...mimo faktu, że nie udało nam
się zwiedzić dżungli. Sporo jednak zobaczyłam. Nie mogę ponoć powiedzieć, że
byłam w Peru, mimo że w moim pokoju w akademiku będzie zapewne wisiała flaga
tego kraju. A wszystko przez to, że nie byłam w Machu Picchu. Postaram się te
niewybaczalne braki nadrobić. Być może wkrótce :).
A zimą w Peru jest tak... |
Z 2 dni w Trujillo na koniec,
dziwnym trafem zrobiło się dni 5. Przyjechaliśmy 23.07, który cały przespałam
umierając z powodu własnej choroby. 24 – go kiedy czułam się już lepiej i zrezygnowałam
ze szpitala wybrałam się na pożegnalny spacer. Dzięki temu dowiedziałam się, że
wysłanie za granicę kartki z Peru jest droższe od ogromnego obiadu. Nie w
restauracji oczywiście, ale liczy się. Odniosłam jednak sukces ostatecznie
znajdując w tym nie do końca turystycznym mieście kartki pocztowe. Większość
oczywiście z Cusco.
Okolice Huanchaco są jedną z najlepszych serferskich miejscówek w Peru |
Przy okazji urodzin powiedzmy
też o rzeczy, która niesamowicie mnie tu zadziwia. Są tu noże. Nawet w domu je
mamy. Ale nikt ich nie używa. A przecież codziennie prawie jemy mięso. Jak więc
wszyscy dają radę tym kurczakom, cuy’om i cabritom?
Caballitos de totora, czyli trzcinowe koniki. Wciąż używane przez peruwiańskich rybaków, którzy za drobną opłatą zabiorą na przejażdżkę :) |
Następnego dnia, ponieważ czułam
się już całkiem w porządku, wybrałam się do szpitala. Na początku nic się nie
działo, strajk trwał nadal, dr Caballero dalej nikt nie widział. Później jednak
przywieziono 15-letniego chłopaka, który złamał piszczel. Znaleziono też na
jego dłoni opatrunek. Opatrunek był z uwagi na odcięcie naprawdę sporego
kawałka skóry przy pracy osiem dni temu. Teraz rana nadawała się już tylko do
przeszczepu skóry z innej części ciała. Mieliśmy też kolejnego młodziana, który
przenosząc kamienie, jeden z nich upuścił sobie na palec. Wyglądało to
makabrycznie i makabryczne było też postępowanie. Początkowo chciał zająć się
tym Max, ale dla mnie od początku wyglądało to na zbyt skomplikowane dla nas,
jakby nie było bardzo początkujących (bo dzisiaj odkryłam, że większość kitli
kręcących się po Emergencia nie ma jeszcze tytułu lekarza i jest na stażu). Nie
życzę Wam oglądania procesu zdejmowania paznokcia.
Po tym nieoczekiwanie
intensywnym dniu w szpitalu wybrałam się do Huanchaco, gdzie jeszcze nie byłam.
I bardzo żałuję, że nie dowiedziałam się wcześniej jak dobrze można się tam
zrelaksować. Ot zwykłe, zaniedbane miasteczko przy oceanie. Sporo surferów i
szkół dla nich, nawet teraz w zimie. Do tego, że jest relaksująco doszłam
jednak dopiero po chwili siedzenia i wpatrywania się w ocean, kiedy zapomniałam
o tym co mnie otacza. Bo w Huanchaco niespodziewanie, patrząc na tą biedną
plażę, stałam się wojującym ekologiem. Z resztą może zauważycie na zdjęciach.
Zaczęłam od mola, gdzie na
spokojnie 30 minut uziemiła mnie konwersacja z Amerykaninem peruwiańskiego
pochodzenia. No, w sumie wyemigrował kiedy miał 18 lat. Czy można uznać go za
Amerykanina? Paszport ma. Chwaliłam mój piękny, tani kraj. Powinnam dostać od
MSZ nagrodę. Dzięki mnie zdecydowanie wzrosną dochody z turystyki w całej
Europie Wschodniej. Bałkany też promuję, bo tutaj nikt o nich nie słyszał. Kiedyś nawet puściłam Kalashinkova, na imprezie, ale nie przypadł nikomu do
gustu :(.
Kiedy udało mi się zakończyć tę
jakże przyjemną, acz długą konwersację (przyspieszoną tym, że okazałam się taka
młoda, rozumiem, że to komplement dla mojej psychicznej dojrzałości, ale mimo
wszystko wciąż jakoś mi smutno) udałam się na wzgórze z kościołem skąd roztacza
się widok na miasteczko i ocean. Jest tam też wymarzone miejsce ostatniego
spoczynku dla każdego surfera. Nad takim grobem słońce codzienne zachodzi tonąc
w pełnym idealnych fal oceanie.
Będąc przy surfingu przypomniała
mi się też historia usłyszana i obejrzana tego samego dnia w szpitalu. Poznałam
tym razem dziewczynę z Recife z Brazylii, a wiadomo – w Brazylii się serfuje.
Tylko uważajcie i nie róbcie tego w Recife. Są tam rekiny. A zdjęcie nogi za
którą takie stworzonko złapało nie wyglądało apetycznie. Mniejsza o to jak
wyglądało, bo ofiara zmarła.
Kiedy wracałam z Huanchaco
spotkałam kolejną postać z autobusu. Czy pisałam już o ludziach, którzy nie
sprzedają niczego, tylko żebrzą w autobusach? Robią to jednak z klasą. Zawsze
za datek dają Ci jakiegoś cukierka. Tym razem nie było cukierków, a występy
magika. W tym pędzącym autobusie. Sporo jest też żonglerów, którzy kiedy
samochody zatrzymują się na światłach wychodzą przed nie i prezentują swoje
umiejętności. W jeden z pierwszych dni usłyszałam, że to ludzie którzy
przyjechali tu i nie mają za co wrócić. I tak zbierają na dalszą podróż. Myślę,
że ja zarabiałabym jednak inaczej.
Dzisiaj udało mi się w szpitalu,
w którym nie działo się kompletnie nic, dorwać w końcu doktora Caballero. Trzy
dni szukania i słuchania, że nikt tak naprawdę nie wie gdzie jest szef. Nie ma.
Tyle. Wczoraj, postawiona pod ścianą, już nawet napisałam mu wiadomość na
facebook’u, że bardzo go potrzebuję. Bo dzisiaj był mój ostatni dzień i bez
jego podpisu moje praktyki w zasadzie by się nie liczyły.
Ze spraw szpitalnych podczas
wczorajszej imprezy, ale jeszcze absolutnie na trzeźwo usłyszałam bardzo
interesujące doniesienie z Belen, innego szpitala. Ponoć jakiś miesiąc temu
była tam mała epidemia dżumy i zmarło nawet parę osób z personelu i studentów.
Ciekawe.
Wracając natomiast odkryłam
miejską alternatywę dla Huanchaco, jeśli bylibyście w Trujillo i chcieli sobie
odpocząć od miejskiego zgiełku. Na dłuższą metę to miasto może męczyć. Polecam
ogród botaniczny przy ovalo Larco. Hasają sobie pawie i możecie pogapić się na papużki.
Choć to najmniejszy ogród botaniczny jaki w życiu widziałam. A w zasadzie każdy skwerek w mieście (są naprawdę świetne) może sprawdzić się tak samo ;).
Już wiecie dlaczego śmiecenie jest złe? |
I oto, w samym środku kinderbalu
Malu kończę pisać, nareszcie na bieżąco. W tym balu już nie uczestniczyłam,
obserwowałam tylko przygotowania. Wolałam być bezpiecznie ukryta przed setką
dzieci biegających po salonie.Setka to przesada, ale Malu zaprosiła całą klasę.
Przygotowania trwały od wczoraj.
Jutro z Philipem bierzemy kurs na Huaraz, czyli jedne z najpiękniejszych terenów wspinaczkowych w Ameryce Południowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz