oknem było biało, a ja w kontekście
zamarzniętej szyby zastanawiałam sie czy to śnieg, czy sól. Chociaż na Salarze
i w jego okolicach śniegu czy też lodu nie brakuje, sól albo bardzo jasna
ziemia są jednak znacznie bardziej rozpowszechnione.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz