piątek, 5 lipca 2013

Strachy, ludzie i szpitale



Chociaż jestem tutaj dopiero dwa dni, mam wrażenie jakby minął już tydzień. Tyle się dzieje i dlatego będzie długo. A przynajmniej tyle dzieje się w mojej głowie. Wszystko wydaje mi się tu niesamowite, nawet autobusy. Niestety tym razem nie będzie wielu zdjęć, bo jeszcze do pokonania tej zbudowanej lokalnie bariery się nie pokonałam. Myślę jednak, że już niedługo się pojawią. Autobusy oczywiście nie mają rozkładów, ani
Plaza de Armas, Trujillo
przystanków. Ale to w zasadzie standard, który znałam z krajów arabskich. Po prostu machasz – zatrzymuje się – wsiadasz. Mają natomiast określone trasy oznaczone literkami. Ich wyjątkowość polega jednak przede wszystkim na ilości kolorów, nie ma dwóch takich samych. Poza tym, kiedy już wsiadasz byle gdzie, ledwo postawisz obie stopy w autobusie, kierowca rusza, a Ty siłą bezładu przelatujesz na sam tył autobusu, trzeba więc się spieszyć. Alternatywą dla autobusów są taksówki, których jest tutaj chyba więcej niż prywatnych samochodów, we wszystkich formach i kolorach, a wszystko dzięki ich niewielkiej cenie. Ja na przykład 2 razy wiozłam się już taksą do szpitala, wczoraj zgodnie z planem, dzisiaj – bo nie znalazłam przez 15 minut autobusu, który miał jechać ulicą przy której na niego czekałam...
Szpital... sam w sobie jest fascynującą sprawą. I wszystkie związane z medycyną i studiowaniem jej zwyczaje. Już w zeszłym roku w Palermo zaskoczyło mnie, że w fartuchach i szpitalnych butach wychodzimy poza teren szpitala. Tu idziemy o poziom wyżej. Wszyscy związani z medycyną wychodzą w strojach chirurgicznych i fartuchach z domu, jadą przez całe miasto lub idą i - tak samo ubrani -pracują w szpitalu. Z tym, że czasem ciężko odróżnić lekarza od pacjenta, bo przy 16 stopniach na stroje chirurgiczne zakłada się kurtki, takie jak na codzień. Żeby wejść na teren, wyglądającego na bardzo zniszczony, szpitala trzeba ubrać fartuch tak czy siak pokazując panu portierowi, że jest się ze staffu. Sądząc po SORze, gdzie pracuję, a już zwłaszcza szpitalnym placu możnaby dojść do wniosku, że jesteśmy w zamierzchłych czasach. Albo trzecim świecie. W szpitalu jest jednak dostęp do sali chirurgicznej, gdzie można operować laparoskopowo i tomografii komputerowej.
Teraz chwila o ludziach, których można spotkać w szpitalu i krótka dygresja. Bo to w zasadzie moje pierwsze praktyki, kiedy przychodzę na 8 i zostaję do 12/13. Narazie dwa dni. Ale i tak jestem w szoku. W szpitalu można oczywiście spotkać peruwiańskich lekarzy. Miłych, otwartych i uśmiechniętych. Nigdzie się nie spieszą, nawet na SORze. Z lekarzy jest jeszcze – tymczasowo – dr Lynn, chirurg z uniwersytetu FIU w Miami. Przyjechał razem z grupą studentów drugiego roku i codziennie pokazuje szpital innej parze podopiecznych. Czasem też operuje we współpracy z Peruwiańczykami, prawie w ogóle nie mówiąc po hiszpańsku. Serwuje natomiast niezwykle obszerne objaśnienia i wywody po angielsku, co wczoraj niesamowicie mi się to przydało (dzięki niemu wiedziałam co się w ogóle dzieje). Wywody dr Lynna stanowią jednak nie tylko powtórkę, na tyle prostą by Amerykanie zrozumieli :p. Są też manifestem wydumanej, amerykańskiej ideologii, którą po tygodniu rzeczywiście można już... można mieć po dziurki w nosie. Szczytem było kiedy pocił się i wysilał prze 15 minut, żeby łamanym hiszpańskim ze wstawkami po angielsku dla swoich studentów przekazać „Priumum non nocere”. Z dr Richardem nieustannie ściera się absolutna gwiazda spośród wszystkich studentów, peruwiańskich (tych też jest sporo) i zagranicznych – Charli. Charli pochodzi z Anglii, a studiuje w Cambridge i tym tłumaczę sobie jej oburzającą bezczelność. Większość osób po prostu słucha dr Lynna, potakując – cóż innego robić? Charli musi jednak pokazać mu, za wszelką cenę, że – za przeproszeniem – zdarza mu się pitolić. Jej zdecydowanie przejawia się jednak w całym zachowaniu. Jest w szpitalu jedynie na 2-tygodniowe praktyki z czego narazie odbyła tydzień.  Od samego początku jednak łapała się do wszystkiego co robią lekarze, mając absolutnie gdzieś, że peruwiańscy studenci spokojnie stoją z boku. Wyznaje zasadę „ dopóki ktoś Cię nie zatrzyma, możesz robić co zechcesz”. Na szczęście mówi po hiszpańsku. Choć może bez jego znajomości nie dobierałaby się do recept, wypisów, zaleceń itp. Z całą szczerości muszę jednak powiedzieć, że się do niej przyczepiłam. Po pierwsze wszystko tłumaczy mi z hiszpańskiego, po drugie – kiedy pcha się z butami cała odpowiedzialność spada na nią, a ja tylko drepczę z tyłu. Dzisiaj na przykład Charli szyła. Na SORze był spory chaos. Człowiek z wypadku motocyklowego, dziewczyna która wypadła przez okno, pan z ręką pociętą maczetą i dziewczyna z całymi poparzonymi udami płacząca na cały budynek. Wróćmy do pana z maczetą. Dziadzio miał strasznego pecha, bo przyszedł nie wtedy co trzeba, wszyscy byli zajęci kimś innym. A on czekał i czekał, z „carne” na wierzchu. Więc Charli na początku nieśmiało zaczęła się nim zajmować i wypisywać zlecenia. Lekarz później przechodząc tylko to poprawił, zapytał czy potrafi szyć, a ona (mimo że chwilę wcześniej mówiła, że nie czuje się w tym zbyt pewnie, szyła dotychczas 2 razy, tyle że samą skórę, a tu mieliśmy jeszcze „carne”, na szczęście z nienaruszonymi ścięgnami), że tak. No to przystąpiłyśmy do dzieła. Ja w zasadzie byłam tylko asystą, ale było to dla mnie przeżycie nie z tej ziemi. Pomyślałam sobie, że część ze znajomych coś szyła na praktykach z chirurgii, ale czy szyli 2 warstwy, absolutnie bez nadzoru, bez pielęgniarki, robiąc całą dezynfekcję, znieczulenie nasiękowe itd? No to tak szyła Charli. Dodajmy zapuszczony SOR, rozsuwające się 3 maleńkie stoliczki, które robiły nam za stół na narzędzia i rodzinę oraz gapiów zaglądających co chwila przez ramię. Wszystko trwało chyba ze 3 godziny. Po tym wszystkim już tylko asystowałam lekarce przy szybkim założeniu szwów małemu chłopcu. Na koniec Charli (która ogólnie ma twarz pozbawioną emocji lub pełną dezaprobaty) przybiegła do mnie, zaczęła się zwierzać z obaw odnośnie zakażenia (znalazła krew w rękawiczce) i wieszać mi się na szyi.

Osoby, osoby, osoby. Kolejne osobistości pojawiają się też w naszym domu. Co chwila ktoś przychodzi. Wczoraj była to dziewczynka, która chciała oglądać psy i okazało się, że ma 21 lat, dzisiaj nauczycielka angielskiego z liceum, która zaczęła uczyć moją „mamę” podstawowych wyrażeń, których mogłaby używać gadając ze mną. Trzeba przyznać, że z takim nauczycielem peruwiańska młodzież nie ma wielkich szans, a ja jestem niemalże native’m. I wyobrażam sobie jeszcze, że taka osoba kogoś poprawia. W tym wszystkim wyglądała na absolutnie przekonaną, że i po angielsku i francusku całkiem nieźle sobie radzi. W zasadzie w Polsce jest podobnie. Niewiele osób uczących się tylko w szkole zna dobrze angielski. Moja „mama” strasznie się o mnie martwi. Cały czas mnie ostrzega, karmi i wygląda na zatroskaną. Ona też troszkę odpowiada za początkowo przerobienie mojego mózgu na przerażoną papkę, która na szczęście zaczęła wracać do dawnych kształtów dzisiaj, kiedy wracałam na piechotę ze szpitala przez centrum miasta. Ten dzisiejszy spacer był naprawdę przełomowy.  Charli też była zaskoczona, że zamiast wziąć taksówkę na „Plaza de Armas” chcę iść, wiedząc tylko że muszę iść w lewo od szpitala i gdzieś tam jest plac. Ja natomiast robię to wszystko, bo miasta muszę poznawać w systemie ciągłym, nie punktowo. Umarłabym chyba ze wściekłości, gdybym zatrzymała się na punktach. Idąc wstąpiłam do informacji uzbrajając się w szereg bezcennych rad, napiłam się ulicznego, świeżo wyciskanego soku pomarańczowego z wielorazowej szklanki. Sprzedawała go tuż przy jakiejś szkole (szkoły to chyba najbardziej strzeżone miejsca w Peru – otoczone murem i drutem kolczastym) mała dziewczynka, która chyba nie ma tyle szczęścia ile inni, żeby być w szkole. Albo robiła to po szkole, wolałabym żeby tak. Nie wiem jak jest z edukacją w Peru. Kiedy piłam sok podeszła do mnie z pisklęciem gołębia (nawet gołębie są tu inne, ładniejsze, są szare, z jaskrawoniebieskimi otoczkami wokół oczu) w dłoniach i zaczęła coś mówić. Po chwili zrozumiałam, że to prezent dla mnie. Nie wiedziałam co robić.
Wracając do soków, trzeba przyznać, że jestem w raju. Codziennie rano pijam koktajl bananowy, a do obiadu dostaję za każdym razem inny świeżo zmiksowany sok. Tu kolejna dygresja – moja rodzina ma do pomocy Marię (taka pomoc domowa mocno kojarzyła mi się z Ameryką Południową), która odpowiada za przygotowanie wszystkiego, a kiedy przyjechałam, myślałam że z nami mieszka. Teraz w sumie już nie wiem.
W kwestii ośmielenia się niesamowicie pomogła mi wczoraj Laura – Kolumbijka z Medellin (tak, tego), która też jest na wymianie z IFMSA i przyjechała już 2 tygodnie temu. Chodzi wszędzie i nikt jeszcze jej nie zaczepił, jeździła sama na wycieczki do Cajamarki, Huaraz i okolicznych atrakcji. Nic się nie działo. Byłyśmy wczoraj, dodatkowo jeszcze z jej współlokatorką, siostrą studenta medycyny i całą grupą Amerykanów i Charlie na salsie w Huanchaco. Przynajmniej tak mi to przedstawiano i tak przedstawiłam to dziewczynom. Kiedy dojechałyśmy okazało się, że to był po prostu kolejny wieczór w hostelu Amerykanów, gdzie nie było nikogo oprócz nich, a oni oczywiście nie potrafili tańczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz