
Mój wjazd do Limy był na absolutnym spontanie. Zero
przygotowania. Nie miałam też przy sobie mojego męskiego obrońcy, bo wybrał
droższy i wygodniejszy autobus, z resztą i tak miał jechać prosto na lotnisko. Miałam
przecież dotrzeć koło 7 rano i spędzić tam kilka godzin. No tak. Nie wzięłam
tylko pod uwagę paru rzeczy.
 |
bo w Peru skrzynkę na listy znaleźć nie łatwo... |
1.
Jest w Ameryce Południowej.
2.
Jest stolicą, wszystkie ceny rosną zatem
dwukrotnie w porównaniu do Trujillo, Huaraz czy innych miejsc, które dotąd
odwiedziłam. Ma też 9 milionów mieszkańców, jest więc spora.
3.
I ostatnie, czego nie mogłam przewidzieć –
dojedziemy w środku nocy, czyli o 5:30.
Spokojnie. Co robić? Kiedy dotarliśmy do Olivos –
pierwszego z dwóch limańskich przystanków zaczęłam czytać przewodnik.
Kontynuowałam na dworcu autobusowym. Kiedy zaczęła zbliżać się 6:00 uznałam, że
można uderzyć do jakiegoś hostelu z prośbą o prysznic i przechowanie bagażu.
Tylko który wybrać? Dookoła cały czas słyszałam tylko, że ludzie wybierają się
do Barranco, San Isidro i Miraflores. Czyli dzielnic gdzie teraz się mieszka,
gdzie jest nocne życie i gdzie jest w miarę bezpiecznie. Ale chciałam przecież
zwiedzić centrum. SA Handbook miał dla mnie 10 rozwiązań w tej lokalizacji, pod
uwagę wzięłam 5. Ostatecznie stanęło na „Familia Rodriguez”, miał być tani i
brzmiał jak prowadzony przez rodzinę, czyli miłych ludzi.
 |
stare centrum Limy wygląda dość europejsko |
 |
Przeklęci inkascy najeźdźcy |
Taksówka, miałam do podjechania jakieś 2 km. To będzie 3,
maksymalnie 5 soles. W Trujillo. Tutaj wszyscy słysząc moją propozycję nie do
odrzucenia w postaci 5 soles pukali się w głowę. Zaczynali od 13, najniżej
zeszli do 8. A i tak zapłaciłam 11 soles, bo o tej porze to pan taksówkarz nie
miał wydać z 20-tki ;p. On nie wiedział gdzie to, ja tym bardziej, szukaliśmy.
Dobrze, że miałam dokładny adres, a nie tylko nazwę hostelu, bo miejsce to jest
dalekie od neonowego „Patrzcie o tutaj! Tu jesteśmy! No!”. Znajduje się w
starej kamienicy. Wszystko było ciemne i zamknięte na 4 spusty. Już chciałam
proponować panu, żeby nie martwił się wydawaniem reszty, bo pojedziemy do
kolejnego, a tu nagle schodzi w bamboszkach starsza pani. Wchodzę na górę i
zostaję wprowadzona do naprawdę eleganckiego mieszkania w starej kamienicy. Ale
bardziej porównywałabym te przestrzenie, tą klatkę do kamienic w Paryżu niż np.
w Katowicach. Nie mówię, że w Katowicach nie ma ładnych. Przy wejściu na
stoliczku stoją zdjęcia dzieci i wnuków,
mieszkanie natomiast oplata pustą
przestrzeń wystrzeliwującą z położonego na parterze małego podwórka. Wita mnie
właścicielka mieszkania w eleganckim szlafroku, a ja czuję się głupio. Wpadam
jak ostatni oszołom o 6 nad ranem do takiego miejsca, będąc w dodatku jedynym
gościem. Nikt jednak nie był specjalnie zaskoczony, ani tym, ani moją prośbą.
Tzn. oczywiście musiałam zapłacić jakąś część normalnej doby hotelowej, ale
moje rzeczy znalazły się w bezpiecznym miejscu, a ja nie wparowałam na GA
zostawiając za sobą interesującą zapachową nutę.
 |
Katedra w Limie |
Nadszedł czas na obejrzenie miasta, z którego „siłą,
bogactwem i luksusem mogło konkurować niewiele miast Starego Świata”. W XVII i
XVIII wieku. Teraz natomiast wszyscy straszyli mnie, że zostanę zamordowana i
nie znajdę w Limie niczego. Jakże się mylili!
Wyruszyłam jedynie z kiepskim zdjęciem mapki w telefonie
szukając informacji turystycznej, która miała być gdzieś za urzędem miasta.
Okazało się, że „mieszkałam” przy jednym z bardziej zabytkowych placów – placu
San Martin. Nie zauważyłam nawet kiedy doszłam do Plaza de Armas, byłam pod
wrażeniem. Niestety w centrum jedyna informacją turystyczną są prywatne albo
należąca do miasta, gdzie babeczka nie miała nawet pojęcia gdzie jest poczta
(która była 2 ulice dalej).
Stwierdziłam, że z uwagi na opłaty we wszystkich miejscach będę
zwiedziać miasto, na które miałam i tak mało czasu, jedynie z zewnątrz. Okazało
się jednak, że nie jest aż tak źle i do większości kościołów można wejść za
darmo, wciąż obowiązują zniżki z ISIC i akceptują ją nawet w autobusach. Że też
nie wykorzystywałam tego w Trujillo ;). Szybko zaczęłam też obładowywać się
pamiątkami i pierdółkami, bo przy ogromnym wyborze okazuje się, że są też w
Limie najtańsze.
 |
Plaza de Armas |
W Limie jest całkiem sporo darmowych muzeów, do których
warto zajrzeć, zwłaszcza jeśli jest się zainteresowanym archeologią i chce
przygotować do oglądania kultur wybrzeża (Museo Banco Central de Reserva del
Peru) albo zna hiszpański i chce dowiedzieć wiele o czarownicach i inkwizycji
(Museo de la Inqusicion). Poza tym, w zasadzie przez przypadek odwiedziłam też
zakon Franciszkanów dosponującym imponującymi katakumbami, które służyły do
połowy XIX wieku za miejski cmentarz. Przewinęło się przez nie tysiące ludzkich
istnień. Bardzo ciekawa kontunuacja po katakumbach z Palermo, które widziałam w
zeszłym roku. Najcudowniejszym elementem kompleksu jest jednak jadalnia w
której można znaleźć nietypową ostatnią wieczerzę.
 |
kościół La Merced |
Po raz pierwszy usłyszałam też w Limie, że w sumie
mogłabym robić za Peruwiankę. Uważam, że to całkiem sympatyczne :p. Tutaj, w
Santiago usłyszałam natomiast, że mój hiszpański jest całkiem niezły. Od osoby,
która jeszcze parę chwil wcześniej nie potrafiła mi wystarczająco
łopatologicznie wytłumaczyć jak używać pralki w pralni miejskiej.
Będąc
Europejką i podróżując samotnie po Ameryce Południowej w zasadzie ciężko jest
być samej. Cały czas znajduje się ktoś kto chce z Tobą pogadać, nie tylko po
to, żeby wyciągnąć od Ciebie pieniądze. W supermarkecie na przykład znów
zostałam uziemiona na pół godziny rozmowy z peruwiańskim nauczycielem
angielskiego.
 |
W oddali przepiękne wzgórze San Cristobal |
Jeśli będziecie w Limie zarezerwujcie sobie kilka dni, nie
sposób zwiedzić wszystko w 1 czy 2 dni nie mówiąc o relaksie. Ponieważ moja
wizyta była jednak tylko „próbką” postanowiłam pojechać do jednej z tych
bogatych, modnych dzielnic. Wybrałam Miraflores. Miałam spore problemy z
łapaniem busa, nie mając pojęcia, który gdzie jedzie, w Limie jest jednak sporo
pomocnej policji. Po drodze do Miraflores i San Isidro znajdują się dwie
huacas. W samym centrum miasta! W dodatku dostępne do zwiedzania. Ja niestety
nie miałam wystarczająco czasu postanowiłam więc dotrzeć nad ocean, który mimo
mgły i chłodu upstrzony był surferami. W Miraflores sporo jest apartamentowców
i innych, dość starych wysokich budynków. Nie wygląda szczególnie urokliwie.
Postanowiłam iść brzegiem miasta nad oceanem do parku Miłości, gdzie jak
obiecywał SA Handbook co chwilę pojawiają się nowożeńcy robiący sesje
zdjęciowe. Choć w zasadzie nie wiadomo czemu.
Ja spotkałam natomiast nowego towarzysza, a był nim
ekwadorski Edward Nożycoręki. Nie żebym wiedziała to od początku. Po prostu
poprosił mnie żebym zrobiła mu zdjęcie. Zaczęliśmy jednak gadać po
hiszpańsko-francusko-angielsku i okazało się, że jedzie częściowo stopem
odkrywając Peru i Boliwię. Będzie spał pod namiotem w okolicach Aguas Caliente,
gdzie jest wyjątkowy mikroklimat, który sprawia, że można nie
zamarzając spać pod namiotem. A na kolejne etapy podróży zarabia sprzedając
bransoletki i przebierając się właśnie za Edwarda.
 |
Lans przed zakonem Franciszkanów, gdzie znajdziemy... |
Zaczęło się niestety ściemniać i trochę za późno
zorientowałam się, że trzeba by znaleźć busa z powrotem do hostelu, z którego
przed wyjazdem na lotnisko musiałam jeszcze zabrać bagaże. Z pół godziny zajęło
nam szukanie go aż wreszcie wsiadłam. I zaczęło się. Bo kto brałby pod uwagę,
że w okolicach 18:00 mogą być w 9 milionowym mieście największe korki?
Siedziałam tam, kręciłam się, a czas leciał, leciał nieubłaganie. Nie chciałam
kolejnej przygody ze spóźnieniem na samolot. Zastanawiałam się czy wysiadać i
iść, czy brać taksówkę. Czy może, w przypadku spóźnienia, olać GA i pojechać
razem z Edwardem Nożycorękim w dół? Na szczęście po GA w Stanach postanowiłam zbierać
się na lotnisko 3 godziny wcześniej i to mnie uratowało, dotarłam więc idealnie
na czas.
Kiedy wychodziłam, właścicielka hostelu dała mi jeszcze
radę, żeby nie zgadzała się na żadne taksówki bez licencji na wjazd na lotnisko,
bo dystans od bramy jest ogromny. Ok. Macham ręką, taksówka zatrzymuje się,
mówi połowę ceny. Oczywiście nie ma licencji, ale co tam. Najwyżej złapię
kolejną przy wejściu na lotnisko ;). Trafiłam na najzabawniejszego taksówkarza
pod słońcem z którym sporo sobie pogadałam i śpiewaliśmy piosenki w
naszych językach – on w Quechua, a ja „Stokrotkę”, nic innego nie przyszło mi
do głowy. Oczywiście po dotarciu pod bramę okazało się, że na terminal idzie
się 5 minut. Ach Ci nieprzywykli do chodzenia Peruwiańczycy :).
 |
Ostatnia wieczerza z cuy'em <3 |
Kiedy po przylocie na moje dobrze znane lotnisko w
Santiago czekałam na 6 rano o której miały zacząć kursować busiki zabierające delegatów
do hotelu podeszła do mnie dziewczyna będąca delegatem Kolumbii, zagadując. Tak
po prostu. Spośród całych tłumów na lotnisku wyglądałam ponoć jak student
medycyny wybierający się w to samo miejsce co ona.
Zaczynał się GA.
 |
La Rosa Nautica, jedna z najsłynniejszych restauracji w Miraflores... na kolację po romansach w Parque del Amor;) |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz