czwartek, 8 sierpnia 2013

W drodze... znów


Siedząc już po raz trzeci na lotnisku w Santiago nie mogę uwierzyć, że to już ponad tydzień od czasu kiedy byłam tu ostatnio. Tydzień od kiedy błądziłam po Limie. Tydzień i tysiąc wydarzeń później.
Witamy w Valpo! Jazda ponad stuletnią funicular zaliczona :D
 Jeśli chodzi o aspekt podróżniczy ostatniego tygodnia, niestety nie mogę pochwalić się niczym szczególnym. Udało nam się dzisiaj odwiedzić przecudowne Valparaiso, a podczas GA raptem dotrzeć do Plaza de Armas w Santiago. Nie będę się jak zwykle rozpisywać o GA, ponieważ dla absoltnej większości ludzi nic to nie znaczy. Ot spotkanie studentów zrzeszonych w IFMSA z całego świata. Tydzień, codzienne spotkania i imprezy. Spanie po 4 godziny. Miałam sobie odpocząć, nie udało się.
Tak w Valpo wygląda grafitti...
 Podróżniczo wytłumaczę dlaczego znalazłam się teraz na lotnisku. Sprawy potoczyły się bowiem tak, że z różnych powodów (ale pewnie innych niż pierwsze które przychodzą Wam na myśl) rozwinęłam spory sentyment do Peru. Poza tym nie widziałam Machu Picchu. Postanowiłam więc się tam wybrać.

Najszybciej i bez tragicznych obciążeń dla kieszeni można się tam dostać lecąc lotem wewnętrznym w Chile do miasta Arica (blisko do przepięknego parku narodowego Lauca) i autobusem lub taksówką dostać się do Tacny. I witamy w Peru. Zakupiłam więc bilety i wracam do Santiago 29 sierpnia. Na szczęście udało mi się znaleźć bardzo miłych ludzi, którzy przez ten czas przechowają mi bagaż, podróżuję więc z samym małym plecakiem, tak jak planowałam.
i już wiesz gdzie bywa się w razie tsunami
 W ciągu ostatnich 24 godzin natomiast wybrałam się z dziewczynami, które były razem ze mną w polskiej delegacji do Valparaiso. Ja byłam odpowiedzialna za znalezienie couchsurfingu. Początkowo nikt nie odpisywał, po czym dostałam 3 odpowiedzi. Wybrałam chłopaka mieszkającego przy niejakiej ulicy Ekwadorskiej. Kiedy dotarłyśmy, stwierdziłyśmy, że najłatwiej będzie nam dotrzeć taksówką, choć z moich wyliczeń mieszkanie znajdowało się na drugim końcu miasta, które pomimo całej swojej urokliwej atmosfery wcale nie jest takie małe. Jakież było nasze zdziwienie kiedy taksówka zatrzymała się po 10 minut, włączając błądzenie. Był Ekwador. Był odpowiedni numer. Tylko człowiek przy domofonie nie miał zielonego pojęcia o żadnym Nicolaz. Marta wątpiła czy napisałam do hosta z właściwego Valparaiso. Przy pomocy kolejnego taksówka zadzwoniłyśmy do hosta, dzięki czemu okazało się, że... mieszka w Vina del mar, miejscowości obok.
ze specjalną dedykacją dla Elwirki :)!
 Po prostu nie zmienił ustawień na fb kiedy przeprowadzał się rok temu. Ale ulica Ekwadorska się zgadzała. Dotarłyśmy po wszystkich przygodach, zawożeniu walizek do bezpiecznej bazy i dochodzeniu do siebie po National Food and Drink Party zeszłej nocy tak późno, że już tylko przeszłyśmy się nad ocean i zagrałyśmy z hostem w jego autorską grę. No pomijając Anię, która odkrywszy, że Nicolaz gra na pianinie najpierw śpiewała z nim przez godzinę z kawałkiem, a potem wtajemniczała go w światową politykę. Na szczęście przy zamkniętych drzwiach nareszcie mogłam się wyspać.
Valpo i jego port
 Kolejny dzień pozytywnie nas zaskoczył. Nie było śladu deszczu z poprzedniego dnia, czyste niebo i rozsądna jak na zimę pogoda. Idealny dzień na urodziny. Urodziny miała Marta. Kiedy dotarłyśmy do Valparaiso (ciężko szło nam dochodzenie cen biletów, raz zapłaciłyśmy 430 a raz 140 pesos podczas gdy host mówił nam o cenie 500 pesos od osoby) po 5 minutach spotkałyśmy ludzi z GA – Portugalczyków, z którymi spędziłyśmy cały dzień i którzy w zasadzie byli naszymi przewodnikami.

Valparaiso jest przecudne, ale to możecie zobaczyć na zdjęciach, które wrzucę później :p. Całe miasto, położone jest na 40 wzgórzach pokrytych domami i kolejkami, które pomagają wtargać się na górę. Jest też studenckie, lekko artystyczne i pokryte milionami niesamowitych murali. Poza tym jest jednym z największych portów w Chile, co dla mnie było dość fascynujące. W Valparaiso mieszkał też Pablo Neruda. Jego dom można zwiedzać po wdrapaniu się na jedno ze wzgórz, ma 5 pięter i był zbyt duży, aby mógł w nim mieszkać sam, dzielił go więc z inną parą artystów.
 I to narazie na tyle, o Santiago będzie kiedy tak naprawdę go zobaczę za trzy tygodnie;). Choć może tu wrzucę jeszcze zdjęcia, które przypadkowo udało mi się zrobić idąc z moimi śmierdzącymi skarpetami do publicznej pralni. Śpiesząc się i bez mapy innej niż zdjęcie z telefonu, nie do końca znając drogę szłam przez miasto. Aż to nagle słyszę orkiestrę. Szłam za dźwiękiem... Trafiłam na pochód świętujących Boliwijczyków. Byli przepiękni. Wystarczy wyjść, żeby zobaczyć prawdziwe cuda! Po to się podróżuje. A przynajmniej po to podróżuję ja:).
Teraz czas na kolejny samolot...






No... jeszcze parę zdjęć bo Valpo jest naprawdę piękne! Nawet na przedmieściach.

Tu cała nasza polsko-portugalska ekipa, która nie wierzyła, że mam supermoc robienia skaczącego zdjęcia za 1 razem

No, tu znów Valpo, w drodze do domu Pabla Nerudy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz