Tym razem piszę już z Trujillo i
zacznę nieco refleksyjnie, musicie mi to wybaczyć.
mury otaczające Kuelap |
Udało nam się wrócić, kiedy Philipowi się
polepszyło. Wbiliśmy się więc akurat w przerwę, bo w autobusie z kolei ja
zaczęłam czuć, że coś się zbliża. Cały dzisiejszy dzień przespałam mając
nadzieję, że kiedy odpocznę, przejdzie samo. Przechodzi tak sobie. W tym czasie
Philip kupił bilety do Mancory, gdzie jest ciepło, są plaże, idealne warunki do
surfingu i tłumy Gringos. Spotkał też część naszej ekipy ze szpitala, z którą
pojechał na sandboarding. Taki snowboard na piasku. Przez cały pobyt miałam
nadzieję, że uda mi się na to wybrać, ale niestety, nie potrafiłam zrobić nawet
3 kroków.
Kuelap ma 3 wejścia - to służyło lamom i służbie |
Piszę to jednak dlatego, że
kiedy leży się tak samemu w pokoju i umiera, daleko od domu i bez jakichś
szczególnych rozrywek, myśli się tylko o jednym – żeby wrócić. Albo żeby
chociaż Ci wszyscy, z którymi jest się naprawdę zżytym byli przy Tobie,
pogłaskali Cię po głowie i powiedzieli, że wszystko będzie dobrze. Potem z
kolei się o całym zdarzeniu zapomina i chce dalej korzystać z życia, odkrywać
kolejne miejsca i poznawać nowych ludzi. Coś jednak się zmienia i jakaś
myśl pozostaje.
![]() |
Reksio przestraszył lamy :( |
Gdybym więc prawie 2 razy znalazła się na granicy z powodu
malarii myślę, że coś by się we mnie zmieniło i przestałabym być wiecznym
podróżnikiem. Chyba, że nie miałabym do czego wracać. Tego bym już nie zniosła, bo
przy dużej ilości śmiechu i dobroci, nawet z najlepszymi ludźmi po drodze nie
stworzysz szczególnej więzi, nie będą naprawdę się o Ciebie martwić, ani
starali do końca zrozumieć. Wciąż będziesz obcy, bo więzi potrzebują czasu. A w
podróży jesteśmy tak naprawdę wiecznie samotni. Przynajmniej ja tak to widzę i
na chwilę obecną, kiedy wciąż jestem chora, nie chcę już jechać dalej. A będę
musiała.
Wróćmy jednak do Chachapoyas.
Nasze pierwsze dwa dni (i w planach jedyne ;)) polegały na zorganizowanych
wycieczkach z lokalnych biur. Było więc pięknie, wygodnie, bezproblemowo i
znacznie mniej emocjonująco. Będzie w związku z tym nieco mniej tekstu, a
więcej zdjęć.
Pierwszego dnia wybraliśmy się
do Kuelap, czyli twierdzy ludu Chachapoyas. Chachapoyas oznacza „ludzi chmur”,
nazwę tą nadali podbijanemu ludowi Inkowie. Pogoda musiała być te 500 lat temu
nieco inna, bo przez całe nasze 4 dni świeciło piękne słońce, a deszcz padał
raz, w nocy. Kiedy niedługo po Inkach w okolice Chachapoyas zawitali Hiszpanie,
nasi bohaterowie postanowili współpracować z Europejczykami i w pewnym sensie
przyczynili się do zagłady swojego pierwszego najeźdźcy.
Kuelap, do którego z poziomu
głównej drogi najpierw jechaliśmy 2 godziny, a później szliśmy kolejne 30 minut
było sporej wielkości osiedlem z dwoma poziomami, jednym dla zwykłych
śmiertelników i dwoma wyższymi dla wojowników i zarządców. Cechą charakterystyczną,
dzięki której 3 dni później bawiąc się samotnie w Indianę Jones’a rozpoznałam
kolejne miasto Chachapoyas, było budowanie wszystkich domów w kształcie okręgu. I umieszczanie, w tych ważniejszych, znaków symbolizujących czczone przez nich zwierzęta - węża, pumę i kondora. W Kuelap znajduje się jednak 5 fundamentów o kształcie prostokąta. To właśnie
pozostałości po inkaskich najeźdźcach. Część całego kompleksu porasta las
deszczowy pokazując warunki w jakich – mniej więcej – znaleziono ruiny. Między
ruinami zaś hasały lamy. Nasze pierwsze lamy w Peru.
tu z kolei wejście dla "ważnych" |
Razem z nami była całkiem
spora grupa turystów i – co bardzo mnie rozczuliło – jeden z tych peruwiańskich
zarządził grupowe zdjęcie naszej kilkugodzinnej zbiorowości ludzkiej. Z Gringos
były natomiast dwie ciekawe panie – jedna Amerykanka urodzona w Peru, która
wróciła tu po jakimś czasie i mieszka w Huaraz, druga – Belgijka, która jakiś
czas temu po zerwaniu z chłopakiem i wylaniu z pracy przyjechała do Ameryki
Południowej na 15 miesięcy. Od tego czasu jakoś tak kursuje między Europą, a Ameryką Południową, bo okazało się, że
nie do końca potrafi wrócić do rzeczywistości.
paszcza Cuy'a frito |
Po zwiedzaniu Kuelap zabrano nas
na wcześniej zamówiony obiad. Ponieważ do wyboru był pstrąg na 10 sposobów i
cuy na 2, wybrałam cuy’a, wychodząc z założenia, że kiedyś skosztować go trzeba. Mój cuy był jednak
kiepsko utuczony, w związku z czym bida składała się z samej skóry i kości.
Pozostaje to jednak faktem – skosztowałam świnki morskiej. Następnego dnia
okazało się, że najprawdopodobniej wszystkie wycieczki z lokalnych biur mają w
rozkładzie napędzanie lokalnej gospodarki przez dawanie turystom wystarczającej
ilości czasu żeby zgłodnieli i zjedli coś przy konkretnym zabytku.
Wieczorami zaczęliśmy odkrywać Chachapoyas
nocą stwierdzając, że to bardzo spokojne miasteczko, w którym ciężko chyba,
żeby coś się komuś stało. Po 2 dniach samotnego spacerowania po peruwiańskich wioskach
i mijaniu panów z maczetami i kilofami stwierdzam, że to rzeczywiście miasta są
zwykle wylęgarnią przestępczości. Oczywiście zdarzają się odstępstwa od reguły,
ale na razie ich nie doświadczyłam ;).
dolina do której spływa Gocta |
Kolejnego dnia wybraliśmy się do
wodospadu Gocta. Zdążyliśmy już z Philipem zdać sobie sprawę, że pomimo braku ponadprzeciętnej
kondycji zostawiamy większość Peruwiańczyków w tyle, byliśmy więc jednymi z
pierwszych, którzy dotarli do wodospadu. Jest naprawdę imponujący i nie
mogliśmy się powstrzymać od podejścia aż pod samo jezioro, w którym się kończy.
Oczywiście poskutkowało to tym, że byliśmy cali mokrzy. Do wodospadu idzie się
góra, dół na początku przez łąki, a potem prawie deszczowy las około 2 – 3 godzin
w jedną stronę.
I tak miał zakończyć sie nasz pobyt w Chachapoyas, gdyż mieliśmy już nawet pięknie zakupione bilety na 9:00 rano dnia następnego w okolice prawdziwych lasów deszczowych, czyli Tarapoto. Plany zaczęły się jednak zmieniać w nocy.
niestety Gocta w porze suchej to tylko 30% jego maksymalnej objętości, ale dzięki temu można podejść bliżej :) |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz