
Wszystko dlatego, że za parę godzin, tym
samym samolotem co ja dwa tygodnie temu, przyleci mój towarzysz na kolejne dwa
tygodnie w Peru o wdzięcznym nazwisku Capone. Ten sam, który zgarnął nas z
Robertem o 2 w nocy z jednego z nowojorskich MacDonald’sów (o czym można
przeczytać tu).
Jego przyjazd do Peru zacznie się z prawdziwym przytupem, gdyż podjedzie z
walizkami prosto pod Chan Chan, gdzie wybieramy się z ludźmi z wymiany, a
o 22:00 wpakujemy się już do autobusu w stronę miasta Cajamarca.
![]() |
Ai apaec, najwyższy bóg kultury Moche |
widok z Huaca de la Luna na Huaca del Sol i "miasto" między nimi |
Idealnie zachowany główny ołtarz |
Myślę, że tam można sobie takie antyczne miasto Moche wyobrazić, czego w żaden sposób nie byłam w stanie zrobić w Sipan. Wydaje mi się z resztą, że w tych moich National Geographic wyczytałam o znacznie mniejszych rozmiarach Sipan, co było też przyczyną nie zauważenia go przez rabusiów. Niestety Huaca del Sol y de la Luna zauważyli i archeolodzy w grobach znaleźli już tylko drewno, glinę i kości. Przysypane piaskiem i gliną ocalały jednak przepięknie zdobione ściany piramid. Zdjęcia nie oddadzą jednak momentu kiedy pojawia się przed Wami oświetlone promieniami słońca gigantyczne dzieło sztuki. Narazie udostępniona do zwiedzania jest tylko Huaca de la Luna, na terenie miasta i Huaca del Sol wciąż trwają wykopaliska. Zwiedzaliśmy z obowiązkowym hiszpańskim przewodnikiem, pomimo wycieczek po francusku i angielsku odpowiednio za 10 i 15 minut, z uwagi na to, że 2/3 naszej grupy było hiszpańskojęzyczne i zostałam przegłosowana ;).
Tego samego dnia miało być national
food and drink party, czyli impreza, która ma miejsce podczas prawie każdego
międzynarodowego spotkania czy to z IFMSA, czy z „Młodzieży w działaniu”.
Przywozimy więc z naszego kraju coś do jedzenia lub gotujemy (ja zawsze
zabieram kabanosy, które zwykle są przebojem, również dlatego, że jest ich dużo
i świetnie nadają się do zagryzania alkoholu. Niestety w tym przypadku, gdy
wszyscy coś ugotowali wyglądały cokolwiek biednie) oraz coś do picia, wiadomo –
alkohol. Chociaż podczas pierwszego wyjazdu z „Młodzieży w działaniu”, czyli
programu jakby nie było poważnego i unijnego miałam wątpliwości. Rozwiały się
nad litrami gruzińskiej chachy. Problem polegał na tym, że zapomniałam przed
wyjazdem kupić żubrówkę. Okazało się, jednak że Justyna która była tu miesiąc
wcześniej ją znalazła, co dało mi pewną nadzieję. Ja jej nie znalazłam, ale
trafiłam na innych reprezentantów naszego kraju. Do domu wracałam więc
triumfalnie z Wyborową i sokiem pomarańczowym pod pachą, bo pomyślałam, że
będziemy też pić po polsku – w shotach. Okazało się, że wszystko tak piliśmy, ale sok przydał się, bo nikt nie pomyślał o zakupieniu czegoś na przepitę. Wybierając się na samą imprezę padł na mnie blady strach – Fiorella przeziębiła się i stwierdziła, że nie idzie, a nikt nie znał adresu miejsca, w którym miała być impreza. Ja natomiast będąc tu w zasadzie już dwa tygodnie jeszcze nigdy sama nigdzie wieczorem się nie wybierałam. Przyszedł po mnie jednak znajomy Fiorelli i dobrze się stało, bo inaczej nie wiem czy moja wódka i kabanosy kiedykolwiek, by tam dotarły. Dopiero trzeci taksówkarz odważył się zaryzykować i szukać tego adresu. Kiedy impreza w mieszkaniu miała się już ku końcowi, próbowaliśmy przenieść się do klubu, ale że w późniejszych godzinach trzeba płacić za wstęp, poddaliśmy się. A ja zaliczyłam pierwszy spacer do domu nocną porą. Przeżyłam. Nie szłam oczywiście sama i tu należy się słówko na temat tego jakimi
dżentelmenami są Peruwiańczycy. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Kumpel Fiorelli na przykład obiecał jej, że się mną zaopiekuje, całą imprezę sprawdzał więc czy wszystko w porządku i mówił, że kiedy tylko zechcę, zamówi mi taksówkę i wszystkim się zajmie. Kiedy stwierdziłam, że jednak przejdę się z kimś innym, musiał się upewnić czy zostanę odstawiona pod same drzwi, co też miało miejsce. Kiedy następnego dnia wychodziłam natomiast na „randkę” Fiorella była zdziwiona, że nie kazałam mu po siebie przyjść, tylko umówiłam się w centrum. Takie standardy. Które są jednak dobrym zabezpieczeniem, kiedy weźmiemy pod uwagę jak koszmarnie wszyscy się tutaj spóźniają. Już lepiej siedzieć przed fejsem niż obchodzić po raz dwudziesty plac dookoła (ja wygrzewałam się akurat na ławce z wyciągniętymi nogami wzbudzając pewne zainteresowanie). Spóźnianie się nie jest oczywiście wyrazem złego wychowania, taki styl. Wracając jednak do szarmanckich Peruwiańczyków wielokrotnie też zdarzyło się, że taki właśnie kolega Fiorelli, kiedy jechaliśmy gdzieś w trójkę brał na siebie płacenie za taksę. Przykłady można by pewnie jeszcze mnożyć.
będziemy też pić po polsku – w shotach. Okazało się, że wszystko tak piliśmy, ale sok przydał się, bo nikt nie pomyślał o zakupieniu czegoś na przepitę. Wybierając się na samą imprezę padł na mnie blady strach – Fiorella przeziębiła się i stwierdziła, że nie idzie, a nikt nie znał adresu miejsca, w którym miała być impreza. Ja natomiast będąc tu w zasadzie już dwa tygodnie jeszcze nigdy sama nigdzie wieczorem się nie wybierałam. Przyszedł po mnie jednak znajomy Fiorelli i dobrze się stało, bo inaczej nie wiem czy moja wódka i kabanosy kiedykolwiek, by tam dotarły. Dopiero trzeci taksówkarz odważył się zaryzykować i szukać tego adresu. Kiedy impreza w mieszkaniu miała się już ku końcowi, próbowaliśmy przenieść się do klubu, ale że w późniejszych godzinach trzeba płacić za wstęp, poddaliśmy się. A ja zaliczyłam pierwszy spacer do domu nocną porą. Przeżyłam. Nie szłam oczywiście sama i tu należy się słówko na temat tego jakimi
dżentelmenami są Peruwiańczycy. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Kumpel Fiorelli na przykład obiecał jej, że się mną zaopiekuje, całą imprezę sprawdzał więc czy wszystko w porządku i mówił, że kiedy tylko zechcę, zamówi mi taksówkę i wszystkim się zajmie. Kiedy stwierdziłam, że jednak przejdę się z kimś innym, musiał się upewnić czy zostanę odstawiona pod same drzwi, co też miało miejsce. Kiedy następnego dnia wychodziłam natomiast na „randkę” Fiorella była zdziwiona, że nie kazałam mu po siebie przyjść, tylko umówiłam się w centrum. Takie standardy. Które są jednak dobrym zabezpieczeniem, kiedy weźmiemy pod uwagę jak koszmarnie wszyscy się tutaj spóźniają. Już lepiej siedzieć przed fejsem niż obchodzić po raz dwudziesty plac dookoła (ja wygrzewałam się akurat na ławce z wyciągniętymi nogami wzbudzając pewne zainteresowanie). Spóźnianie się nie jest oczywiście wyrazem złego wychowania, taki styl. Wracając jednak do szarmanckich Peruwiańczyków wielokrotnie też zdarzyło się, że taki właśnie kolega Fiorelli, kiedy jechaliśmy gdzieś w trójkę brał na siebie płacenie za taksę. Przykłady można by pewnie jeszcze mnożyć.

Okazało się, że w Peru nikt nie
słyszał o tak popularnym w Europie farbowaniu do połowy, nikt więc nie dał się zmylić, że moje to nie odrosty. Połowa moich włosów (mimo że powiedziałam,
że chcę uciąć tylko troszeczkę) została uznana za zniszczone kołtuny, zebrana
na czubków głowy i odcięta w magiczny sposób. Fryzjerka trzmając nożyczki przy
garści moich włosów okrążyła mnie kilka razy, przy każdym okrążeniu przycinając
trochę bardziej. Na koniec posiedziałam jeszcze w maseczce i ciekawym
urządzeniu grzewczym na głowie. Tadam! Wszyscy nagle zamienili się we
wstrętnych kłamców, którzy twierdzili, że wyglądam dobrze. Ja natomiast twierdziłam,
że to już nawet nie Stevie. To co miałam na głowie po wyjściu z salonu kojarzyło mi się z ekspedientką z
mięsnego z lat 70. To nic, że nigdy takiej nie widziałam, Stevie’go też,
dlatego przypisałam mu fryzurę wokalistów z Modern Talking, po czym sprawdziłam
i okazało się, że Stevie to obecnie dość łysawy przedstawiciel rasy czarnej. Niemniej jednak
jestem na wakacjach, nie muszę się niczym przejmować, a podczas podróży możemy
uczyć się stopniowo tego, jak przestać brać życie zbyt serio. I fryzury też.
Wracając jednak do mojej „randki”
sprawa była dość frapująca. Zamiast wyprawy do Chan Chan i na plażę w
Huanchaco, którą zasugerowałam zaproponowano mi czy może nie chciałabym wybrać
się na... zakupy. Nie, nie. Nie szłam spotkać się z dziewczyną. Okazało się, że
tym razem miałam doradzać prezent dla dziewczyny kumpla, który co prawda
studiuje w Trujillo, ale wrócił już do domu w Chachapoyas, które będąc małym
miasteczkiem nie ma dobrego zaplecza. Prezent był z okazji 2 miesięcy bycia
razem. Od razu nasuwa się pytanie czy tak samo świętuje się miesiąc 3, 4, 5, 9?
Swoją drogą bardzo popularne jest tu też dostawanie w prezencie od ukochanego gigantycznych
pluszaków, stwierdziłam że wrzucę zdjęcie jednego z rogów mojego pokoju. Po
zakupach musieliśmy szybko zawieźć pakunek na busa, który jechał do
Chachapoyas. Dzięki temu zobaczyłam, co mają na myśli w i Peru (czyli
informacji turystycznej) podając mi, że jest na przykład tylko jedna firma
jadąca do Tarapoto. Jedna zaufana. W miejscu, w którym się znaleźliśmy firm
obsługujących trasę do Tarapoto było chyba z 5. Już wiecie gdzie szukać tych
pijanych kierowców autobusów pędzących po andyjskich serpentynach. Drogami,
które w porze deszczowej są nieprzejezdne z uwagi na osuwiska. Czasem zdarzy się,
że taki autobus spadnie. A taki wypadek to prawie jak katastrofa lotnicza,
której nikt nie przeżywa. W polskich mediach pojawiło się doniesienie o jednej
jakiś miesiąc przed momentem kiedy dowiedziałam się, że jadę do Trujillo. Wtedy
myślałam, że wybieram się do Arequipy i bardzo się cieszyłam.
Myślę jednak, że gdyby rzeczywiście było tak źle, tutejsza ludności i zapewne hard core’owi podróżnicy nie jeździliby nimi. Na wszelki wypadek pojedziemy jednak z Philipem autobusem poleconym przez i Peru. Będzie można wtedy winić ich, a nie moją głupotę ;).
Myślę jednak, że gdyby rzeczywiście było tak źle, tutejsza ludności i zapewne hard core’owi podróżnicy nie jeździliby nimi. Na wszelki wypadek pojedziemy jednak z Philipem autobusem poleconym przez i Peru. Będzie można wtedy winić ich, a nie moją głupotę ;).
![]() |
a tu już na terenie szpitala |
Z okazji poniedziałku wracamy jednak do
szpitala. Tym razem poszła ze mną Fiorella, w związku z czym zbieranie się
trwało ze dwa razy dłużej. Kiedy dotarłyśmy, zapomniałam o dobrym wychowaniu,
buziaku na powitanie i pytaniu jak leci, SOR tak zawalony był ludźmi. I w
środku i na zewnątrz. Max i Dominik nie potrafili jednak powiedzieć co się stało,
sami też nic nie robili. Charli już przecież z nami nie ma. Poszłyśmy więc do
dr Caballeros na blok, gdzie operował ranę postrzałową. W momencie kiedy
przyszłyśmy kończyli szyć przestrzelony żołądek, kula leżała na tacy, a mi
kazali się myć, bo cała operacja trwała jeszcze kolejne 4 godziny. Rany
postrzałowe, powiem Wam, to pewien problem. Teoretycznie przy każdej operacji może okazać się coś, czego nie oczekiwaliśmy. Ale tu? Moja ręka nurkowała pod wszystkim na drugą stronę brzucha,
przesuwając i przytrzymując co tylko pan miał w środku. Nigdy nie widziałam
takiego majtania rękami wśród... wszystkiego. A to dlatego, że kula po żołądku
przepołowiła trzustkę i dotarła do śledziony, trzeba je było więc wyeksponować.
A potem... usunąć. Moje przerażenie rosło w miarę jak odessany „płyn” wynosił chyba
ze 4 litry, a panu nikt nie serwował krwi. Był w normie. Później ktoś
stwierdził, że coś może jednak mu przetoczą. W międzyczasie Fiorella z Caroliną
robiły zdjęcia dla dra i zrobiły wywiad na innych salach. Na innej sali szyto przestrzelone
płuco. Bo to moi drodzy, było starcie dwóch gangów, 2 osoby
zginęły na stole, a
jedna w drodze. Nie wiem czy ktoś jeszcze czekał w kolejce, ale kto wie? Może
Ci z SORu byli ich kolegami? Ponoć poza tym zajściem było jeszcze jakieś
starcie z policją. Po raz kolejny żałowałam, że nie mówię po hiszpańsku,
dlatego męczyłam strasznie Fiorellę, żeby dowiedzieć się gdzie całe
zdarzenie miało miejsce, ale nie wiedziała.
Bo w sumie nic nie mając, nie boję się złodziei, tylko broni, maczet i strzałów. „Tylko właśnie próbuję powiedzieć Ci, że każdy złodziej nosi tutaj broń”, powiedziała Fiorella. „Aha” powiedziałam ja. W takim razie, kiedy już się spotkamy mogę im odstąpić o co tylko poproszą.
![]() |
Bez tej panienki będzie musiał dalej radzić sobie pacjent |
Bo w sumie nic nie mając, nie boję się złodziei, tylko broni, maczet i strzałów. „Tylko właśnie próbuję powiedzieć Ci, że każdy złodziej nosi tutaj broń”, powiedziała Fiorella. „Aha” powiedziałam ja. W takim razie, kiedy już się spotkamy mogę im odstąpić o co tylko poproszą.
Przy okazji strzelanin
przypomniała mi się anegdotka Charli o tym jak była trzy lata temu w
Demokratycznej Republice Konga. Pracowała w szpitalu i uczyła angielskiego.
Pewnego razu poszli na koncert i siedzieli przy piwku. Sekundę później wszyscy
uciekali i chowali się pod stoły, bo ktoś zaczął strzelać do tłumu.
Jednak nie jest tak, że
strzelaniny, czy ataki z bronią na ulicy dzieją się tylko gdzieś daleko. Wszyscy przecież słyszymy o różnych doniesieniach z Europy. Wczoraj wieczorem poznałam nową dziewczynę z wymiany – Annę z Czech. Miałyśmy
te same obserwacje na temat panującej w Europie psychozy związanej z tymi
niebezpieczeństwami, które czyhają na człowieka w Ameryce Południowej. Fakt, trzeba uważać. Tak
jak w Pradze, gdzie jej koleżankę również napadnięto z nożem. I w zasadzie mnie
(a raczej całą grupę) w Anglii. Nie wspominając o strzelaninach typu przy tej w 1997 roku w świątyni
Hatszepsut w Egipcie (choć niektórzy pewnie Egipt też uznają już za trzeci
świat).
Tak czy siak, nie ma się czego
obawiać, nasz szpital po prostu zbiera wszystkie wypadki i porachunki z miasta
i okolicy, a inne oddziały chirurgii obsługują dzieci, nowotwory i serca.
Dominik, chłopak z Niemiec, stwierdził dzisiaj jednak, że jego rodzina
poinformowała go na początku, że dzielnica koło szpitala jest szczególnie
niebezpieczna. A zwłaszcza o tutaj, ta ulica. No, ta którą zwykle wracałam w
pełnym zdrowiu do domu. Pytanie – ktoś przesadza czy ja jestem hardcorem?
Dzisiaj w szpitalu biegałam przez 2
godziny szukając, pytając o dr Caballeros i poznając masę ludzi.
Pojawiła się bowiem masa peruwiańskich studentów i nowa dziewczyna ze Szkocji.
Przemieszczaliśmy się więc gadając z kąta w kąt, aż okazało się, że lekarze
strajkują i dlatego nikt nie ma co robić. Poszliśmy w związku z tym na kawę.
Dowiedziałam się też jak
skomplikowane może być IFMSA. Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce, w Krakowie mamy
zbyt dużo „koordynatorów” – tutaj wręcz ciężko ich ogarnąć, a uważają, że
trzeba więcej. Są tu więc 3 uniwersytety kształcące w medycynie, mimo że miasto
jest – teoretycznie – małe. Na Uniwersytecie Cesar Vallejo jest APEMH jedna z
dwóch organizacji z Peru zrzeszonych w IFMSA. Drugą organizacją jest IFMSA – Peru,
mająca swoje Local Committees odpowiednio na uniwersytecie UPAO (prywatnym) i
UNT (państwowym). Ludzie się znają, ale dziwnym trafem nie organizują razem
spotkań, wyjść itd. Przyjeżdża więc masa ludzi z zagranicy, którzy co pewien czas
na siebie wpadają i zastanawiają o co chodzi.
Stevie, tyle się u Ciebie dzieje, że nie nadążam z czytaniem! za to Ci chociaż komentarze podbijam ;)
OdpowiedzUsuń:D i przez Ciebie moja mama myśli, że mam jakiegoś komentującego fana :p
OdpowiedzUsuń