wtorek, 13 sierpnia 2013

W pampie i bambie


kanion Colca
Oto po 11 godzinach drogi (która była jednym z moich najdłuższych przejazdów, nie licząc Madidi, gdzie czeka mnie 18-20 godzin, wpadłam na ten pomysł dzisiaj) dotarłam do osławionego Cusco. Zaczęło się od czekania godzinę na chłopaka, z którym byłam umówiona przez znajomych (i pewna, że właśnie u niego będę mogła przenocować). Aby się z nim spotkać nie tylko musiałam czekać, ale i tajnymi ścieżkami dowiedzieć się jaki jest jego numer telefonu, choć miał na mnie czekać na dworcu. Nic to. Najzabawniejsze było kiedy przyszedł i stwierdził, że proszono go o to, żeby pomógł mi znaleźć hostel... Serio? Po to chłopak tuż przed kolosem z hematologii przyjechał na dworzec, a ja czekałam godzinę i zaniechałam pisania do dziewczyny, u której miałam prawie pewny nocleg? Byłam dość wściekła. Znalazłam hostel w centrum w całkiem rozsądnej cenie, ale dołączyłam już tym samym do samego środka ławicy. Już bardziej turystką być nie mogę, co trochę mnie boli. Ale w zasadzie nie jest tak źle, rzekłabym nawet sympatycznie jest. Zwłaszcza kiedy w czyichś oczach wyrastam na specjalistkę z dziedziny archeologii i dostaję dwa zaproszenia na drinka jednego dnia.

El condor
Wracając jednak do rzeczy... 3 rano. Żeby dotrzeć na wycieczkę do kanionu Colca musiałam wstać o 2 i jechać taksówką na Plaza de Armas. I czekać. Busik na szczęście się zjawił i pomknęliśmy w stronę Chivay. Nikt mi jednak (poza Angely tuż przed wyjazdem) nie powiedział, że będzie zimno. Tak zimno. Ale nawet z tego co mówiła Angely nie wywnioskowałam, że na pokonywanej przełęczy będzie -15 stopni. To znaczy nie sprawdzaliśmy, bo siedzieliśmy w busie. Ale jakoś dziwnie kiedy opuszczając miasto, w którym poprzedniego dnia były 23 stopnie nagle okno jest nie zaparowane, a... zamarznięte. I to właśnie są warunki życia lam. Których okazuje się być tu całe mnóstwo. Na tyle, że vicuna znajduje się w godle Peru i na dowodach osobistych, co uważam za urocze.
Jeśli mam napisać o całej wycieczce, bo od tego w zasadzie trzeba by zacząć, jest bardzo przyjemna. Tylko dlaczego tyle kosztuje? To sprawia, że przestaje być taka dobra. Za „wycieczkę” czyli transport i bardzo podstawowe śniadanie zapłaciłam 55 soles. 
Wszyscy czają za kondorem, a ja tutaj tak...
 To jeszcze jest ok, biorąc pod uwagę to, że w zasadzie cały dzień się woziliśmy. Do tego dodajmy dodatkowo płatne termy, przy których obowiązkowo spędzamy 1,5 h (15 soles) i obiad około 1 h (25 soles). No i nie zapomnijmy o bilecie wstępu na teren Colca – 70 soles, zniżek dla mieszkańców krajów spoza Ameryki Południowej brak. Nasuwa się pytanie za co płacimy, skoro przy Cruz de Condores spędza się 30 minut, a wstęp na teren Huascaran National Park, który według mnie był ciekawszy płacimy chyba 10 soles. Czy mówiłam już że zwiedzanie południa Peru jest katastrofą?
Uprawa tarasowa
 We wspomnianym zimnie, choć już nieco mniejszym, wypędzono nas na śniadanko, w chłodnawej restauracji. Jedliśmy więc gryz – pocieranie rąk – łyk – rozgrzewanie nóg. Później udaliśmy się do Cruz de Condores, gdzie ludzie tworzyli tak szczelny mur nad przepaścią gdzie latało te 6 kondorów, że trzeba było używać łokci. Kiedy udało się jednak przebić było całkiem ładnie, sam kanion z resztą, kóry jest jednym z dwóch najgłębszych na świecie (znajdujących się jeden obok drugiego) jest dość urokliwy. Stamtąd udaliśmy się na punkt widokowy, skąd idealnie było widać inkaskie tarasy. Tu należy się Inkom pochwała. Coraz bardziej rośnie we mnie uznanie dla ich imperium. Po pierwsze podbili miliard innych wiosek i ludów. Po drugie w miarę trzymali to wszystko w ryzach. Po trzecie z kolei, wybudowali tarasy uprawne i drogi, które przetrwały do dzisiaj. 
Sokół i lama naraz? Proszę bardzo! - kościół w Maca
 Kolejnym punktem było stanowisko turystyczne/kościół w kolonialnym stylu w Maca. Kościół dość ładny, a cała krótka droga do niego upstrzona stoiskami i Peruwiańczykami z alpakami, lamami i sokołami, które wrzucano ludziom na głowy i ramiona w przedziwnych konfiguracjach, aby biznes się kręcił. Ja natomiast kupiłam sobie solone fasolki:p.  Myślałam, że to już koniec, ale nie, w zasadzie dopiero się rozkręcaliśmy. Czekały nas jeszcze termy (czas spędziłam siedząc nad rzeką i przezornie taplając w niej tylko nóżki, ludzie po drugiej jej stronie, korzystający z term, mieli chyba porażony węch siarką). Kolejny przystanek był na obiad, który zgodnie z zapowiedzią SA Handbook znacznie przewyższał ceną swoich braci w innym miejscu. W ramach protestu poszłam się więc przejść i odkryłam, że Chivay to bardzo fajne miasteczko, z centralnym punktem w postaci targu, gdzie jeszcze można kupić pamiątki w bardzo rozsądnych cenach. Podczas całej wycieczki 2 razy wpadłam na znajomego z Trujillo, z którym byliśmy na jednym oddziale. Niesamowite jak w tym wielkim świecie można się spotkać absolutnie bez ustaleń.
droga do term
 Po tym wszystkim wróciliśmy do Arequipy jeszcze przed zmrokiem. Jeśli macie więcej czasu możecie spróbować dostać się do Cruz del Condores i dalej kanionem do Cabanaconde transportem publicznym. Myślę, że spokojnie, bez tracenia żadnych konkretnych atrakcji da się to zrobić. I w zasadzie potwierdzają to też inni. Z resztą ponoć sąsiedni kanion Cotohuasi, głębszy i bardziej dziki jest piękniejszy. Jedyny minus to 12 godzin w jedną stronę. 
Chivay
 Zaraz po dotarciu do Arequipy udałam się na dworzec celem zakupienia biletu do Cusco na ten sam wieczór, jednak okazało się (między innymi z uwagi na korki w mieście), że nie do końca jest to wykonalne. Skończyło się na kolejnej nocy w Arequipie i busie „Flores” o 7 rano, jadącym cały, caluteńki dzień. Do tego był 3 razy tańszy niż taki dajmy na to Ormeno, nie mówiąc o Cruz del Sur, a zakładam że równie wygodny. Bo wygodny naprawdę był. Dojechałam po zmroku. Trasa jest naprawdę bardzo ładna, jak zwykle jednak mocno rozpraszają uwagę puszczane filmy. Tym razem zauważam jednak pewną ewolucję. Zbyt pochopnie osądziłam tutejsze autobusy jako puszczające jedynie chłam z lat 80., filmy z Bruce’m Lee i „Grę o tron”. Tym razem maraton filmowy był bardzo społecznie zaangażowany. Zaserwowano nam „Nietykalnych” , po czym przyszła kolej na produkcję „Sam” o walczącym o prawa rodzicielskie samotnym, upośledzonym ojcu. Pokaz zakończył wzruszający film Bollywood poruszający m.in. problem autyzmu i muzułmanów w Stanach, zwłaszcza po 11/09 – „Nazywam się Khan”. Była to w sumie dobra przeciwwaga dla obejrzanego przeze mnie innym razem filmu na kolejny ważny temat jakim jest handel ludźmi. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie amerykańska produkcja i blond amerykańska rodzina, której najgorsza z możliwych rosyjska mafia ukradła w Kiszyniowie 14 – letnią córeczkę, aby handlować jej cnotą. Niemniej jednak miło, że porusza się takie tematy, można by jednak mniej schematycznie. I tak oto notatka podróżnicza zamieniła się w filmową. Dopiero teraz pomyślałam, że w zasadzie jest to moja szansa, żeby wreszcie pooglądać sobie filmy. Zapytano mnie nawet czy nie chcę aby włączono mi angielskie napisy.
Kobiety z doliny Colca mają niesamowicie bogate stroje
 Z tym angielskim, który uznawany jest za mój ojczysty język bywa zabawnie. Niektórzy ludzie w ogóle nie odróżniają tu angielskiego od innych, choć wiedzą o jego istnieniu. Zdarzyło mi się więc zostać zapytaną czy przed chwilą gadałam po polsku (kiedy gadałam z Peruwiańczykiem po angielsku, skąd miałby znać polski?!) i czy w Polsce oficjalnym językiem jest angielski. 
Pasą, pasą się lamy...
 Moim kolejnym gadatliwym towarzyszem podróży (który jednak częstował mnie piankami mashmallow kiedy byłam spłukana) był 22 – letni inżynier Percy. Miałam też szansę poćwiczyć hiszpański i eleganckie odmawianie wyjścia na miasto. Co zaskoczyło mnie po przyjeździe, a w zasadzie ciągle zaskakuje mnie tutaj na południu to uroczy turyści noszący dumnie peruwiańskie czapeczki przy 22 stopniach.  Zastanawia mnie ich motywacja.
Mi by się z kolei przydała czapeczka w tym nieogrzewanym hostelu, który jak wszystko tutaj nie ma ogrzewania i jest raczej pootwierany. W Salar de Uyuni ma być jednak -20 stopni. Już teraz zacznę przygotowywać się mentalnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz