 |
Cuy'e na Fiestas Patrias |
|
Biorąc nocny autobus w Peru (starając się być praktyczna
napiszę, że jechaliśmy Movilem zarówno do i z Huaraz) zaczyna być regułą, że co
prawda jedziemy w nocy, ale docieramy też w nocy. A noc jak by nie było, w
mieście w którym się nikogo nie zna, jest problematyczna. Dotarliśmy więc o 5
nad ranem i ...co robić? W środku tego wszystkiego mieliśmy też pewien
konflikt, bo ja miałam adres hostelu od koleżanki z wymiany, a Philip od
jakiegoś kolesia z baru na plaży w Mancorze. Ponieważ jednak żaden taksówkarz
nie kojarzył Philip’owego Alps hostelu, wybraliśmy mój Akilpo. 5:20, dzwonimy
do drzwi. O dziwo otwarto nam i dano ostatni wolny pokój. Okazuje się, że nocne
podróże autobusem nie są tak piękne jak brzmią – nocny przejazd, a od rana
podbój świata. Mimo naprawdę dobrej klasy autobusu (bo niższa już niestety była
niedostępna 2 dni przed wyjazdem, z czego bardzo cieszył się Philip ;))
pierwszym co zrobiliśmy było walnięcie się do łóżka i niewstanie na 8 rano, o
której wyruszała wycieczka do Pastoruri, gdzie można zobaczyć lodowiec.
 |
wyprowadzamy lamę |
Kiedy wstaliśmy okazało się, że mieszkamy bezpośrednio nad
głównym targowiskiem, a z tarasu naszego hostelu mogliśmy patrzeć na siatki
wypełnione biednymi cuy’ami. Ponieważ był 28 lipca (Fiestas Patrias) miejsce
tym bardziej tętniło życiem (w przeciwieństwie do ogólnych obchodów, których w
ogóle nigdzie nie widzieliśmy). O 10:30 próbowałam jeszcze uczynić ten dzień
zwiedzaniowo wartościowym i wbić się na autobus do Chavin. Niestety ostatni,
którym jeszcze byłby sens jechać (3 godziny w jedną stronę, ale za to jak
pięknie!) odjechał zanim dotarłam na przystanek. Wróciłam do hostelu i Philip’a, i zaczęliśmy szukać
opcji na ten dzień. Mnie chłopak prowadzący hostel polecił Wilkawain, o którym
też ciekawie pisało w SA Handbook, Philip’owi dorzucił jeszcze jakiś punkt
widokowy, z którego można było przespacerować się do Wilkawain, a mój towarzysz
uparł się przy nim. Zaczęło się od tego, że przez 15 minut nie udało nam się
złapać colectivo, bo albo był przeładowany, albo coś było nie tak. Wzięliśmy
taksówkę.
 |
Jezioro Llaganuco, Cordillera Blanca |
Po dotarciu okazało się, że albo nie potrafiliśmy go znaleźć, albo też
punkt widokowy nie istniał. Zaczęliśmy iść w dół do El Pinar, którego okazało
się strzeżonym osiedlem. Trochę kiepsko, nie polecam ;). Maszerowaliśmy i
maszerowaliśmy, Philip wciąż twierdził, że jest zadowolony, bo zobaczy
przynajmniej peruwiańską wieś. Ok, ja widziałam ją już parę razy, rzeczywiście
jest fajnie. Po czym okazało się, że do ruin w Wilkawain musimy się trochę
powspinać robiąc trasę w tym kierunku. A był to nasz pierwszy dzień na
wysokości 3400 m.n.p.m. Dotarliśmy, nareszcie! Była 18, ruiny zamknięto o 17...
Zaczęliśmy wracać, ściemniało się. Jeszcze nie byłam podczas tej wyprawy
doprowadzona do takiego stanu. Złapaliśmy colectivo stojąc już nawet w miejscu,
w którym nie było latarni, bo cały czas szliśmy w obawie, że nie trafi nam się
żaden transport. Na zakończenie dnia wybraliśmy się do „Cafe Andina”, która de
facto jest knajpą dla gringos. No, niby nie, ale prowadzi ją Amerykanin mający
własny browar, ceny były przystępne dla Philip’a, a Peruwiańczyków było tam z
15 – 20%. Zaczęliśmy więc odkrywać świat gringos, których w Huaraz jest akurat
bardzo wielu. Przesiadywał tam też np. Brytyjczyk, który okazał się być
właścicielem innej knajpy za rogiem. Dla Philip’a to było cudowne miejsce,
gdzie czuł się komfortowo. Ja – przyznaję – było bardzo sympatyczne, ale nie po
to jadę do Peru, żeby moją kasę dostawał Amerykanin, a ja była otoczona twarzami
podobnymi do tych, które spotkać można na rynku w Krakowie.
Do całej tej gringowej enklawy trafiliśmy
przez „Piccolo – Peruvian fast food”, gdzie przez cały pobyt rozsmakowywaliśmy
się w sokach z takich owoców jak tuna, lucuma czy chirimoya.
 |
W drodze do Laguna 69 |
Następnego dnia wybraliśmy się na kolejną zorganizowaną
wycieczkę do miejsca o bardzo wdzięcznej nazwie "Laguna 69". Kiedy pierwszy raz o niej usłyszałam, myślałam że robią sobie ze mnie żarty. Niestety o ile nie jest się dużą grupą jednodniowe wycieczki w
Cordillera Blanca w Huaraz wychodzą najłatwiej i najtaniej, z którąś z agencji.
Musieliśmy być gotowi o 6 rano. Niestety dano nam busika z kiepskim napędem i
kierowcą, który nie znał drogi, podróż zamiast 3 zajęła nam więc 5 godzin. Cały
busik był pełen gringos. Ogromna grupa Izraelczyków, Niemki, Austriak,
Kanadyjka, dziewczyna z Nowej Zelandii, której akcentu nie potrafiłam zrozumieć
choć bardzo się starałam. I my. Wędrówkę zaczęliśmy więc o 11. I od początku zaczęła
doskwierać nam choroba wysokościowa. Najgorzej było dla mnie na początku, w
pewnym momencie myślałam, że zemdleję. Wszystkich bolały głowy. Miałam
wrażenie, że spuchły mi dłonie. Ale Lucas, Caroline i Laura weszli wcześniej...
ja nie wejdę?!

Pomagaliśmy sobie
specyfikiem zwanym Sorochi Pills i rzuciem koki. Herbata z koki lub po prostu
jej rzucie jest opatentowanym już przez Inków sposobem na walkę z chorobą
wysokościową. Nie wiem jednak czy podczas ceremonii rzucia koki czarownicy i
szamanie używali jakiejś „innej koki” czy na przykład tak działał dodawany przez
nich sok z limonki. My niestety wizji nie mieliśmy.
 |
a kuku! |
Męczyliśmy się, ale ponieważ idzie się cały czas otwartą
przestrzenią, widoki zdecydowanie rekompensują wysiłek. Jest przecudnie. A na zdjęciu
obok zobaczcie kogo jeszcze widziałam. Podczas całej wspinaczki mogłam się też
przekonać jak funkcjonują samotni gringo podróżujący po Ameryce Południowej,
którym wkrótce będę. W naszej grupie większość była sama, ale mieszkając razem
w hostelu tymczasowo tworzyli naprawdę zgraną grupę, do której włączyli i
nas. Kiedy więc koło 16:30, będąc jeszcze dość wysoko okazało się, że dwie
dziewczyny z Izraela są daleko za nami część postanowiła czekać. W tej części
był mój dzielny towarzysz. Ja postanowiłam iść, bo utknięcie w ciemnościach na
trasie było ostatnio rzeczą o której myślałam. Oni twierdzili, że zdążą.
Kiedy razem z Kanadyjką i Nowozelandką dotarłyśmy do
samochodu ściemniało się, nie mieli szans zdążyć. Czekaliśmy na nich półtorej
godziny, a ja coraz bardziej się obawiałam. Na szczęście po pewnym czasie
zaczęło docierać do nas światło latarek. Mieli 2 czołówki, komórkę i jakieś
czerwone światełko na 6 osób. I dziewczynę, która prawie że słaniała się na
nogach z powodu choroby wysokościowej. Na szczęście w pewnym momencie wyszedł
im z pomocą człowiek mieszkający w dolinie.
 |
Laguna 69 |
Następnego dnia Filip był zbyt zmęczony, żeby się
gdziekolwiek ruszać, ograniczył się więc do spania, jedzenia i masażu. Ja
natomiast, żeby nie mieć poczucia kolejnego straconego dnia wybrałam się
samodzielnie do Chavin de Huantar, czyli centrum religijnego antycznych And,
wybudowanego około 800 p.n.e. Wymagało to ryzykownego wybrania się na dworzec,
bo znowu nie wiedziałam o której jest bus, właściciel hostelu upierał się
natomiast, że jest tylko o 7:00 i 11:00. Okazało się, że jednak był też o 8:30,
tym razem jechało ze mną już tylko 3 gringos – facet i dwie dziewczyny. W
drodze powrotnej też znalazłyśmy się razem w autobusie i okazało się, że pomimo
wyglądu tępych blondynek i rozmów o operacjach plastycznych jedna jest
inżynierem i pracowała w Piurze, a druga ekonomistką w Limie. Sprawia to więc,
że zaczynam wierzyć, że jeśli ktoś już rusza się poza swój kraj musi mieć w
głowie w miarę poukładane.
 |
Wracając z Laguna 69 |
Droga do Chavin jest przepiękna. Prowadzi przez pampę i
nad jeziorem tworzonym przez wodę spływającą z lodowca. Nie przeszkadzało mi
więc w ogóle żółwie tempo. W autobusie siadłam koło bardzo ciekawego pana. W
ogóle przez ostatnie dwa dni sporo gadam po hiszpańsku. Nic to, że nie umiem. Pan
cały czas mnie o coś zagadywał, jak na przykład „co myślę o Hitlerze?”. Pan
wiedział też czym są Bałkany, miał córkę studiującą prawo w Piurze, której
zdjęcie pokazał mi mniej więcej po 5 minutach, sam zaś pracował w urzędzie
miasteczka San Marcos. A kiedyś był politycznym reprezentantem swojego okręgu,
pracował w Chavin i zna głównego szefa wykopalisk tamże, profesora Stanford
University John’a Rick’a. I nazwał mnie swoją amigą. Takich mam znajomych ;).
Dowiedziałam się też, że w okolicach San Marcos znajduje się 3 co do wielkości
kopalnia miedzi na świecie. Pan chciał nawet wysiadać i oprowadzać mnie po
Chavin de Huantar, ale wmówiłam mu, że z uwagi na opisy po angielsku jakoś dam
sobie radę. Wepchnął mnie tylko pod opiekę znajomej, która mieszkała niedaleko
świątyni.
 |
Droga do Chavin |
Sama świątynia jest niesamowicie ciekawa. Całe założenie zbudowane
jest na kilometrach labiryntów, które służyły ceremoniom i gdzie składano
ofiary, które miała zabierać spływająca nimi woda. Dzięki temu wciąż odkrywa
się tam nowe eksponaty w nienaruszonym stanie. Dla mnie niesamowite jest to jak
wiele miejsc w Peru będąc udostępniona do zwiedzania wciąż jest odkopywana. W
Chavin przeżyłam też swój pierwszy raz i wreszcie poczułam się doceniona, gdyż
alebowiem po raz pierwszy poproszono mnie, abym zapozowała z proszącym do
zdjęcia. Taka to jestem linda. Choć było dość niezręcznie i już wiem jak czują
się te wszystkie babunie, którym cykam „ukradkiem” zdjęcia.
 |
Wciąż jadąc do Chavin |
W Chavin wpadli też na pomysł na biznes. Są tam toalety,
ale pozbawione papieru, który można kupić w kiosku z pamiątkami. I tak oto
każdy nieprzezorny paraduje dumnie z własną rolką.
 |
dla andyjskich elegantek |
Samo miasteczko jest maleńkie, ale przeurocze. Jest tam
ładny Plaza de Armas, przy którym mieści się hotel w którym mieszkają wszyscy
archeolodzy, znalazłam też kilka sklepów z wyposażeniem dla andyjskich
elegantek. Można więc kupić manty (chusty do noszenia dzieci i dobytku),
meloniki, warstwowe spódnice. Okazuje się, że nic w tym stroju nie jest
przypadkowe. Chciałam się w takim sklepie porządnie zaopatrzyć jednak okazało
się, że nie działa jedyny bankomat. I co robić? „Jutro przecież otworzą bank,
spróbuj wtedy”.
Na drugim końcu miasteczka, a właściwie już kawałek za nim znajduje
się muzeum ufundowane tym razem przez Japończyków. Jak we wszystkich muzeach w
Peru przetransportowano do niego wszystkie cenne elementy z pobliskiego obiektu,
warto więc się tam na chwilkę przejść, zwłaszcza że jest za darmo ;).
Kiedy szłam przez miasteczko podbiegła do mnie dwójka
dziewczynek, które zaczęły krzyczeć „Gringa, gringa!”, „Ale jesteś duża!” „Mój
wujek też jest taki duży!”. Tak oto, zwłaszcza w regionie Huaraz, my niscy Europejczycy
możemy się dowartościować :p.
 |
Chavin de Huantar |
Podróż z powrotem była równie ciekawa jak cała wycieczka.
Wsiadłam do autobusu o 16, powinien więc dotrzeć o 19. O 22 odjeżdżał mój
autobus do Limy, a ja chciałam jeszcze coś zjeść i zabrać bagaże. Aż tu nagle
na podjeździe w górach... zabrakło nam benzyny. Amerykanka z Brytyjką już
chciały zbierać się, wysiadać i łapać stopa (ostatecznie takie podejście robiły
trzykrotnie, bo dwa razy jeszcze coś nam się tam z podwozia urywało i
skrzypiało), ale nikt ich nie wypuścił. Peruwiańczycy tylko spokojnie czekali,
wyglądali przez okna i śmiali się. Tak to jest.
 |
No, dziękuję za uwagę. Mam nadzieję, że nie jesteście, czytając mnie, jak ona:p |
W Huaraz rozstałam się z moim towarzyszem – jechaliśmy do
Limy różnymi autobusami, a on prosto na lotnisko.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń